|
1. Drang nach Osten
Pierwszy etap jazdy przewidywał dojazd pociągiem pospiesznym Hańcza do
Szestokai na Litwie. Wschodnie klimaty rozpoczęły się już tuż za Warszawą.
W drodze do Białegostoku obserwowaliśmy drewniane chałupki i rozpadające się
stacyjki niczym na Transsybie. Pasażerowie też dostarczali wielu uciech, m.in.
koleś z dwoma komórkami jadący do Białegostoku do ortodonty, mówiący głosem
Mariana Koniuszko. W Łapach wsiadły baby w chustach na głowie. W Białymstoku
do przedziału wsiadł pop i chyba jechał do Grodna bo w Sokółce przesiadł
się do tyku-tyku do Kuźnicy. Potem pociąg opustoszał, więcej ludzi wsiadło
dopiero w Suwałkach. Wbrew opiniom o braku frekwencji pociąg przez granicę
wiezie około 40 osób, w tym sporo Niemców.
Mamy bilety tylko do Trakiszek. Konduktor pyta się czy „w Trakiszkach
mamy fajrant”, więc wyjaśniamy mu cel naszej wyprawy i bez wahania za 5
PLN od łebka zapewnia nam spokój zarówno ze strony PKP jak i LG.
Na granicy bez problemów. Pogranicznik specjalnie wrócił do naszego przedziału
aby wstawić pieczątkę do paszportu. Litewski żołnierz otwiera Bramę
Cywilizacji i wjeżdżamy na Litwę. Krajobraz początkowo taki sam, tylko przy
przejazdach stoją czarno-białe słupki, takie jak w całym Sojuzie. Po dłuższej
jeździe wjeżdżamy na stację Mockawa. Tu krzyżujemy się z pociągiem
Szestokai - Suwałki. Litewscy pogranicznicy bez ceregieli wbijają pieczątki
LAZDIJAJ. Zakamuflowany litewski konduktor tylko patrzy na twarze i wysiada.
Ruszamy dalej do Szestokai.
Na stacji w Szestokai naszym oczom ukazuje się pociąg osobowy do Wilna, którym
mamy kontynuować podróż. Lecimy do kasy kupić bilety do Wilna (18.80 litów
= ca.18.80 zł), robimy zdjęcie lokomotywy TEP60 i wsiadamy do litewskiego pociągu.
Składa się on z trzech wagonów, dwóch przedziałowych (w tym jeden po
modernizacji w ZNTK Bydgoszcz) i jednego bezprzedziałowego z siedzeniami
lotniczymi. Przy wejściu do każdego wagonu stoi „wagonowy” i
sprawdza bilety. Na bilecie mamy miejsca w zmodernizowanym, ale design PKP nam
już nie odpowiada, więc przechodzimy z niego do trzeciego wagonu. W tym
momencie napada nas opiekunka trzeciego wagonu: „Pacziemu wy prochodite iz
wagona w wagon?”. Pytamy się więc czy nie można przejść, bo tamten
nam się nie podoba, na co odpowiada, że skoro tak to ostatecznie możemy jechać
w jej wagonie. A wagon miała cool: wewnątrz wydawał się ogromny, po obu
stronach głębokie siedzenia lotnicze ustawione wszystkie w jednym kierunku.
Fotele dodatkowo się rozkładały, były też składane stoliczki, rolety w
oknach itp. W trakcie jazdy wagonowa zaserwowała poczęstunek robiąc
jednorazowy kurs po wagonie z tekturowym pudełkiem różnych batonów, czipsów
i orzeszków. Robiła to przy tym w milczeniu jakby chciała się tylko pochwalić
co ma w ofercie. W czasie ponad trzygodzinnej jazdy wykonała też kilka kursów
w celu zamknięcia tualety z uwagi na „sanitarne zony”, czyli strefy
czystości torów wokół miast.
Około godz. 19 dotarliśmy do Wilna. Perony strasznie syfowe, ale budynek
dworca jest w zaawansowanym remoncie i hala kasowa wygląda już bardzo ładnie.
Od razu przystępujemy do kupna biletów do Rygi. Na pytanie zadane po rosyjsku
otrzymujemy odpowiedź po polsku, więc przy tym języku już zostajemy. Cena
biletu mile nas zaskakuje. Zamiast - jak twierdził Gapcio - 70 litów, bilet
kosztuje 33 lity, a w kuszetce 45 litów. Kupujemy kuszetkę i z ciekawości
pytamy o ceny biletów w innych kierunkach. I tak np. do Moskwy kosztuje 98 litów.
Cztery godziny pozostałe do odjazdu pociągu spędzamy na spacerze po wileńskiej
starówce, oglądamy m.in. Ostrą Bramę i Katedrę, włazimy na Wysoki Zamek,
posilamy się miejscowymi przysmakami.
Pociąg Wilno-Ryga też ma trzy wagony: sypialny, kuszetkę (po ZNTK) i obszczij,
czyli z miejscami siedzącymi. Drzwi otwierają się dopiero 15 minut przed
odjazdem i wagonowa łaskawie wpuszcza do środka. Mamy miejsca w 6-miejscowym
przedziale, ale nikt oprócz nas nie jedzie. Gdy otwieramy okno dostajemy
natychmiast zjebki od wagonowej, że są zimne noce i jak bardzo chcemy to możemy
marznąć. Potem wagonowa chce nam wcisnąć kawę, ale odkładamy te przyjemność
na rano. Następnie wagonowa wciska nam „Ankety” do wypełnienia
przed łotewską granicą. W Ankecie wpisuje się tylko obywatelstwo, dane
personalne, numer paszportu i cel podróży. Na granicy zabiera je pogranicznik
i wbija łotewską pieczątkę. I na tym się kończą graniczne atrakcje.
|
|
2. Riebiata, uże Ryga!
... budzi nas krzykiem królowa wagonu, choć do Rygi jeszcze 40 minut i
przynosi kawę. Gorąca kawa stoi na składanym stoliku „made in Poland”
tylko niecałą minutę. Zdradliwa nóżka składa się przy minimalnym dotknięciu
i cała zawartość szklanki leci na moje spodnie! Szybko wycieram co się da,
ale i tak od tej pory mam na jasnych spodniach podejrzane żółto-brązowe
plamy w kilku miejscach. Jednym słowem katastrofa! Wagonowa jest zbulwersowana
rozlaniem napojów, biadoli zwłaszcza nad użyciem do wycierania kawy ręcznika
z kompletu pościelowego. Chyba byliśmy jej najgorszymi pasażerami w życiu.
Mroźny jesienny poranek w Rydze. Wybieram 40 łatów z bankomatu i przystępujemy
do kupna biletów powrotnych. W kasie oprócz komputerów mają także liczydła.
Kupujemy bilet do Wilna, ale okazuje się że nie na ten pociąg co chcemy.
Kasjerka sprzedaje nam miejsca w tym pociągu co przyjechaliśmy, a my już nie
chcemy się pokazywać wagonowej od kawy. Wolimy pociąg Ryga-Symferopol.
Najpierw twierdzi, że taki dziś nie jeździ, ale potem go odnajduje i dopytuje
się czy na pewno chcemy nim jechać, bo on jest dużo droższy. Jak już na
wszystkie pytanie dostała odpowiedź twierdzącą dała nam bilet za około 70
PLN. Wychodziło na to że będzie to wagon przedziałowy, ale to miało się
okazać dopiero wieczorem.
Tymczasem ruszamy w miasto. Po dłuższych poszukiwaniach znajdujemy kiosk z
biletami i kupujemy bilet 5-dniowy po ok. 18 PLN. W Rydze nie ma biletów
jednodniowych, 5-dniowy kalkuluje się przy min. 14 przejazdach, ale jest ważny
tylko w tramwajach i trolejbusach. Każdorazowo trzeba go pokazywać konduktorce
w pojeździe.
Poranny szczyt zachęca nas do jeżdżenia. Wszędzie pełno żółtych ikarusów
280, mercedesów 345 i trolejbusów (prawie same 14Tr). Rozpoczynamy od linii
22, na której to ma jeździć Solaris Trollino 18. Linia kursuje w szczycie co
2 minuty i obsługują ją głównie 15Tr, dopiero przed samą pętlą mija nas
Solaris. Wyczekujemy na niego i po zrobieniu większej ilości zdjęć, budząc
przy tym sensację wśród konduktorek, wracamy nim do Centrum. Teraz kolej na
tramwaj. Jedziemy ponoć najciekawszą linią 10 na drugą stronę rzeki. Końcowy
odcinek jest jednotorowy, na pętli stoi Skoda 9Tr jako ekspedycja. Po drugiej
stronie rzeki zaliczamy też linię 2 z końcowym odcinkiem biegnącym po
klepisku wzdłuż linii kolejowej. Co ciekawe w Rydze większość torowisk w
jezdni jest wypełniona polnymi kamieniami!
Tramwaje w Rydze to głównie Tatry T3, wszystkie już zmodernizowane z
rozruchem impulsowym, ale z pałąkiem na dachu. Przed numerem mają dodatkową
cyfrę z numerem zajezdni. W jednej zajezdni widzieliśmy stare czerwone
niezmodernizowane, pewnie gdzieś je opchną. Poza tym Tatry T3M czyli T6, o
poszerzonych przodach i tyłach. Taka „stodoła” robi wrażenie, zwłaszcza
jak się jest przyzwyczajonym do filigranowych dzióbków czeskich T6. Widzieliśmy
też „kropici vuz” w akcji przerobiony z jakiegoś starego RVZ-eta.
Z okolic pętli linii 2 wracamy trolejbusem #21 przez most wiszący a la Świętokrzyski
do Centrum i na dworzec. Bartuś zostaje robić zdjęcia nielicznych pociągów,
a ja poluję na autobusy, co jest dość trudne bo akurat jest międzyszczyt. W
wielkich bólach udaje mi się w końcu sfotografować wszystkie długości
solarisów, mercedesy 345 i kilka ikarusów.
Na razie jest tylko 15 solarisów, dlatego ciężko je upolować. Mają też około
100 mercedesów 345 (w tym 30 przegubowych), większość z 2000 roku. Do tego
dochodzą jeszcze nieliczne używane MANy SL200, pojedyncze holenderskie DAFy i
duńskie Volvo (spodziewałem się zobaczyć tego od groma, a było naprawdę
niewiele). A ogromną większość stanowią wciąż stare żółte ikarusy.
Przegubowce w większości pochodzą z lat 1986-87 (u nas raczej na wymarciu),
rzadko widuje się te z 1989 roku z dwuskrzydłowymi drzwiami. Trzymają się
nieźle, choć większość optycznie przypomina najgorsze warszawskie
egzemplarze. Solówki z podobnych roczników, najnowsze z 1990 roku, sporo jest
dwudrzwiowych w wersji „L11”. Przez całe lata 90-te nie kupowano
nic poza nielicznymi używanymi złomami z Zachodu.
W trolejbusach dominuje Skoda 14Tr (ponad 200 sztuk). Mają tylko 25 sztuk
nowszych 14TrM. Przegubowce to tylko 25 sztuk 15Tr, 5 sztuk 15TrM i najnowsze
nabytki: Solaris Trollino 18 (2 sztuki) i białoruski AKSM-333 (10 sztuk).
Widziałem też z daleka krótkiego AKSM-a i Skodę 21Tr. Skody 9Tr już nie jeżdżą.
Zaliczamy dalej. Teraz linia 5 na północ do dzielnicy portowej (końcówka
jednotorowa). Potem odcięta od reszty sieci linia trolejbusowa 2 (jeden wóz
kursuje co 30 minut). Na linii tej praktykują młode konduktorki, gdyż wiele
pracy to tu nie ma. Po chwili spędzonej nad wodą przy pętli tramwajowej
wracamy 10 do Śródmieścia. W księgarni polecanej przez Wojtka kupuję sobie
wielki atlas samochodowy Sojuza oraz plan Odessy.
Teraz przychodzi czas na zaliczenie niskopodłogowego trolejbusu produkcji białoruskiej
czyli AKSM-333. Kursują one na kilku liniach: 17, 21 i 23, bo tylko na tych jeżdżą
planowo przeguby. Akurat trafia się nam na 23. Z zewnątrz prezentuje się
fatalnie, ale wewnątrz to już kompletna porażka. Wszystko obłożone błyszczącym
laminatem drewnopodobnym, wąskie przejścia między siedzeniami, zupełnie inna
epoka niż Solaris.
Z końcówki na Meżciems jedziemy autobusem linii 15 (ikarus) na południe. Po
drodze obserwujemy jak konduktorka radzi sobie z pasażerem na gapę: prosi
kierowcę aby otworzył trzecie drzwi i wywala kolesia, któremu było to w sam
raz, gdyż akurat wywaliła go pod samym domem :-)
Z południowej dzielnicy wracamy tramwajem przez dzielnicę drewnianych rozpadających
się domków. Okazuje się że oprócz konduktorów są także rewizorzy (mają
czerwone krawaty!). Dwóch takich zaatakowało nasz tramwaj i mieli strasznie
poważne miny i mówili „Inspekcija!”
Ostatnie chwile zdjęciowego słońca wykorzystaliśmy na sesję zdjęciową na
moście z panoramą Rygi w tle oraz na moście „Świętokrzyskim”.
Potem jeszcze spacer po ryskiej starówce, „obiad w mlecznym barze”
(10 minut przed zamknięciem zaczęli puszczać Backstreet Boys, ochroniarz co
chwila przypominał że zaraz zamykają, kuchary się już przebrały i zaczęły
stawiać krzesła na stolikach, w końcu muzyka ucichła, a my doczekaliśmy do
21:00 i wyszliśmy). Do pociągu mieliśmy jeszcze 2,5 godziny więc po ciemku
zaliczyliśmy linię tramwajową 4 do osiedla Imanta na drugiej stronie rzeki. W
drodze powrotnej do drugiego wagonu wtargnęła rozwydrzona młodzież z
1,5-litrowymi plastikowymi butelkami browaru. Ponieważ nie chciała zapłacić
za bilet konduktorka użyła sygnału alarmowego i tramwaj nie odjechał dopóki
towarzystwo nie wysiadło. Zaraz potem za bilet nie chciały zapłacić dwie naćpane
dresiary i tu też się znalazł odpowiedni fortel. Konduktorka dała sygnał do
pierwszego wagonu żeby się nie zatrzymywać na przystankach, bo nikt nie
wysiada i dresiary pojechały dużo dalej niż chciały, bo aż na drugą stronę
rzeki :-)
Ilekroć jestem w dawnym Sojuzie zawsze współczuję konduktorkom ich naprawdę
morderczej pracy za śmieszne pieniądze. Trzeba jednak przyznać że na wozie
zawsze panuje porządek i człowiek czuje się dużo spokojniej wiedząc, że
ktoś inny kontroluje sytuację.
I tak minął dzień w Rydze. Ale atrakcje się jeszcze nie skończyły. Czekała
nas podróż powrotna do Wilna pociągiem relacji Ryga - Symferopol.
Nie wiem czemu, ale spodziewaliśmy się wagonu przedziałowego. Chyba ta
kasjerka tak nam zamieszała. Wsiadamy do wagonu nr 8 i okazuje się, że...
jest to wagon sypialny bezprzedziałowy (płackartnyj), czyli legendarny
„kołchoz”. W sumie to frajda taki zaliczyć, ale w tym momencie to
było dla nas zaskoczenie. Pierwsze 15 minut wszystko sobie w tym wagonie dokładnie
oglądaliśmy. Wagon ma 9 takich niby przedziałów, w każdym jest po cztery łóżka
prostopadle do ściany i po dwa wzdłuż okna, a między nimi idzie wąski
korytarz. Łóżka się składają i wówczas są normalne kanapy do siedzenia,
a te podłużne składają się pomysłowo w stolik i dwa krzesła :-) Pod łóżkiem jest skrytka na bagaż. Z głośników leci rosyjskie disco-polo.
W kiblu zamiast kranika jest trudny w użyciu dozownik (zęby jakoś umyłem,
ale ogolić się byłoby ciężko). Poza tym na wyposażeniu kibla jest też
wiszące pod sufitem blaszane wiadro i szczotka do szorowania muszli :-)
Młody wagonowy kolei łotewskich przyniósł nam graniczne „ankety”,
następnie zafoliowane pudełeczko z napisem „zavtrak” oraz komplet
pościeli. Nie wiem dlaczego tym razem nie było koca. Do okrycia musiało
wystarczyć tylko prześcieradełko, dlatego w nocy strasznie zmarzłem. Na
granicy bez problemów. Tym razem jednak zamiast samych Łotyszy, byli sami
Litiwni i znów wstawili pieczątkę LAZDIJAJ! W przedziale wagonowego tymczasem
odbywała się jakaś nocna pitonga z pasażerami na gapę i w Wilnie pasażerowie
musieli budzić obsługę żeby otworzyła drzwi. Dlatego też nie było ani
ogrzewania, ani porannej kawy.
|

Ryga
Tatra T3

Ryga
Tatra T3

Ryga
Tatra T3

Ryga
Skoda 14TrM

Ryga
AKSM-333 Skoda 15TrM

Ryga
Solaris Trollino 18

Ryga
Ikarus 280

Ryga
DAF MB200

Ryga
Solaris Urbino 15 |
|
3. Wilno i Kowno
Wilno z rana. Zestaw śniadaniowy LDZ
spożywamy przy dworcowej kawie. Kupujemy 10 biletów trolejbusowych (po 0,80 Lt)
i rozpoczynamy jeżdżenie trolejbusami. Najpierw 2 na nową pętlę Sauletekis
(towarzystwo śmierdzących roboli przy dźwiękach zapowiedzi przystanków z
pogłosem nagrywanych chyba w jakiejś wielkiej hali - niczym przybysze z
Matplanety!), potem najnowszą linią 19 do Pasilaiciai, spacerkiem na
Justyniszki i trasą 18 przez Karoliniszki na Ponary. Na jednym z przystanków
kierowca zamknął drzwi i sprawdził wszystkim bilety. Co ciekawe pasażerowie
przyłapani na braku biletów mogli u niego takowe kupić. Na Ponarach podjeżdżamy
jeszcze krótką odnogą na Titnago gatve i wracamy całą trasą 12 na osiedla
Żirmunai. Teraz przyszła kolej na Skodę 9Tr, którą jechałem pierwszy raz w
życiu. Przejeżdżamy nią prawie całą trasę 10. Wrażenia niczym z jazdy ogórkiem,
takie też skojarzenia nasuwają te pojazdy. I tak zjechaliśmy prawie całą
sieć trolejbusową bez trzech krótkich kawałków. Porównując z mapą z 1987
roku zlikwidowano jeden bezsensowny kawałek linii 8 koło Katedry i dość
tajemniczą linię 14 z Antokolu na północ do plaży nad Nerisem kursującą
tylko latem. Niestety, nie dane mi było sprawdzić co pozostało po tej linii.
Trolejbusy wileńskie to w większości Skody 14Tr (około 250 sztuk), w tym 21
nowych 14TrM (1651-2671), Skody 9Tr (na oko jeszcze 50 sztuk), Skody 15Tr
(2600-2604, kursują w szczycie na 16) i jeden Jelcz 120ME (1650), który akurat
jeździł na dodatku linii 4. Autobusy to Ikarusy i Karosy o bardzo dziwnej
numeracji, w której trwa właśnie odlepianie pierwszej cyfry. Ikarusy są z
lat 1984-89, a Karosy z lat 90-tych, ostatnie sztuki z 1999, ale co ciekawe ze
starym kanciastym przodem i tyłem. Wewnątrz mają już nowe kolorowe poręcze,
kasowniki R&G (tak jak i w 14TrM) i wielką kabinę zajmującą całe
przednie wejście! Jest też trochę Mercedesów O305 i przegubowych O305G
(m.in. z Essen), a ostatnie nabytki to jakieś skandynawskie dziwolągi każdy
inny. Oprócz tego całe chmary marszrutnych taksi, czyli mikrobusów kursujących
na stałych trasach oznaczonych liczbami.
Na koniec pobytu w Wilnie spełniamy jeszcze patriotyczny obowiązek i
odwiedzamy polski cmentarz na Rossie. Pod cmentarzem żebrzą polskie dzieci, a
jakiś miejscowy Polak próbuje wcisnąć przewodnik po cmentarzu za 30 złotych.
Około godz. 15 wsiadamy w pociąg elektryczny do Kowna. Jest to zwykła
jednostka, wielka jak stodoła, wewnątrz ławki na trzy osoby. Czuję się
jakbym jechał gdzieś w okolice Ałma-Aty albo Karagandy :-)
Podróż do Kowna trwa dwie godziny. W
Kownie robimy parę zdjęć na dworcu i przed dworcem. Zaliczamy m.in. najnowszy
odcinek sieci trolejbusowej oddany do użytku kilka miesięcy temu z uwagi na
wybudowany tam hipermarket. Potem ścigamy przegubowe Skody 15Tr w celu
wykonania im fotki (kończył się szczyt i jedyne 5 sztuk z linii 13/14 kierowało
się już do zajezdni). Z ciekawszych spostrzeżeń warto odnotować reklamy całopojazdowe
miejscowego odpowiednika Mleka Łaciatego. Prowadząca łaciaty trolejbus też
była ubrana w taką samą łaciatą bluzkę!!! Na koniec zajeżdżamy na Stare
Miasto, ale wiele nie zdążamy już zobaczyć bo czas nagli, trzeba coś
jeszcze zjeść, a natężenie łysoli i dresiarzy w centrum Kowna zaczyna
przybierać niespotykane nawet u nas rozmiary, więc włącza się nam alarmowe
światełko „Ewakuacja!” i jedziemy na dworzec.
Trolejbusy w Kownie to prawie same Skody 14Tr starej serii, oprócz tego 5
przegubów, ponoć jeden Gniot i jeszcze około 30 skód 9Tr. Mają dwie
zajezdnie. Autobusy to stare Ikarusy i jakiś świeżo pozyskany złom ze
Szwecji, głównie całe czerwone scanie ze Sztokholmu i dużo dziwacznych
szwedzkich przegubów.
W budce przed dworcem zamawiamy w ciemno potrawę o nazwie Vistienos Maltinukas.
Okazuje się że jest to zwykły kotlet sojowy :-P
Wracamy wieczorną elektriczką do Wilna umilając sobie czas miejscowymi
napojami.
Następnym punktem programu miał być Kaliningrad. Problem był jednak z pociągiem.
Pociąg o godzinie 0:18 miał jeździć w dni nieparzyste. I tu był problem.
Pani w informacji twierdziła, że ostatni raz jedzie 31.08 a potem dopiero
4.09, co było samo w sobie absurdalne bo 4.09 jest akurat parzysty. Postanowiliśmy
zatem zaczekać aż do wyświetlenia pociągu na pragotronach, bo mieliśmy
odjechać o godz. 0:18 w dniu 1.09. W razie niepowodzenia czekało nas pół
nocy na dworcu i pociąg Jantar o 3:20 kursujący codziennie.
Po przyjeździe z Kowna jesteśmy mile zaskoczeni, bo na wyświetlaczu jak byk
stoi, że pociąg Charków - Kalinigrad dziś jednak odjedzie. Od razu kupujemy
bilet, upierając się przy wagonie przedziałowym, co kosztuje 67,20 Lt.
Pozostaje już tylko czekanie do 0:18 do czego służy m.in. McDonald (oraz do
wydania ostatnich litów).
Pociąg z Charkowa spóźnia się 20 minut i tyle musimy czekać na dworcowej kładce
na zimnym wietrze, bo przy wejściu na peron jest litewska kontrola graniczna.
Tym razem już nie wbijają pieczątki LAZDIJAJ, ale VILNIUS, co też jest
rarytasem biorąc pod uwagę odległość Wilna od granicy. Po przejściu przez
„granicę” czekamy na peronie na pociąg. Przyprowadza go jakaś białoruska
lokomotywa, ma kilkanaście wagonów, nasz ma być 16-ty. Po ósmym jest wagon
nr 22 potem jeszcze 31 i dopiero ostatni ma numer 16 i jest w relacji Odessa -
Kaliningrad. Na szczęście zgodnie z deklaracjami kasjerki jest przedziałowy.
Ponura wagonowa wskazuje nam miejsca w przedziale damskim. Musimy dotychczasowym
użytkowniczkom zabrać nasze koce. Pościel jak się okazuje, na rosyjskich
kolejach kosztuje 30 rubli, a ponieważ takowych nie mamy więc wagonowa nam pościeli
nie daje. Podczas postoju w Wilnie następuje ciekawe przetasowanie składu. Ze
środka jest wyczepiany wagon Charków - Wilno, a z tyłu dołącza się kołchoz
Wilno - Kaliningrad. Całe przetaczanie i łączenie wagonów jest dalekie od
delikatności i przypomina bardziej rozrząd składów towarowych. W dodatku
chyba kilka razy nie trafiono sprzęgami, bo jeździmy po parę metrów tam i z
powrotem. Kiedy już wszystko było na dobrej drodze do pójścia spać po
kolejnym pełnym wrażeń dniu spotkała nas jeszcze jedna niespodzianka. Po ścianach
wagonu biegały sobie wesoło KARALUCHY! Pozostało tylko nucić sobie pod nosem
słowa piosenki „Nie bądź taki delikatny, twardy bądź jak Roman Bratny”
i iść spać. Aby robaki nie dostały się do plecaków powiesiliśmy je na
hakach wystających z sufitu.
W nocy budzi nas jakiś huk, łomot
otwieranych drzwi przedziału i zapalane światło. Myślałem że to plecak się
urwał i spadł na stolik ze szklankami z czajem, ale to tylko Bartusiowi się
zsunął koc i przewrócił szklanki. Mało delikatnego otwarcia drzwi dokonali
rosyjscy pogranicznicy. Najpierw bardzo się zainteresowali co robią cziemodany
pod sufitem. Potem długo przeglądali paszporty szukając wizy, w końcu wzięli
nasze wałczery i gdzieś z nimi poszli. Po pięciu minutach wrócili i upewniając
się że przez Kaliningrad jedziemy „w Polszu tranzytem” wbili piękne
czerwone pieczątki HECTEPOB. I tak z karaluchami dojechaliśmy do Kaliningradu.
|

Wilno
Skoda 14TrM

Wilno
Karosa B932

Wilno
Volvo B10M

Wilno
Mercedes O305

Wilno
Mercedes O305G

Kowno
Ikarus 260

Kowno
Skoda 14Tr

Kowno
Skoda 15Tr |
|
4. Kaliningrad (po raz
wtóry)
Wizyta w Kaliningradzie zaczyna się od
wymiany pieniędzy. 20 marek szybko zmienia się w 260 rubli u dworcowych
cinkciarzy. Z ciekawości chcemy się dowiedzieć ile kosztuje oficjalnie bilet
„w Braniewo” ale żadna z czynnych kas nie umie nam tego powiedzieć.
Jeszcze ciężej idzie ze znalezieniem czegoś do zjedzenia na śniadanie.
Zlikwidowano już przydworcowe budki, a szukając sklepu spożywczego przejeżdżamy
trolejbusem na gapę aż na drugą stronę Pregoły i maszerujemy niezły kawał
na nogach, w sumie ponad godzinę nam to zajmuje. Zakupione towary też nie są
pierwszej świeżości, bułki suche, a jogurt śmierdzący. Zjadamy to wszystko
pod pomnikiem Lenina. A tymczasem w mieście wielkie święto: pierwszy dzień
szkoły. Wszędzie pełno riebiaty w galowych ubrankach z kwiatkami w rękach,
starsze dzieci w mundurach armii rosyjskiej, w galowych mundurach marynarki
wojennej. Potem wszystkie dzieci idą na piwo :-)
A my po śniadanku jeździmy trochę
tramwajami po tym obrzydliwym mieście. Chcę przejechać się jeszcze raz
najfajniejszą „dziewiątką” do Zawodu Jantar i przez południowe
dzielnice. Ale nie jest mi to dane. Najpierw czwórka nie jedzie na Lotnisko, bo
linia jest zamknięta od półtora miesiąca, więc jedziemy do Parku im.
Kalinina, stamtąd po długim czekaniu wracamy przeładowanym trolejbusem, ale
po drodze wyłączają prąd i trolejbus staje. Dalej jedziemy tramwajem jedynką
do pętli Bolnica, a stamtąd starą Tatrą (281) linii 9 przez Wyspę Katedralną
pod Dworzec, bo do Zawodu Jantar nie jeździ (tak więc 9-tka nie jeździ teraz
na żadną pętlę wykazaną na tablicach kierunkowych - ruski obłęd!). Próba
dotarcia tam trolejbusem 5 też nie daje rezultatu, bo ta również
niespodziewanie kończy trasę pod dworcem. Dopiero prywatny stary Mercedes O305
linii 27 umożliwił dotarcie do tego dzikiego zakątka. Okazało się że
powodem jest kapitalny remont ulicy Suworowa. Położono równiutki jak przysłowiowe
masło asfalt i nowe tory. Trwa remont dalszego odcinka dlatego powrót przez południowe
dzielnice był niemożliwy. Z Zawodu Jantar wracamy pod pomnik Lenina starym
Saviemem SC10 przez tereny portowe i słynny podnoszony most dwupoziomowy. Po
zjedzeniu gamburgera kierujemy się do dworca. W przeładowanym tramwaju linii 2
konduktorce wypada jeden rubel reszty dla mnie. Mówię że nie szkodzi, ale ona
się upiera i gdy tramwaj stoi na świetle wychodzi przednimi drzwiami i szuka
rubelka na ulicy. W międzyczasie męska część pasażerów zostaje zawezwana
do zepchnięcia zepsutej KaTówki blokującej skrzyżowanie. Przy okazji mało
nie dochodzi do czołowego zderzenia z samochodem, co zresztą w Kaliningradzie
jest normalne. Mamy już dosyć wrażeń i pozostałe kilkadziesiąt minut spędzamy
na dworcu.
Tabor w Kaliningradzie od dwóch lat nie uległ większym zmianom. Poznałem
nawet te same autobusy którym robiłem poprzednio zdjęcia (trochę się
przybrudziły i spłowiały). Jest jeszcze więcej niemieckiego złomu, zostało
kilka ikarusów, wszystkie prywatne autobusy mają teraz numery boczne. Widziałem
dwa trolejbusy AKSM-201 czyli nowe wersje Ziutka, więc jednak dokonali jakiegoś
zakupu. W taborze tramwajowym małe zmiany. Zakupiono 12 katówek z Cottbus. Mają
numery 601-612. Z najstarszych tatr widziałem tylko 177 i 281. W katówkach
uruchomiono przednie filmy z numerem linii. Kwestia torowisk nie uległa
poprawie oprócz wspomnianej ulicy Suworowa, choć wydaje mi się że wydłużono
płyta węgierska była tylko na estakadzie, a teraz jest aż do tego skrzyżowania
z dziewiątką blisko dworca. Poza tym jechałem ex-halleńską T4-ką po moście
ponad 40 km/h! Bilety kosztują już 3.50 rubla, a autobusowe - 4,00.
Pociąg do Braniewa wiezie sporo Niemców i trochę przemytników. Opłata za
przejazd wynosi 12.50 i satysfakcjonuje jednocześnie kadrę RŻD jak i PKP.
Przed granicą wśród przemytników zapanował popłoch i zaczęli się obklejać
kartonami papierosów i chować towar. Na samej granicy wskakują polscy żołnierze
i pilnują składu aż do stacji. W Braniewie 30 minut na przesiadkę, a trzeba
wysiadać z pociągu, iść do sali odpraw, po czym wsiąść do innego składu.
Od razu po zatrzymaniu gnamy jako pierwsi do kontroli, którą przechodzimy
spokojnie, ale już następni mają problemy, więc mogło to w sumie trwać
bardzo długo. Spokojnie zdążamy na pociąg do Olsztyna i już bez sensacji
dojeżdżamy nim do celu. Tu już tylko trzy godzinki oczekiwania i ostatnim w
tym roku pociągiem Pogoria na korytarzu zajeżdżamy na 3:20 na Warszawę
Centralną.
|

Kaliningrad
Tatra KT4

Kaliningrad
Ikarus 260 |
|
Trzeba przyznać że ani
przez chwilę się nie nudziliśmy. Co chwila coś nas zaskakiwało, wszystko było
skrzętnie notowane, inaczej nie udałoby się stworzyć takiego opisu. Chyba
tylko w byłym Sojuzie można w tak krótkim czasie tyle przeżyć. Pod koniec
to już byłem tym trochę zmęczony, w dodatku chyba czegoś „organizm
nie przyjął” bo w Kalinigradzie mnie trochę mdliło. Ale na szczęście
nic groźnego się nie stało, nikt do nas nie strzelał, nikt nas nie próbował
okraść ani naciągnąć, mamy same dobre wspomnienia z podróży.
W sumie zarówno Litwa jak i Łotwa
tylko w niewielkim stopniu przypominają dawny Sojuz. Raczej bardziej
przypominają jakąś Chorwację. Widać to zwłaszcza po jednoczesnej wizycie w
Kalinigradzie. Tam z kolei panuje totalny rozkład. Wszystko na skraju ruiny,
gospodarka - upadła, co się dało - rozkradzione. Największą ostoją Sojuza
na Litwie i Łotwie są już w tej chwili koleje na których przez ostatnie 10
lat samodzielności praktycznie nic się zmieniło. Natomiast komunikacja
miejska pomału wychodzi z dołka co widać m.in. po modernizacji taboru w Rydze
czy zakupach taboru w Wilnie.
|