Historia mikrobusów w Warszawie
Prezentujemy rozszerzony tekst poświęcony warszawskim mikrobusom. Dotychczasowa
wersja jest nadal dostępna w archiwum Przegubowca - nr 42/99.
Jeśli spytać przeciętnego obeznanego w varsawianistyce obywatela o warszawskie
mikrobusy, prawie na pewno po chwili zadumy bąknie coś o Włochach Ursusie, może
coś o Saskiej Kępie, generalnie - temat ten będzie zakrawał mu na daleko idącą
egzotykę.
Cóż, trudno się z takim poglądem nie zgodzić. Mikrobusy, które przez prawie dwadzieścia
lat (tak !) przemykały "cicho" ulicami Warszawy z pewnością były egzotyką, tym
bardziej warto by było pochylić się nad ich historią.
Zaczęło się wszystko (parafrazując oklepany do znudzenia cytat z "Rejsu") w roku
1962, to znaczy w grudniu, a konkretnie 3 grudnia 1962 roku. Miejskie Przedsiębiorstwo
Taksówkowe wprowadziło tego dnia na ulice nowy, ludowo-demokratyczny wzorzec taksówki
masowej, a mianowicie - mikrobus. Pojazd ten łączył w sobie cechy autobusu i klasycznej
taksówki. Jeżdżąc po ustalonej trasie, według ustalonego rozkładu jazdy, zabierał
maksimum około dziesięciu pasażerów, z których każdy wsiadał i wysiadał na trasie
gdzie chciał i płacił za ten odcinek trasy, który przejechał zgodnie z taryfikatorem.
Wielu z Was, Drodzy Czytelnicy bez problemu zapewne znajdzie łudzące podobieństwo
pomiędzy warszawskim mikrobusem a zdobywającym podówczas ulice setek miast Wielkiego
Sojusznika ze Wschodu marszrutnymi taksi. Choć nie udało mi się znaleźć
żadnego "oficjalnego" potwierdzenia tego związku, nie sposób oprzeć się wrażeniu,
że polscy decydenci postanowili raz jeszcze zaczerpnąć wzorzec z najlepszego źródła
i przeszczepili go na naszą rodzimą grządkę, gdzie, tak jak to zwykle z importowanymi
na siłę pomysłami bywa, przyjął się marnie i
Do rzeczy. Według "ekspertów komunikacyjnych" zastosowanie mikrobusów miało wspomóc
komunikację autobusową na najbardziej zagęszczonych odcinkach w centrum miasta,
jak również - na mało wykorzystywanych, lecz niezbędnych trasach przed- i podmiejskich.
W Warszawie pierwszą linię marszrutnych taksi MPT uruchomiono wstępnie (jak się
później okazało na tym etapie, wyłącznie) na jednej linii, mającej wybitnie śródmiejski
i wybitnie wspomagający charakter: Dw. Główny - Aleje Jerozolimskie - Emilii
Plater (Dw. Śródmieście) - Świętokrzyska - Krakowskie Przedmieście - most Śląsko-Dąbrowski
- Targowa (Dw. Wileński) - Dw. Wschodni. Ci, co znają historię komunikacji
miejskiej ówczesnych lat, bez problemu rozszyfrują ten przebieg jako kolejną próbę
zorganizowania jakiejkolwiek (nie mówię już - sprawnej) komunikacji łączącej rozrzucone
w terenie warszawskie dworce kolejowe.
Minęło pół roku. Nagle, z przyczyn "ekonomicznych", 1 czerwca 1963 zabrano
MPT obsługę linii mikrobusowej, przekazując ją Jedynie Słusznemu Organizatorowi
Transportu Zbiorowego. Otrzymując w spadku cały inwentarz (paręnaście nowoczesnych
i wygodnych samochodów krajowej produkcji marki Nysa), MZK od razu rzuciło
go na głęboką wodę, kierując na nową, śródmiejską linię 401 (Supersam
- Marszałkowska - Aleje Jerozolimskie - Francuska - Saska Kępa). Oczywiście,
nie zapomniano o skasowaniu tego samego dnia nierentownej linii międzydworcowej
(awersja MZK do pasażerów kolei weszła chyba na stałe do polityki transportowej
miasta...).
17 czerwca 1963 r. pojawiła się druga linia mikrobusowa - 402, która
łącząc Falenicę z pętlą autobusową w Międzylesiu wzdłuż zachodniej jezdni ulicy
Patriotów stworzyła potrzebną w tamtym rejonie linię komunikacji miejskiej. [Linia
C kończyła wówczas w Międzylesiu - przyp. red.]
Warszawska komunikacja mikrobusowa nie egzystowała bez przeszkód długo. Nie minęło
pół roku, jak warszawscy pismacy, na początku piejący nad mikrobusami jako nowatorskim
i nowoczesnym podejściem do rozwiązywania problemów komunikacji miejskiej a następnie
złowieszczo milczący, z nagła zaczęli głośno biadolić, wymawiając Bogu ducha winnym
nyskom dużą awaryjność (to akurat może była i prawda) oraz ekonomiczną
nieopłacalność całego przedsięwzięcia. Doprawdy, sam się zastanawiam nad odmiennością
myślenia w tamtych latach - Drukował Pan Redaktor pean, pół roku później ganił
i potępiał w czambuł, i nikomu nawet nie śniło się wytknąć takiemu drobnej niekonsekwencji
w poglądach...
Na skutki takiego "głosu ludu" nie trzeba było długo czekać. Linia 401
padła 15 marca 1964 roku (raz tylko, niemal na samym początku jej żywota,
tj. 1 września 1963 zmieniwszy trasę na Saskiej Kępie). W dniu 5 lipca
1964 MZK wychodząc naprzeciw potrzebom mieszkańców Pasa Otwockiego zdecydowało
się przedłużyć linię C, kasując jednocześnie skwapliwie ostatnią linię
mikrobusową. Znamienne, że cetka została przedłużona jedynie do Radości,
zaś mieszkańcom Miedzeszyna oraz Falenicy na powrót zafundowano ścieżkę zdrowia.
I tak, odsłużywszy niecałe trzy lata służby, Warszawskoje Marszrutnoje Taksi
zdały się odejść do lamusa. Nie na długo jednak.
MPT nie mogło zapewne pogodzić się z marnotrawstwem tylu wspaniałych pojazdów
marki Nysa. Być może też, na przekór socjalistycznemu podejściu do problemu generowania
zysków, próbowało uszczknąć coś niecoś MZK.
W lutym 1969 roku mikrobusy pojawiły się ponownie na warszawskich ulicach.
Wpierw (17.02) była to linia łącząca centrum Ochoty ze Starymi Włochami,
a następnie (24.02) dwie kolejne linie: kursujący całe trzy dni (!!!) łącznik
pomiędzy Politechniką a SGGW i SGH (kursujący od placu Politechniki do krańca
przy ulicy Narbutta) oraz "mutacja" dawnej 401, czyli linia łącząca północ
i południe Saskiej Kępy, która trzy dni potem niemal skopiowała trasę swej poprzedniczki,
wydłużając się przez most Poniatowskiego i Marszałkowską do placu Unii Lubelskiej.
Linie mikrobusowe nie miały łatwego żywota. Często, być może nawet za często zmieniano
ich trasę. Fakt, iż poza wyznaczonymi nielicznymi stałymi przystankami mogły zatrzymywać
się wszędzie, paradoksalnie przyczynił się też prawdopodobnie do ich klęski. W
czasach totalnej dezinformacji (na próżno szukać by jakiejkolwiek informacji o
mikrobusach na planach miasta czy w przewodnikach) oraz totalnego wandalizmu (tabliczki
przystankowe, o czym donosiło skwapliwie "ŻW", stanowiły już wówczas cenne źródło
metali, a o rozkładach jazdy wiszących gdziekolwiek dłużej niż jedną noc można
było wówczas marzyć) mało kto, poza "miejscowymi" wiedział i informował o takim
środku komunikacji.
Linia do Włoch wpierw (jeszcze w lutym 1969) wydłużona bezpośrednio do
centrum miasta, wkrótce została skierowana do
Raszyna (październik 1969),
by szczeznąć wraz z końcem roku. Wcześniej - 15 marca, linię na Saską Kępę
przegoniono ze Śródmieścia Południowego i poprowadzono Traktem Królewskim do placu
Zamkowego. Niewiele jej to pomogło, skoro już we wrześniu linię skasowano.
I to jeszcze nie był jednak koniec marszrutnych taksi. Mineło lat parę,
nastał nam rok 1972 (konkretniej - marzec owego roku) i MPT uruchomiło
kilka kursów dziennych na linii, która może być pewnym zaskoczeniem - łączyła
plac Defilad z
konstancińskim STOCER-em (i kto tu mówi, że ZTM ze swoją 700-tką
odkrył Amerykę?). Pojazdy - zapewne nieśmiertelne nyski, zatrzymywały się w granicach
miasta na trzech przystankach (i nigdzie poza nimi), za to za rogatkami - stawały,
hulaj dusza ! Byle gdzie, byle zgodnie z przepisami ruchu drogowego.
Jako że ta peryferyjna linia utrzymała się nad podziw dobrze, w roku 1975
MPT poszło za ciosem i 15 marca uruchomiło następną linię, która rozpoczynała
bieg w rejonie pętli "POTOCKA", po czym zatrzymując się po drodze na trzech stałych
przystankach i niezliczonych (zależnych od woli pasażerów) przystankach "na życzenie"
podążała trasą ś.p. 142 aż do bramy głównej najnowszego cmentarza komunalnego
Warszawy (sama 142 kursowała wówczas tylko do osiedla Placówka).
Jak sprawowały się te dwie linie mikrobusów, ciężko stwierdzić, choć można założyć
po reakcji MZK, iż cieszyły się raczej dużym powodzeniem. Nie mogło być inaczej,
skoro przyczyną likwidacji obydwu linii było ich zastąpienie "pełnokrwistymi"
autobusami. Pierwsza padła linia północna, którą 13 kwietnia 1975 zastąpił
autobus 142 bis (sam szybko, typowo po warszawsku, ustąpił pola w kwietniu
1976, łącząc się z macierzystą 142).
Linia do Konstancina trzymała się nieco dłużej, bo do 9 października 1978,
kiedy to ustąpiła bez walki podmiejskiej linii 210, kursującej "niestety"
tylko do krańca w Wilanowie
Do tej pory nie wspomniałem o jeszcze jednej linii, notabene chyba najczęściej
wspomnianej w periodykach. Problem w tym, że wiadomo dokładnie, którędy kursowała
linia - Dw. Wileński - Marki - Pustelnik - i nie wiadomo
nic więcej. Część
źródeł podaje, iż rozpoczęła swe kursy jeszcze w roku 1968, za życia Kolejki
Dojazdowej dwojga imion Radzymińskiej - Mareckiej, zaś jej organizacją zajmował
się MPT. Niestety, pojawiają się też informacje, że linię tą zorganizowało MZK
(!) a ruszyła ona następnego dnia po likwidacji kolejki mareckiej, to jest w roku
1974. Tym bardziej tajemnicza pozostaje data likwidacji - linia MZK-owska
miałaby kursować do roku 1977. W "wersji" MPT jej żywot miałby się skończyć wraz
z nastaniem długiej, zimowej pory Stanu Wojennego
I wreszcie, last but not least, mikrobusy pojawiły się też na terenie Ursusa.
O retorsjach w 1977 roku wobec "nieposłusznego" miasta wiadomo. Wcześniej jednak,
gdy Ursus był jeszcze samodzielnym miastem, "wystarał się" o połączenie z najbliższymi
mu Włochami linią mikrobusową (16.06.1975). Dwa lata później (październik
1977) do linii tej dołączyła druga, łącząca Zakłady Mechaniczne z osiedlami
Ursusa. Obydwu liniom kres przyniosło włączenie Ursusa w obręb Warszawy oraz objęcie
nowej dzielnicy (wówczas "karnie" części Ochoty) komunikacją miejską. 18 września
1979 mikrobusy zastąpiły autobusy nowej linii 191 i wydłużonej 194.
By tak rzec, i to by było na tyle. Przez siedemnaście lat z małymi przerwami (a
może aż dziewiętnaście ? - trasa do Marek psuje wszelkie statystyki) mikrobusy
obsługujące w sumie jedenaście linii stanowiły marginalny, lecz jednak obecny
na ulicach Warszawy środek komunikacji. Mało kto o nim wiedział, zapewne też niewiele
osób, lub mówiąc inaczej, nikt poza "bezpośrednio zainteresowanymi" z nich nie
korzystał. Czy jednak na pewno warto pomijać kwestię mikrobusów z pogardą? Nie
sposób przewidzieć, jak potoczyła by się dalej historia komunikacyjna Warszawy,
gdyby eksperyment z mikrobusami powiódł się, a raczej - gdyby znalazł wpływowych
protektorów. Być może czekałaby nas sytuacja analogiczna do tej istniejącej w
Sankt Petersburgu, gdzie kilkadzieścia miejskich linii autobusowych walczy dramatycznie
o przetrwanie z kilkuset (tak!) liniami "komercyjnymi", będącymi w lwiej części
sprywatyzowanymi marszrutnymi taksi. Część linii pozostało wiernych oryginałowi,
i nadal obsługują je mikrobusy, w początkach XXI wieku pod postacią Fordów Transitów
i ich rosyjskich odpowiedników (lub wręcz kopii). Są też linie, na których popyt
był na tyle duży, że tabor stanowią "już" autobusy - czegóż tam nie ma ! MAN-y,
Mercedesy, ŁAZ-y, UAZ-y, GAZ-y i Biełkomunmasze, Scanie, Volvo, włoskie BredaMenarini,
sporadycznie też nasze Jelcze (!). Są też w końcu linie obsługiwane wyłącznie
międzymiastowymi autokarami turystycznymi (!!). Daje to w sumie potężną, tłoczącą
się na szerokich bądź co bądź prospektach flotę, która z małymi (w skali zjawiska)
wyjątkami ma jeszcze jeden mianownik - zły stan techniczny. W porównaniu z tym
tych marne paręnaście prywatnych podmiejskich linii w Warszawie to już niemal
naprawdę Europa
Na taki obraz Warszawy aż mnie ciarki przechodzą. "Na szczęście" oszczędzono nam
tego, lecz nie umniejsza to faktu, że w historii warszawskiej komunikacji miejskiej
mikrobusy znalazły swe miejsce i powinniśmy o nich pamiętać, nie tylko w kategoriach
"kuriozów", na które to miano zupełnie sobie nie zasłużyły.
Daniel Nalazek
Za pomoc w tworzeniu tekstu gorąco dziękuję Marcinowi Stiasnemu i "Jamesowi
Strontowi".