STRONA GŁÓWNA > Podróże PRZEGUBOWCA > RYGA 2001

RYGA 2001

Warszawa - Wilno - Ryga - Wilno - Kowno - Kaliningrad - Olsztyn - Warszawa
Wyjazd na Litwę i Łotwę odbył się w dniach 29.08-1.09.2001 w okrojonym składzie Przegubowca tzn. Ja, czyli red. Straszny oraz red. Bartuś. Red. Gapcio wolał jechać w tajemnicy z kim innym miesiąc wcześniej, a pozostali redaktorzy w ogóle nie mieli w zwyczaju jeździć gdziekolwiek, a już zwłaszcza na dziki wschód („Jedziecie do Ruskich? Przecież tam można w łeb dostać!”).
Wyjazd w kierunku wschodnim jak zwykle dostarczył mnóstwa niezapomnianych wrażeń, o których nie ma mowy w żadnym z krajów zachodnich. Dodatkową atrakcją było to, że ja po raz pierwszy jechałem na Litwę i Łotwę, a Bartuś na Łotwę i do Rosji, wobec tego nigdy nie do końca wiedzieliśmy co się nam może przytrafić.

1. Drang nach Osten
Pierwszy etap jazdy przewidywał dojazd pociągiem pospiesznym Hańcza do Szestokai na Litwie. Wschodnie klimaty rozpoczęły się już tuż za Warszawą. W drodze do Białegostoku obserwowaliśmy drewniane chałupki i rozpadające się stacyjki niczym na Transsybie. Pasażerowie też dostarczali wielu uciech, m.in. koleś z dwoma komórkami jadący do Białegostoku do ortodonty, mówiący głosem Mariana Koniuszko. W Łapach wsiadły baby w chustach na głowie. W Białymstoku do przedziału wsiadł pop i chyba jechał do Grodna bo w Sokółce przesiadł się do tyku-tyku do Kuźnicy. Potem pociąg opustoszał, więcej ludzi wsiadło dopiero w Suwałkach. Wbrew opiniom o braku frekwencji pociąg przez granicę wiezie około 40 osób, w tym sporo Niemców.
Mamy bilety tylko do Trakiszek. Konduktor pyta się czy „w Trakiszkach mamy fajrant”, więc wyjaśniamy mu cel naszej wyprawy i bez wahania za 5 PLN od łebka zapewnia nam spokój zarówno ze strony PKP jak i LG.
Na granicy bez problemów. Pogranicznik specjalnie wrócił do naszego przedziału aby wstawić pieczątkę do paszportu. Litewski żołnierz otwiera Bramę Cywilizacji i wjeżdżamy na Litwę. Krajobraz początkowo taki sam, tylko przy przejazdach stoją czarno-białe słupki, takie jak w całym Sojuzie. Po dłuższej jeździe wjeżdżamy na stację Mockawa. Tu krzyżujemy się z pociągiem Szestokai - Suwałki. Litewscy pogranicznicy bez ceregieli wbijają pieczątki LAZDIJAJ. Zakamuflowany litewski konduktor tylko patrzy na twarze i wysiada. Ruszamy dalej do Szestokai.
Na stacji w Szestokai naszym oczom ukazuje się pociąg osobowy do Wilna, którym mamy kontynuować podróż. Lecimy do kasy kupić bilety do Wilna (18.80 litów = ca.18.80 zł), robimy zdjęcie lokomotywy TEP60 i wsiadamy do litewskiego pociągu. Składa się on z trzech wagonów, dwóch przedziałowych (w tym jeden po modernizacji w ZNTK Bydgoszcz) i jednego bezprzedziałowego z siedzeniami lotniczymi. Przy wejściu do każdego wagonu stoi „wagonowy” i sprawdza bilety. Na bilecie mamy miejsca w zmodernizowanym, ale design PKP nam już nie odpowiada, więc przechodzimy z niego do trzeciego wagonu. W tym momencie napada nas opiekunka trzeciego wagonu: „Pacziemu wy prochodite iz wagona w wagon?”. Pytamy się więc czy nie można przejść, bo tamten nam się nie podoba, na co odpowiada, że skoro tak to ostatecznie możemy jechać w jej wagonie. A wagon miała cool: wewnątrz wydawał się ogromny, po obu stronach głębokie siedzenia lotnicze ustawione wszystkie w jednym kierunku. Fotele dodatkowo się rozkładały, były też składane stoliczki, rolety w oknach itp. W trakcie jazdy wagonowa zaserwowała poczęstunek robiąc jednorazowy kurs po wagonie z tekturowym pudełkiem różnych batonów, czipsów i orzeszków. Robiła to przy tym w milczeniu jakby chciała się tylko pochwalić co ma w ofercie. W czasie ponad trzygodzinnej jazdy wykonała też kilka kursów w celu zamknięcia tualety z uwagi na „sanitarne zony”, czyli strefy czystości torów wokół miast.
Około godz. 19 dotarliśmy do Wilna. Perony strasznie syfowe, ale budynek dworca jest w zaawansowanym remoncie i hala kasowa wygląda już bardzo ładnie. Od razu przystępujemy do kupna biletów do Rygi. Na pytanie zadane po rosyjsku otrzymujemy odpowiedź po polsku, więc przy tym języku już zostajemy. Cena biletu mile nas zaskakuje. Zamiast - jak twierdził Gapcio - 70 litów, bilet kosztuje 33 lity, a w kuszetce 45 litów. Kupujemy kuszetkę i z ciekawości pytamy o ceny biletów w innych kierunkach. I tak np. do Moskwy kosztuje 98 litów.
Cztery godziny pozostałe do odjazdu pociągu spędzamy na spacerze po wileńskiej starówce, oglądamy m.in. Ostrą Bramę i Katedrę, włazimy na Wysoki Zamek, posilamy się miejscowymi przysmakami.
Pociąg Wilno-Ryga też ma trzy wagony: sypialny, kuszetkę (po ZNTK) i obszczij, czyli z miejscami siedzącymi. Drzwi otwierają się dopiero 15 minut przed odjazdem i wagonowa łaskawie wpuszcza do środka. Mamy miejsca w 6-miejscowym przedziale, ale nikt oprócz nas nie jedzie. Gdy otwieramy okno dostajemy natychmiast zjebki od wagonowej, że są zimne noce i jak bardzo chcemy to możemy marznąć. Potem wagonowa chce nam wcisnąć kawę, ale odkładamy te przyjemność na rano. Następnie wagonowa wciska nam „Ankety” do wypełnienia przed łotewską granicą. W Ankecie wpisuje się tylko obywatelstwo, dane personalne, numer paszportu i cel podróży. Na granicy zabiera je pogranicznik i wbija łotewską pieczątkę. I na tym się kończą graniczne atrakcje.

2. Riebiata, uże Ryga!
... budzi nas krzykiem królowa wagonu, choć do Rygi jeszcze 40 minut i przynosi kawę. Gorąca kawa stoi na składanym stoliku „made in Poland” tylko niecałą minutę. Zdradliwa nóżka składa się przy minimalnym dotknięciu i cała zawartość szklanki leci na moje spodnie! Szybko wycieram co się da, ale i tak od tej pory mam na jasnych spodniach podejrzane żółto-brązowe plamy w kilku miejscach. Jednym słowem katastrofa! Wagonowa jest zbulwersowana rozlaniem napojów, biadoli zwłaszcza nad użyciem do wycierania kawy ręcznika z kompletu pościelowego. Chyba byliśmy jej najgorszymi pasażerami w życiu.
Mroźny jesienny poranek w Rydze. Wybieram 40 łatów z bankomatu i przystępujemy do kupna biletów powrotnych. W kasie oprócz komputerów mają także liczydła. Kupujemy bilet do Wilna, ale okazuje się że nie na ten pociąg co chcemy. Kasjerka sprzedaje nam miejsca w tym pociągu co przyjechaliśmy, a my już nie chcemy się pokazywać wagonowej od kawy. Wolimy pociąg Ryga-Symferopol. Najpierw twierdzi, że taki dziś nie jeździ, ale potem go odnajduje i dopytuje się czy na pewno chcemy nim jechać, bo on jest dużo droższy. Jak już na wszystkie pytanie dostała odpowiedź twierdzącą dała nam bilet za około 70 PLN. Wychodziło na to że będzie to wagon przedziałowy, ale to miało się okazać dopiero wieczorem. 
Tymczasem ruszamy w miasto. Po dłuższych poszukiwaniach znajdujemy kiosk z biletami i kupujemy bilet 5-dniowy po ok. 18 PLN. W Rydze nie ma biletów jednodniowych, 5-dniowy kalkuluje się przy min. 14 przejazdach, ale jest ważny tylko w tramwajach i trolejbusach. Każdorazowo trzeba go pokazywać konduktorce w pojeździe.
Poranny szczyt zachęca nas do jeżdżenia. Wszędzie pełno żółtych ikarusów 280, mercedesów 345 i trolejbusów (prawie same 14Tr). Rozpoczynamy od linii 22, na której to ma jeździć Solaris Trollino 18. Linia kursuje w szczycie co 2 minuty i obsługują ją głównie 15Tr, dopiero przed samą pętlą mija nas Solaris. Wyczekujemy na niego i po zrobieniu większej ilości zdjęć, budząc przy tym sensację wśród konduktorek, wracamy nim do Centrum. Teraz kolej na tramwaj. Jedziemy ponoć najciekawszą linią 10 na drugą stronę rzeki. Końcowy odcinek jest jednotorowy, na pętli stoi Skoda 9Tr jako ekspedycja. Po drugiej stronie rzeki zaliczamy też linię 2 z końcowym odcinkiem biegnącym po klepisku wzdłuż linii kolejowej. Co ciekawe w Rydze większość torowisk w jezdni jest wypełniona polnymi kamieniami!
Tramwaje w Rydze to głównie Tatry T3, wszystkie już zmodernizowane z rozruchem impulsowym, ale z pałąkiem na dachu. Przed numerem mają dodatkową cyfrę z numerem zajezdni. W jednej zajezdni widzieliśmy stare czerwone niezmodernizowane, pewnie gdzieś je opchną. Poza tym Tatry T3M czyli T6, o poszerzonych przodach i tyłach. Taka „stodoła” robi wrażenie, zwłaszcza jak się jest przyzwyczajonym do filigranowych dzióbków czeskich T6. Widzieliśmy też „kropici vuz” w akcji przerobiony z jakiegoś starego RVZ-eta.
Z okolic pętli linii 2 wracamy trolejbusem #21 przez most wiszący a la Świętokrzyski do Centrum i na dworzec. Bartuś zostaje robić zdjęcia nielicznych pociągów, a ja poluję na autobusy, co jest dość trudne bo akurat jest międzyszczyt. W wielkich bólach udaje mi się w końcu sfotografować wszystkie długości solarisów, mercedesy 345 i kilka ikarusów. 
Na razie jest tylko 15 solarisów, dlatego ciężko je upolować. Mają też około 100 mercedesów 345 (w tym 30 przegubowych), większość z 2000 roku. Do tego dochodzą jeszcze nieliczne używane MANy SL200, pojedyncze holenderskie DAFy i duńskie Volvo (spodziewałem się zobaczyć tego od groma, a było naprawdę niewiele). A ogromną większość stanowią wciąż stare żółte ikarusy. Przegubowce w większości pochodzą z lat 1986-87 (u nas raczej na wymarciu), rzadko widuje się te z 1989 roku z dwuskrzydłowymi drzwiami. Trzymają się nieźle, choć większość optycznie przypomina najgorsze warszawskie egzemplarze. Solówki z podobnych roczników, najnowsze z 1990 roku, sporo jest dwudrzwiowych w wersji „L11”. Przez całe lata 90-te nie kupowano nic poza nielicznymi używanymi złomami z Zachodu.
W trolejbusach dominuje Skoda 14Tr (ponad 200 sztuk). Mają tylko 25 sztuk nowszych 14TrM. Przegubowce to tylko 25 sztuk 15Tr, 5 sztuk 15TrM i najnowsze nabytki: Solaris Trollino 18 (2 sztuki) i białoruski AKSM-333 (10 sztuk). Widziałem też z daleka krótkiego AKSM-a i Skodę 21Tr. Skody 9Tr już nie jeżdżą.
Zaliczamy dalej. Teraz linia 5 na północ do dzielnicy portowej (końcówka jednotorowa). Potem odcięta od reszty sieci linia trolejbusowa 2 (jeden wóz kursuje co 30 minut). Na linii tej praktykują młode konduktorki, gdyż wiele pracy to tu nie ma. Po chwili spędzonej nad wodą przy pętli tramwajowej wracamy 10 do Śródmieścia. W księgarni polecanej przez Wojtka kupuję sobie wielki atlas samochodowy Sojuza oraz plan Odessy.
Teraz przychodzi czas na zaliczenie niskopodłogowego trolejbusu produkcji białoruskiej czyli AKSM-333. Kursują one na kilku liniach: 17, 21 i 23, bo tylko na tych jeżdżą planowo przeguby. Akurat trafia się nam na 23. Z zewnątrz prezentuje się fatalnie, ale wewnątrz to już kompletna porażka. Wszystko obłożone błyszczącym laminatem drewnopodobnym, wąskie przejścia między siedzeniami, zupełnie inna epoka niż Solaris.
Z końcówki na Meżciems jedziemy autobusem linii 15 (ikarus) na południe. Po drodze obserwujemy jak konduktorka radzi sobie z pasażerem na gapę: prosi kierowcę aby otworzył trzecie drzwi i wywala kolesia, któremu było to w sam raz, gdyż akurat wywaliła go pod samym domem :-)
Z południowej dzielnicy wracamy tramwajem przez dzielnicę drewnianych rozpadających się domków. Okazuje się że oprócz konduktorów są także rewizorzy (mają czerwone krawaty!). Dwóch takich zaatakowało nasz tramwaj i mieli strasznie poważne miny i mówili „Inspekcija!”
Ostatnie chwile zdjęciowego słońca wykorzystaliśmy na sesję zdjęciową na moście z panoramą Rygi w tle oraz na moście „Świętokrzyskim”. Potem jeszcze spacer po ryskiej starówce, „obiad w mlecznym barze” (10 minut przed zamknięciem zaczęli puszczać Backstreet Boys, ochroniarz co chwila przypominał że zaraz zamykają, kuchary się już przebrały i zaczęły stawiać krzesła na stolikach, w końcu muzyka ucichła, a my doczekaliśmy do 21:00 i wyszliśmy). Do pociągu mieliśmy jeszcze 2,5 godziny więc po ciemku zaliczyliśmy linię tramwajową 4 do osiedla Imanta na drugiej stronie rzeki. W drodze powrotnej do drugiego wagonu wtargnęła rozwydrzona młodzież z 1,5-litrowymi plastikowymi butelkami browaru. Ponieważ nie chciała zapłacić za bilet konduktorka użyła sygnału alarmowego i tramwaj nie odjechał dopóki towarzystwo nie wysiadło. Zaraz potem za bilet nie chciały zapłacić dwie naćpane dresiary i tu też się znalazł odpowiedni fortel. Konduktorka dała sygnał do pierwszego wagonu żeby się nie zatrzymywać na przystankach, bo nikt nie wysiada i dresiary pojechały dużo dalej niż chciały, bo aż na drugą stronę rzeki :-) Ilekroć jestem w dawnym Sojuzie zawsze współczuję konduktorkom ich naprawdę morderczej pracy za śmieszne pieniądze. Trzeba jednak przyznać że na wozie zawsze panuje porządek i człowiek czuje się dużo spokojniej wiedząc, że ktoś inny kontroluje sytuację.
I tak minął dzień w Rydze. Ale atrakcje się jeszcze nie skończyły. Czekała nas podróż powrotna do Wilna pociągiem relacji Ryga - Symferopol.
Nie wiem czemu, ale spodziewaliśmy się wagonu przedziałowego. Chyba ta kasjerka tak nam zamieszała. Wsiadamy do wagonu nr 8 i okazuje się, że... jest to wagon sypialny bezprzedziałowy (płackartnyj), czyli legendarny „kołchoz”. W sumie to frajda taki zaliczyć, ale w tym momencie to było dla nas zaskoczenie. Pierwsze 15 minut wszystko sobie w tym wagonie dokładnie oglądaliśmy. Wagon ma 9 takich niby przedziałów, w każdym jest po cztery łóżka prostopadle do ściany i po dwa wzdłuż okna, a między nimi idzie wąski korytarz. Łóżka się składają i wówczas są normalne kanapy do siedzenia, a te podłużne składają się pomysłowo w stolik i dwa krzesła :-) Pod łóżkiem jest skrytka na bagaż. Z głośników leci rosyjskie disco-polo. W kiblu zamiast kranika jest trudny w użyciu dozownik (zęby jakoś umyłem, ale ogolić się byłoby ciężko). Poza tym na wyposażeniu kibla jest też wiszące pod sufitem blaszane wiadro i szczotka do szorowania muszli :-)
Młody wagonowy kolei łotewskich przyniósł nam graniczne „ankety”, następnie zafoliowane pudełeczko z napisem „zavtrak” oraz komplet pościeli. Nie wiem dlaczego tym razem nie było koca. Do okrycia musiało wystarczyć tylko prześcieradełko, dlatego w nocy strasznie zmarzłem. Na granicy bez problemów. Tym razem jednak zamiast samych Łotyszy, byli sami Litiwni i znów wstawili pieczątkę LAZDIJAJ! W przedziale wagonowego tymczasem odbywała się jakaś nocna pitonga z pasażerami na gapę i w Wilnie pasażerowie musieli budzić obsługę żeby otworzyła drzwi. Dlatego też nie było ani ogrzewania, ani porannej kawy.


Ryga
Tatra T3

Ryga
Tatra T3

Ryga
Tatra T3

Ryga
Skoda 14TrM

Ryga
AKSM-333 Skoda 15TrM

Ryga
Solaris Trollino 18

Ryga
Ikarus 280

Ryga
DAF MB200

Ryga
Solaris Urbino 15

3. Wilno i Kowno
Wilno z rana. Zestaw śniadaniowy LDZ spożywamy przy dworcowej kawie. Kupujemy 10 biletów trolejbusowych (po 0,80 Lt) i rozpoczynamy jeżdżenie trolejbusami. Najpierw 2 na nową pętlę Sauletekis (towarzystwo śmierdzących roboli przy dźwiękach zapowiedzi przystanków z pogłosem nagrywanych chyba w jakiejś wielkiej hali - niczym przybysze z Matplanety!), potem najnowszą linią 19 do Pasilaiciai, spacerkiem na Justyniszki i trasą 18 przez Karoliniszki na Ponary. Na jednym z przystanków kierowca zamknął drzwi i sprawdził wszystkim bilety. Co ciekawe pasażerowie przyłapani na braku biletów mogli u niego takowe kupić. Na Ponarach podjeżdżamy jeszcze krótką odnogą na Titnago gatve i wracamy całą trasą 12 na osiedla Żirmunai. Teraz przyszła kolej na Skodę 9Tr, którą jechałem pierwszy raz w życiu. Przejeżdżamy nią prawie całą trasę 10. Wrażenia niczym z jazdy ogórkiem, takie też skojarzenia nasuwają te pojazdy. I tak zjechaliśmy prawie całą sieć trolejbusową bez trzech krótkich kawałków. Porównując z mapą z 1987 roku zlikwidowano jeden bezsensowny kawałek linii 8 koło Katedry i dość tajemniczą linię 14 z Antokolu na północ do plaży nad Nerisem kursującą tylko latem. Niestety, nie dane mi było sprawdzić co pozostało po tej linii.
Trolejbusy wileńskie to w większości Skody 14Tr (około 250 sztuk), w tym 21 nowych 14TrM (1651-2671), Skody 9Tr (na oko jeszcze 50 sztuk), Skody 15Tr (2600-2604, kursują w szczycie na 16) i jeden Jelcz 120ME (1650), który akurat jeździł na dodatku linii 4. Autobusy to Ikarusy i Karosy o bardzo dziwnej numeracji, w której trwa właśnie odlepianie pierwszej cyfry. Ikarusy są z lat 1984-89, a Karosy z lat 90-tych, ostatnie sztuki z 1999, ale co ciekawe ze starym kanciastym przodem i tyłem. Wewnątrz mają już nowe kolorowe poręcze, kasowniki R&G (tak jak i w 14TrM) i wielką kabinę zajmującą całe przednie wejście! Jest też trochę Mercedesów O305 i przegubowych O305G (m.in. z Essen), a ostatnie nabytki to jakieś skandynawskie dziwolągi każdy inny. Oprócz tego całe chmary marszrutnych taksi, czyli mikrobusów kursujących na stałych trasach oznaczonych liczbami.
Na koniec pobytu w Wilnie spełniamy jeszcze patriotyczny obowiązek i odwiedzamy polski cmentarz na Rossie. Pod cmentarzem żebrzą polskie dzieci, a jakiś miejscowy Polak próbuje wcisnąć przewodnik po cmentarzu za 30 złotych.
Około godz. 15 wsiadamy w pociąg elektryczny do Kowna. Jest to zwykła jednostka, wielka jak stodoła, wewnątrz ławki na trzy osoby. Czuję się jakbym jechał gdzieś w okolice Ałma-Aty albo Karagandy
:-)
Podróż do Kowna trwa dwie godziny. W Kownie robimy parę zdjęć na dworcu i przed dworcem. Zaliczamy m.in. najnowszy odcinek sieci trolejbusowej oddany do użytku kilka miesięcy temu z uwagi na wybudowany tam hipermarket. Potem ścigamy przegubowe Skody 15Tr w celu wykonania im fotki (kończył się szczyt i jedyne 5 sztuk z linii 13/14 kierowało się już do zajezdni). Z ciekawszych spostrzeżeń warto odnotować reklamy całopojazdowe miejscowego odpowiednika Mleka Łaciatego. Prowadząca łaciaty trolejbus też była ubrana w taką samą łaciatą bluzkę!!! Na koniec zajeżdżamy na Stare Miasto, ale wiele nie zdążamy już zobaczyć bo czas nagli, trzeba coś jeszcze zjeść, a natężenie łysoli i dresiarzy w centrum Kowna zaczyna przybierać niespotykane nawet u nas rozmiary, więc włącza się nam alarmowe światełko „Ewakuacja!” i jedziemy na dworzec.
Trolejbusy w Kownie to prawie same Skody 14Tr starej serii, oprócz tego 5 przegubów, ponoć jeden Gniot i jeszcze około 30 skód 9Tr. Mają dwie zajezdnie. Autobusy to stare Ikarusy i jakiś świeżo pozyskany złom ze Szwecji, głównie całe czerwone scanie ze Sztokholmu i dużo dziwacznych szwedzkich przegubów. 
W budce przed dworcem zamawiamy w ciemno potrawę o nazwie Vistienos Maltinukas. Okazuje się że jest to zwykły kotlet sojowy
:-P Wracamy wieczorną elektriczką do Wilna umilając sobie czas miejscowymi napojami.
Następnym punktem programu miał być Kaliningrad. Problem był jednak z pociągiem. Pociąg o godzinie 0:18 miał jeździć w dni nieparzyste. I tu był problem. Pani w informacji twierdziła, że ostatni raz jedzie 31.08 a potem dopiero 4.09, co było samo w sobie absurdalne bo 4.09 jest akurat parzysty. Postanowiliśmy zatem zaczekać aż do wyświetlenia pociągu na pragotronach, bo mieliśmy odjechać o godz. 0:18 w dniu 1.09. W razie niepowodzenia czekało nas pół nocy na dworcu i pociąg Jantar o 3:20 kursujący codziennie. 
Po przyjeździe z Kowna jesteśmy mile zaskoczeni, bo na wyświetlaczu jak byk stoi, że pociąg Charków - Kalinigrad dziś jednak odjedzie. Od razu kupujemy bilet, upierając się przy wagonie przedziałowym, co kosztuje 67,20 Lt. Pozostaje już tylko czekanie do 0:18 do czego służy m.in. McDonald (oraz do wydania ostatnich litów).
Pociąg z Charkowa spóźnia się 20 minut i tyle musimy czekać na dworcowej kładce na zimnym wietrze, bo przy wejściu na peron jest litewska kontrola graniczna. Tym razem już nie wbijają pieczątki LAZDIJAJ, ale VILNIUS, co też jest rarytasem biorąc pod uwagę odległość Wilna od granicy. Po przejściu przez „granicę” czekamy na peronie na pociąg. Przyprowadza go jakaś białoruska lokomotywa, ma kilkanaście wagonów, nasz ma być 16-ty. Po ósmym jest wagon nr 22 potem jeszcze 31 i dopiero ostatni ma numer 16 i jest w relacji Odessa - Kaliningrad. Na szczęście zgodnie z deklaracjami kasjerki jest przedziałowy. Ponura wagonowa wskazuje nam miejsca w przedziale damskim. Musimy dotychczasowym użytkowniczkom zabrać nasze koce. Pościel jak się okazuje, na rosyjskich kolejach kosztuje 30 rubli, a ponieważ takowych nie mamy więc wagonowa nam pościeli nie daje. Podczas postoju w Wilnie następuje ciekawe przetasowanie składu. Ze środka jest wyczepiany wagon Charków - Wilno, a z tyłu dołącza się kołchoz Wilno - Kaliningrad. Całe przetaczanie i łączenie wagonów jest dalekie od delikatności i przypomina bardziej rozrząd składów towarowych. W dodatku chyba kilka razy nie trafiono sprzęgami, bo jeździmy po parę metrów tam i z powrotem. Kiedy już wszystko było na dobrej drodze do pójścia spać po kolejnym pełnym wrażeń dniu spotkała nas jeszcze jedna niespodzianka. Po ścianach wagonu biegały sobie wesoło KARALUCHY! Pozostało tylko nucić sobie pod nosem słowa piosenki „Nie bądź taki delikatny, twardy bądź jak Roman Bratny” i iść spać. Aby robaki nie dostały się do plecaków powiesiliśmy je na hakach wystających z sufitu.
W nocy budzi nas jakiś huk, łomot otwieranych drzwi przedziału i zapalane światło. Myślałem że to plecak się urwał i spadł na stolik ze szklankami z czajem, ale to tylko Bartusiowi się zsunął koc i przewrócił szklanki. Mało delikatnego otwarcia drzwi dokonali rosyjscy pogranicznicy. Najpierw bardzo się zainteresowali co robią cziemodany pod sufitem. Potem długo przeglądali paszporty szukając wizy, w końcu wzięli nasze wałczery i gdzieś z nimi poszli. Po pięciu minutach wrócili i upewniając się że przez Kaliningrad jedziemy „w Polszu tranzytem” wbili piękne czerwone pieczątki HECTEPOB. I tak z karaluchami dojechaliśmy do Kaliningradu.


Wilno
Skoda 14TrM

Wilno
Karosa B932

Wilno
Volvo B10M

Wilno
Mercedes O305

Wilno
Mercedes O305G

Kowno
Ikarus 260

Kowno
Skoda 14Tr

Kowno
Skoda 15Tr

4. Kaliningrad (po raz wtóry)
Wizyta w Kaliningradzie zaczyna się od wymiany pieniędzy. 20 marek szybko zmienia się w 260 rubli u dworcowych cinkciarzy. Z ciekawości chcemy się dowiedzieć ile kosztuje oficjalnie bilet „w Braniewo” ale żadna z czynnych kas nie umie nam tego powiedzieć. Jeszcze ciężej idzie ze znalezieniem czegoś do zjedzenia na śniadanie. Zlikwidowano już przydworcowe budki, a szukając sklepu spożywczego przejeżdżamy trolejbusem na gapę aż na drugą stronę Pregoły i maszerujemy niezły kawał na nogach, w sumie ponad godzinę nam to zajmuje. Zakupione towary też nie są pierwszej świeżości, bułki suche, a jogurt śmierdzący. Zjadamy to wszystko pod pomnikiem Lenina. A tymczasem w mieście wielkie święto: pierwszy dzień szkoły. Wszędzie pełno riebiaty w galowych ubrankach z kwiatkami w rękach, starsze dzieci w mundurach armii rosyjskiej, w galowych mundurach marynarki wojennej. Potem wszystkie dzieci idą na piwo :-)
A my po śniadanku jeździmy trochę tramwajami po tym obrzydliwym mieście. Chcę przejechać się jeszcze raz najfajniejszą „dziewiątką” do Zawodu Jantar i przez południowe dzielnice. Ale nie jest mi to dane. Najpierw czwórka nie jedzie na Lotnisko, bo linia jest zamknięta od półtora miesiąca, więc jedziemy do Parku im. Kalinina, stamtąd po długim czekaniu wracamy przeładowanym trolejbusem, ale po drodze wyłączają prąd i trolejbus staje. Dalej jedziemy tramwajem jedynką do pętli Bolnica, a stamtąd starą Tatrą (281) linii 9 przez Wyspę Katedralną pod Dworzec, bo do Zawodu Jantar nie jeździ (tak więc 9-tka nie jeździ teraz na żadną pętlę wykazaną na tablicach kierunkowych - ruski obłęd!). Próba dotarcia tam trolejbusem 5 też nie daje rezultatu, bo ta również niespodziewanie kończy trasę pod dworcem. Dopiero prywatny stary Mercedes O305 linii 27 umożliwił dotarcie do tego dzikiego zakątka. Okazało się że powodem jest kapitalny remont ulicy Suworowa. Położono równiutki jak przysłowiowe masło asfalt i nowe tory. Trwa remont dalszego odcinka dlatego powrót przez południowe dzielnice był niemożliwy. Z Zawodu Jantar wracamy pod pomnik Lenina starym Saviemem SC10 przez tereny portowe i słynny podnoszony most dwupoziomowy. Po zjedzeniu gamburgera kierujemy się do dworca. W przeładowanym tramwaju linii 2 konduktorce wypada jeden rubel reszty dla mnie. Mówię że nie szkodzi, ale ona się upiera i gdy tramwaj stoi na świetle wychodzi przednimi drzwiami i szuka rubelka na ulicy. W międzyczasie męska część pasażerów zostaje zawezwana do zepchnięcia zepsutej KaTówki blokującej skrzyżowanie. Przy okazji mało nie dochodzi do czołowego zderzenia z samochodem, co zresztą w Kaliningradzie jest normalne. Mamy już dosyć wrażeń i pozostałe kilkadziesiąt minut spędzamy na dworcu.
Tabor w Kaliningradzie od dwóch lat nie uległ większym zmianom. Poznałem nawet te same autobusy którym robiłem poprzednio zdjęcia (trochę się przybrudziły i spłowiały). Jest jeszcze więcej niemieckiego złomu, zostało kilka ikarusów, wszystkie prywatne autobusy mają teraz numery boczne. Widziałem dwa trolejbusy AKSM-201 czyli nowe wersje Ziutka, więc jednak dokonali jakiegoś zakupu. W taborze tramwajowym małe zmiany. Zakupiono 12 katówek z Cottbus. Mają numery 601-612. Z najstarszych tatr widziałem tylko 177 i 281. W katówkach uruchomiono przednie filmy z numerem linii. Kwestia torowisk nie uległa poprawie oprócz wspomnianej ulicy Suworowa, choć wydaje mi się że wydłużono płyta węgierska była tylko na estakadzie, a teraz jest aż do tego skrzyżowania z dziewiątką blisko dworca. Poza tym jechałem ex-halleńską T4-ką po moście ponad 40 km/h! Bilety kosztują już 3.50 rubla, a autobusowe - 4,00.
Pociąg do Braniewa wiezie sporo Niemców i trochę przemytników. Opłata za przejazd wynosi 12.50 i satysfakcjonuje jednocześnie kadrę RŻD jak i PKP. Przed granicą wśród przemytników zapanował popłoch i zaczęli się obklejać kartonami papierosów i chować towar. Na samej granicy wskakują polscy żołnierze i pilnują składu aż do stacji. W Braniewie 30 minut na przesiadkę, a trzeba wysiadać z pociągu, iść do sali odpraw, po czym wsiąść do innego składu. Od razu po zatrzymaniu gnamy jako pierwsi do kontroli, którą przechodzimy spokojnie, ale już następni mają problemy, więc mogło to w sumie trwać bardzo długo. Spokojnie zdążamy na pociąg do Olsztyna i już bez sensacji dojeżdżamy nim do celu. Tu już tylko trzy godzinki oczekiwania i ostatnim w tym roku pociągiem Pogoria na korytarzu zajeżdżamy na 3:20 na Warszawę Centralną.


Kaliningrad
Tatra KT4

Kaliningrad
Ikarus 260

Trzeba przyznać że ani przez chwilę się nie nudziliśmy. Co chwila coś nas zaskakiwało, wszystko było skrzętnie notowane, inaczej nie udałoby się stworzyć takiego opisu. Chyba tylko w byłym Sojuzie można w tak krótkim czasie tyle przeżyć. Pod koniec to już byłem tym trochę zmęczony, w dodatku chyba czegoś „organizm nie przyjął” bo w Kalinigradzie mnie trochę mdliło. Ale na szczęście nic groźnego się nie stało, nikt do nas nie strzelał, nikt nas nie próbował okraść ani naciągnąć, mamy same dobre wspomnienia z podróży.
W sumie zarówno Litwa jak i Łotwa tylko w niewielkim stopniu przypominają dawny Sojuz. Raczej bardziej przypominają jakąś Chorwację. Widać to zwłaszcza po jednoczesnej wizycie w Kalinigradzie. Tam z kolei panuje totalny rozkład. Wszystko na skraju ruiny, gospodarka - upadła, co się dało - rozkradzione. Największą ostoją Sojuza na Litwie i Łotwie są już w tej chwili koleje na których przez ostatnie 10 lat samodzielności praktycznie nic się zmieniło. Natomiast komunikacja miejska pomału wychodzi z dołka co widać m.in. po modernizacji taboru w Rydze czy zakupach taboru w Wilnie.


© PRZEGUBOWIEC 1998-2006