STRONA GŁÓWNA > Podróże PRZEGUBOWCA > UKRAINA 2004

Ukraina 2004

Warszawa - Lwów - Odessa - Krzywy Róg - Winnica - Przemyśl - Warszawa

Wyjazd na Ukrainę odbył się w dniach 18-23 maja 2004 r. w składzie: Ja, dwóch Tomków z Poznania oraz znany z innych wypraw człowiek-legenda Nafciarz. Plan wyjazdu zakładał wizytę w trzech miastach: Odessie, Krzywym Rogu i Winnicy. Noclegi miały odbywać się w pociągach sypialnych, co oprócz korzystnej ceny pozwalało też przemieszczać się bez straty czasu na znaczne odległości. Jeden nocleg znajdował się w Odessie - kwatera załatwiona osobiście przez Nafciarza. Jak ona wyglądała w praktyce? Jak wiadomo w tym kraju nic nie może być tak jak powinno, ale o tym dalej.

Dzień 1 (w drodze)
W piękny słoneczny wtorek skoro świt udałem się na Dworzec Wschodni, gdzie po zakupie biletu wsiadłem do pociągu Roztocze, a konkretnie do wagonu "wyłącznie dla pasażerów z rowerami", bo w pozostałych nie było już miejsc. Zatopiwszy się w lekturze przecenionych tygodników przeplatanej krótkimi drzemkami, ani się obejrzałem jak pociąg wjechał do Lublina. Tutaj dosiedli się moi towarzysze podróży i ruszyliśmy wspólnie dalej. Od Zawady wjechaliśmy na trasę, którą nigdy wcześniej nie jechałem, chociaż w okolicach tych już kiedyś byłem. Roztocze i tym razem nie wydało mi się jakąś specjalnie ciekawą krainą. Tak nasz pociąg doturlał się do granicznej stacji Hrebenne. Po nie wiadomo czemu służącym godzinnym postoju (polska kontrola paszportowa zajęła ostatnie 15 minut) pociąg ruszył w dalszą drogę do ukraińskiej stacji Rawa Ruska. Po drodze konduktor zainkasował po 4 złote. W Rawie wszyscy musieli wysiadać pierwszymi drzwiami, gdzie odbywała się ukraińska kontrola paszportowa. Okazało się, że pasażerowie mają jakieś karteczki, które oddają celnikom. Gdy przyszła wreszcie nasza kolej dopiero takie dostaliśmy i musieliśmy szybko wypełnić. W tzw. karcie imigracyjnej, której część się zostawia, a część zabiera i oddaje przy wyjeździe, trzeba było wpisać cel podróży i miejsce zakwaterowania. Ponieważ mieliśmy nocować w pociągach, więc wpisaliśmy tylko 'Odessa' co panią pogranicznik wystarczająco usatysfakcjonowało i nie robiła żadnych problemów.
Pociąg z Rawy do Lwowa, na który liczyliśmy, miał odjechać dopiero za dwie godziny, więc zaczęliśmy się rozglądać za transportem alternatywnym. Udaliśmy się w tym celu jakiś kilometr do centrum miasteczka. Na miejscu natychmiast złapał nas busik proponując jazdę do Lwowa za 6 hrywien / 4.80 zł (1 hr = 0.80 zł). Busik wyglądał na przepełniony, ale jakoś wgramoliliśmy się do niego z plecakami i ruszyliśmy w dalszą drogę. Komunikacja lokalna opiera się tu bowiem właśnie na małych busikach, które mają rozkład jazdy wywieszony wewnątrz pojazdu. Jazda do Lwowa trwała niecałe 2 godziny, podczas których co chwila ktoś wsiadał i wysiadał, a kierowca nie robiąc sobie kompletnie nic z dziurawych dróg mknął bezstresowo, wyprzedzając raz po raz przy dojeździe do wzniesienia. Zaczęły się wschodnie klimaty!
We Lwowie wysiedliśmy na peryferiach przy pętli tramwaju nr 6, którym musieliśmy przejechać jeszcze przez całe miasto do dworca kolejowego. Dobrze się nawet złożyło, bo przy poprzednich naszych wizytach ta końcówka była nieczynna i teraz ją zaliczyliśmy. Przepełniony tramwaj wlókł się niemiłosiernie, w końcu stanął w centrum w jakimś zatrzymaniu. Poszliśmy dalej piechotą, w międzyczasie wymieniliśmy walutę, a gdy po chwili awarię usunięto wsiedliśmy do tego samego tramwaju. Konduktorce nie daliśmy się skasować twierdząc że była "awarija" i nie będziemy drugi raz płacić. Chyba usłyszała takie tłumaczenie pierwszy raz w życiu, bo się tylko uśmiała i dała spokój :-) 
Na dworcu od razu przystąpiliśmy do zakupu biletów na pociąg do Odessy. Zadanie wykonaliśmy bez problemu, ale przy odejściu od kasy zatrzymał nas patrol milicji. Zaczęło się oglądanie naszych paszportów. W milczeniu milicyjne oko wczytywało się w pieczątki graniczne, szczególnie długo trwało studiowanie moich 150 pieczątek. Żartowałem później, że mieli chłopacy bezpłatną podróż po Europie. Potem jeszcze długo wpatrywali się w karty imigracyjne, porównywali literki w nazwisku z literkami w paszporcie (ja rozumiem, że oni mają bukwy, ale czy to taka wielka trudność?). W końcu bez słowa nas puścili.
W pobliskiej knajpie pożywiliśmy się, zakupiliśmy prowiant na drogę i wsiedliśmy do pociągu. Oczywiście wybraliśmy kultowy wagon płackartnyj, czyli sypialny kołchoz.
Pociągiem jechały dwie Ukrainki z Truskawca. Długie rozmowy z nimi na rozmaite tematy przeciągały się do późnych godzin nocnych. W nocy nieźle już wstawiony Nafciarz zapragnął skorzystać z tualety. Pech chciał, że akurat pociąg dojeżdżał do stacji i obowiązywała "sanitarna zona". Wdał się więc w ostrą polemikę z kierownikiem wagonu. Dyskusja była na tyle żywiołowa, że włączyła się w nią reszta pasażerów stając niestety murem po stronie kierownika. Zarzucono nam wszystkim, że zachowujemy się nieprzyzwoicie, bo cały czas się chichoczemy. Zagrożono nawet wezwaniem milicji. Zrobiło się mało przyjemnie, więc w spokoju poszliśmy spać.

Dzień 2 (Odessa)
Rano zamówiliśmy u kierownika czaj. Kiedy tak sobie go popijaliśmy wspominając wczorajszy wieczór każdy kto obok nas przechodził dziwnie się nam przyglądał. No cóż, 80 lat komunizmu robi swoje, a do pomarańczowej rewolucji brakowało jeszcze pół roku.
W Odessie Nafciarz załatwił noclegi "u polskiej rodziny". Co prawda gdyby nie załatwił to też nie byłoby problemu, bo na dworcu stoją naganiacze i babuszki oferujące kwatery. Kwatera Nafciarza zlokalizowana była na ulicy Marsylskiej. Rzut oka na plan i okazało się, że jest to na drugim końcu bardzo rozległego miasta, w dzielnicy ciągnącej się długo wzdłuż wybrzeża. Można tam było dojechać tramwajem z kilkoma przesiadkami, albo droższym autobusem lub jeszcze droższą marszrutką. Trzeba było jeszcze tylko odnaleźć właściwy przystanek autobusowy. Nafciarz zaczął wypytywać o ulicę Marsylską baby handlujące na bazarze. Zanim te mu odpowiedziały do dyskusji włączył się gość, który stanowczo twierdził, że w żądanym kierunku nie jeździ żaden autobus, tylko taksi i że on nas zawiezie. Gdy w końcu od pań uzyskaliśmy potrzebne informacje i udaliśmy się na przystanek (przejściem podziemnym na druga stronę ulicy), widzieliśmy kątem oka, jak taryfiarz opieprzał baby, że stracił przez nie klientów.
Stary Ikarus 260 na linii 155 wiózł nas przez całe śródmieście, obok portu i słynnych schodów. Mijając jakieś zakłady przemysłowe i bocznice kolejowe po ponad godzinie jazdy dotarliśmy na miejsce, które okazało się obleśnym blokowiskiem z wszechobecnymi straganami.
Jak wiadomo stragany na ulicach, to stały element postsowieckich miast. Oprócz tego, że w miastach jest po kilka targowisk, stragany stoją również na większych osiedlach, a także wokół dworców. Na targach można kupić właściwie wszystko. Wielkim wzięciem cieszą się żywe ryby, które jeszcze podskakują i dogorywają w skrzynkach.
Nasz blok był równie obskurny co wszystkie wokół. Jednak dostępu do niego broniły pancerne drzwi. Na szczęście na podwórku spotkaliśmy panią Galinę - naszą gospodynię. Jej polskość pozostawiała wiele do życzenia - nie umiała ani słowa po polsku. Chyba po prostu była jakąś tam znajomą Polki ze Lwowa, u której kiedyś Nafciarz nocował :-) Zaprowadziła nas do swojego mieszkania. Nasza kwatera na najbliższe dwa dni okazała się bardzo skromna, rzekłbym wręcz spartańska. Składała się z dużego pokoju i małego pokoju, do którego przechodziło się przez duży. Poza tym mikroskopijna kuchnia i jeszcze mniejsza łazienka bez ciepłej wody. Całe mieszkanie sprawiało bardzo nieprzyjemne wrażenie - było brudne i zaniedbane. Jednak najlepsze było jeszcze przed nami.
Pani Galina dała nam do dyspozycji mały pokój. Sama podczas naszej obecności dzieliła duży pokój z niepełnosprawnym synem. Jedna rzecz nas przerażała. W małym i totalnie zagraconym pokoju stała tylko jedna kanapa. A nas było czterech, w tym Nafciarz, którego należało liczyć za dwóch :-P. Na tak zastaną sytuację pani Galina zareagowała dość zabawnie. Stwierdziła mianowicie, że cztery osoby u niej już spały i mieściły się na tej kanapie. Poradziła nam spać w poprzek, a wystające nogi oprzeć na krzesłach. My jednak znaleźliśmy za szafą łóżko polowe i postanowiliśmy je wykorzystać na jedynym pozostającym wolnym skrawku podłogi. Dalsze rozwiązywanie problemów logistycznych postanowiliśmy pozostawić na wieczór, a tymczasem udaliśmy się na podbój odeskiej komunikacji.
W pierwszy dzień zajęliśmy się wyłącznie tramwajami, wplatając w to degustację miejscowych piwek. Zwiedzanie zostawiliśmy na dzień następny.
Sieć tramwajowa Odessy jest bardzo rozległa. Przez dwa dni nie zdążyliśmy zaliczyć jej całej, choć trzeba przyznać, że nie staraliśmy się za bardzo, bo też i nie był to jedyny cel wyprawy. Nie pomagała nam w tym częstotliwość kursowania linii, która jest bliżej nieokreślona, raczej przypadkowa i wynikająca z tego ile tramwajów uda się danego dnia uruchomić. Do normalnych należy sytuacja, gdy na linii obsługiwanej planowo jednym wagonem nastąpi awaria. Wówczas linia przestaje tego dnia funkcjonować, co nam się dwukrotnie zdarzyło. Nie zaliczyliśmy przez to rewelacyjnej jednotorówki z linią 19.
Odeskie linie tramwajowe są dość zróżnicowane. W centrum trasy poprowadzone są malowniczymi zadrzewionymi bulwarami. Jest kilka linii na wielkie betonowe osiedla. Rewelacyjne są natomiast linie peryferyjne. Punktem obowiązkowym jest linia 20 do Chadżibejskiego Limanu. Kursują na niej dwa wozy, co daje częstotliwość ok. 30 minut. Cała trasa wiedzie przez bagna, miejscami tory są zalane wodą. Mieliśmy wrażenie że tramwaj zaraz utonie w tym trzęsawisku. Wkoło roślinność bagienna, gdzieniegdzie jakieś przycupnięte chałupki, obok nich zagubiony w chaszczach przystanek. Co ciekawe cała linia jest dwutorowa. Na pętli nie ma nic oprócz budki z bufetem i piwem :-) 
Godną polecenia linią jest też 18 jadąca z okolic dworca na południe. Trasa wiedzie przyjemnie wzdłuż wysokiego brzegu morza. Na pętli jest dość spory ogródek piwny, można ugasić pragnienie. Według planu, na pętli 18 powinna bieg zaczynać linia nr 19, również o ciekawych walorach (osobiście zaliczyłem ją z Bartusiem w 2002 roku). Niestety, tego dnia nie jeździła z niewiadomych przyczyn. Prawdopodobnie jest to linia ostatniej kolejności utrzymania. Zagadywani motorowi 18-tki twierdzili, że 19-tka normalnie jeździ, ale półtorej godziny oczekiwania przeczyło temu. Niektórzy sugerowali nam nawet jazdę marszrutką, ale pukaliśmy się w czoło. Dla żartu próbowaliśmy więc przekupić motorniczych, aby za okrągłą sumkę euro pojechali po trasie dziewiętnastki. Niestety Ukraina okazała się bardziej cywilizowanym krajem niż sądziliśmy i takie numery nie przeszły. 
Warto zaliczyć jeszcze 5-tkę do pętli Arkadia, skąd reprezentacyjna promenadą dojdziemy wprost na plażę. Sama plaża, delikatnie mówiąc nie robiła najlepszego wrażenia. Dużo śmieci, woda brudna, a na środku stalowe pozostałości po czymś, co chyba miało być jakimś bufetem.
Jeśli chodzi o tabor, właściwie mamy tu do czynienia z dominacją Tatr T3. Duża ich część to totalne wraki. W środku powyrywane żarówki, pozostawione tylko na początku i po środku wagonu. Na szczęście to się pomału zmienia. Coraz więcej wagonów przechodzi remonty kapitalne. Otrzymują rozruch tyrystorowy, nowe wygodne siedzenia, podłogę antypoślizgową i wyświetlacze przystanków, oczywiście w cyrylicy. Mają też nowe granatowe malowanie. Jeździ tez jedna Tatra T6 nr 7001. Niestety, na tym pozytywy się kończą. Ze względu na zupełnie przypadkowe częstotliwości tramwaje jeżdżą niemiłosiernie zatłoczone, co powoduje, że zaliczanie Odessy do łatwych i przyjemnych nie należy. Sceny przepychanek na przystanku nie należą do rzadkości. 
Sam układ linii jest bardzo dziwny i niefunkcjonalny. Nie ma linii jadących przez całe miasto. Część linii jeździ tylko po centrum, część tylko po peryferiach. Wszędzie trzeba się przesiadać, co w połączeniu z nieregularnością kursowania powoduje, że podróż może się nadspodziewanie wydłużyć. Do tego wszystkiego dochodzi totalna dezinformacja. Na przystankach oczywiście nie ma rozkładów jazdy, są tylko podane niewiele mówiące zakresy częstotliwości np. kursuje co 18-72 minut. Często nawet te informacje nie są prawdziwe, niektóre linie de facto nie jeżdżą, inne mają zmienione trasy, a część linii jeździ, chociaż nie ma o nich żadnych informacji na przystankach. Żeby było weselej sam personel plącze się w zeznaniach. Wygląda na to że odeskie tramwaje to jedna wielka improwizacja i walka o przetrwanie każdego kolejnego dnia. Oby tylko nie skończyło się to jakimś spektakularnym upadkiem - wiele linii kwalifikuje się do natychmiastowego zamknięcia zarówno za sprawą mizernej frekwencji, jak i katastrofalnego stanu toru.
Po intensywnych zaliczeniach w końcu ruszyliśmy na kwaterę. A tu przykra niespodzianka. Wchodzimy do mieszkania i okazuje się, że nasze upatrzone polowe łóżko jest już zajęte przez syna Pani gospodyni. Cóż było robić, po krótkiej naradzie poprosiliśmy panią Galinę i naświetliliśmy jej problem, że się nie mieścimy. Pani Galina, jako "ruski czełowiek", w ogóle nie rozumiała naszych wysublimowanych problemów. Niewiele się zastanawiając zgoniła syna z wyra i udostępniła nam je. Nafciarz zajął więc miejsce na polówce, a reszta wyprawy w trójkę musiała się ulokować na kanapie. Jak to się udało - do dziś się zastanawiam ;-)



Odessa
Tatra T3SU
linia 1

Odessa
Tatra T3SU
linia 30

Odessa
Tatra T3SU
linia 10

Odessa
Tatra T3SU
linia 31

Odessa
ZiU-682
linia 10

Odessa
Volvo B10M-60 AA
linia 68


Odessa
Tatra T3SU
linia 20

Odessa
Tatra T3SU
linia 20

Odessa
Tatra T3SU
linia 20

Odessa
Tatra-JUG T3M
linia 18

Odessa
Tatra T3SU
linia 13

Odessa
autobus Nissan
linia 190K

Dzień 3 (dalej Odessa)
Rano pożegnaliśmy się z panią Galiną. Zapłaciliśmy jej za nocleg w euro (pierwszy raz widziała takie banknoty - musieliśmy tłumaczyć czym to się różni od dolarów). Bagaże zostawiliśmy w przechowali na dworcu i ponownie ruszyliśmy na miasto. Pierwsze godziny spędziliśmy zwiedzając miasto. Centrum Odessy - licznie odwiedzane przez turystów - jest bardzo zadbane. Od centralnego placu Greckiego odchodzi główna ulica handlowa zamieniona na deptak. Tą ulica dojdziemy do portu, a idąc wzdłuż nabrzeża dość ładnym bulwarem dojdziemy do słynnych Schodów Potiomkinowskich. Na schodach, jak to w takim miejscu bywa, dużo turystów, dużo handlarzy sprzedających pamiątki. Stali tez panowie ze zwierzątkami, z którymi można było sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie (był tez krokodyl). Jako że ta cała cepelia była na dłuższą metę dość męcząca, postanowiliśmy wrócić do zaliczania tramwajów oraz posilić się jakimś miejscowym jadłem.
Na koniec dnia zostawiliśmy sobie do zaliczenia najdłuższą odeską linię tramwajową - podmiejską 29. Co prawda zamiast 29 jeździła linia 31, ale nie zraziło nas to. Gdy już zajęliśmy miejsca w przepełnionym do granic możliwości tramwaju naszym oczom ukazał się niezwykły widok. Jedną z poprzecznych ulic w najlepsze jechała sobie tzw. sczepka czyli dwa trolejbusy ZIU połączone w skład. Jest to widok na tyle rzadki, że niemal natychmiast zapomnieliśmy o głodzie i planach zaliczeniowych. Szybko wysiedliśmy i ruszyliśmy w ślad za szczepką z aparatami. Konduktorki z owego niesamowitego pojazdu widząc to całe zamieszanie zaczęły nas wypytywać, skąd jesteśmy, po co robimy zdjęcia itp. Jak im powiedzieliśmy, że jesteśmy miłośnikami komunikacji z Polski, panie pozwoliły nam się przejechać sczepką za darmo. Opowiadały że często różni miłośnicy - głównie z Niemiec - robią im zdjęcia. Zarzekały się też że to jedyna sczepka w całej Ukrainie, a jej wybitnym konstruktorem jest pan siedzący właśnie za kółkiem :-)
Po przejażdżce podwójnym Ziutkiem i posileniu się lokalnymi specjałami w jednym z ogródków piwnych wróciliśmy ponownie na trasę linii 31 i kontynuowaliśmy jazdę w stronę Czernomorki. W pewnym momencie konduktorka obwieściła koniec trasy. Zgodnie z planem tramwaj miał jechać dalej do Rybportu. ale konduktorka stwierdziła, że trzeba się przesiąść na linię 27, bo tramwaj 31 jedzie nazad do Odessy. Wysiedliśmy i dopiero wówczas spostrzegliśmy, że dalsza trasa wygląda na nieużywaną. Konduktorka zrobiła nas w balona. Postanowiliśmy jednak sprawdzić to naocznie. Zasiedliśmy więc w pobliskim ogródku piwnym. Sama okolica to totalne wygwizdowo, z paroma chałupami, jednym sklepem i budką z piwem. Po którymś z browarów podpytaliśmy miejscowych, dlaczego 27 nie przyjeżdża, bo już czekamy od godziny. Odpowiedzi były różne, często sprzeczne. A to że niedziela, a to że nikt tą trasą nie jeździł i zamknęli, a to że "riebiata, bolszaja bieda i niet tramwaja". Wydawało nam się to wszystko coraz bardziej dziwne i niesamowite, może za długo już siedzieliśmy na tej pętli. Wróciliśmy więc na dworzec, odebraliśmy bagaże i zajęliśmy miejsca w pociągu o pięknej nazwie "Kryworożje". Jak wskazuje nazwa pociągu - kolejnym miastem na trasie miał być Krzywy Róg.



Odessa
ZiU-682+ZiU-682
linia 12


Odessa
ZiU-682+ZiU-682
linia 12


Odessa
JuMZ-T2
linia 12


Odessa
JuMZ-T1
linia 11


Odessa
Tatra T3SU
linia 10

Odessa
Tatra T3SU
linia 31


Odessa
Tatra T3SU
linia 31


Odessa
Tatra T3SU
linia 31


Odessa
Tatra T3SU
linia 31

Dzień 4 (Krzywy Róg)
W odróżnieniu od Odessy, Krzywy róg to miasto nie mające właściwie nic do zaoferowania turystom. Jak wszyscy pamiętamy z lekcji geografii jest to główny ośrodek ukraińskiego przemysłu metalurgicznego. I chociaż turysta szukający zabytków właściwie tu nic nie znajdzie, Krzywy Róg ma cos, co przyciąga miłośników komunikacji. Jest to specyficzna linia ni to szybkiego tramwaju, ni to metra.
Do Krzywego rogu pociąg wjeżdżał prawie godzinę, a było to o tyle uciążliwe, że przez ten czas obowiązywała sanitarna zona i toalety były zamknięte. Na zewnątrz cały czas mijaliśmy totalnie zdegradowany krajobraz przemysłowy, huty, kopalnie, znowu huty, czasami jakieś bloki. A wszystko pokryte rdzawym pyłem. Po godzinie takiego kolebania w końcu pociąg wtoczył się na dworzec. Po zostawieniu plecaków w przechowalni i zakupieniu biletów na nocny pociąg ruszyliśmy na miasto. Przed dworcem, jak to na Ukrainie oczywiście pełno handlarzy i bud, na pasażerów oczekiwały marszrutki. My jednak udaliśmy się na pętlę tramwajową, na której oczekiwała dość spora grupa ludzi.
Miasto Krzywy Róg to miasto moloch. Zabudowa mieszkaniowa stanowi tylko niewielki procent powierzchni, większą część wypełnia wielki przemysł i kopalnie rudy żelaza. Przez to Krzywy Róg właściwie składa się z luźnych organizmów miejskich połączonych siecią komunikacyjną, rozciągnięty na długości ok. 40 kilometrów. To wszystko obsługiwane jest głównie przez trolejbusy, po części też tramwaje, a po jeszcze mniejszej części przez coś co miejscowi nazywają szumnie metrem.
Krzyworoskie metro infrastrukturalnie można nawet podciągnąć pod metro. Dyskwalifikuje je jednak tabor - zwykłe Tatry T3. Linia metra / szybkiego tramwaju zaczyna się w parku blisko centrum na zwykłej, chociaż ogrodzonej pętli. Potem wjeżdża w tunel. Dwie stacje w ścisłym centrum są pod ziemia. Peron jest po środku, dlatego tramwaje jeżdżą lewym torem. Następnie linia następnie wyjeżdża na powierzchnię i wiedzie głównie przez pola, by napotykając rozrzucone rzadko osiedla niczym odległe galaktyki zatrzymać się przy nich na gigantomańskich stacjach. Na swojej trasie szybki tramwaje jeszcze dwukrotnie wjeżdża w krótki tunel. Trzeba przyznać, że stacje są dość estetyczne i zadbane i przypominają raczej naziemne stacje metra. Zresztą, podobnie jak w metrze wejścia na stacje oznaczone są litera "M", a przy wejściu są bramki, do których należy
wrzucić plastikowy żeton.
Składy dwuwagonowe jeżdżą co ok. 12 minut. Zaskakująca jest dośc niska frekwencja na całej linii, zwłaszcza w zderzeniu z dużym zapełnieniem na innych liniach w KR. Stawia to trochę pod znakiem zapytania sens całej inwestycji.
Niestety pewien incydent zadecydował o negatywnych wrażeniach z KR. Metro krzyworoskie jest jakimś specjalnym obiektem strategicznym o znaczeniu ogólnopaństwowym. Ewentualnie wiatr zmian nie dotarł na pola rudonośne. Zakaz fotografowania jest tu bezwzględnie egzekwowany. Na każdej stacji jest dyżurny ruchu, który odprawia pociągi, a ponadto znajduje się tez posterunek milicji. Na stacjach podziemnych przy schodach wiodących na perony stoją pracownice, które są chyba tylko po to by przeganiać ludzi z aparatami. Jedna z nich natychmiast gdy wyciągnęliśmy aparaty wszczęła awanturę, drąc ryja że nie wolno robić zdjęć i zaczęła straszyć nas milicją. Odpuściliśmy. Ale na końcowej stacji naziemnej ponowiliśmy próbę, Trudno żebyśmy wyjechali z KR bez żadnego zdjęcia - nie po to jechaliśmy taki szmat drogi. Próbowaliśmy robić zdjęcia z ukrycia, ale ponieważ byliśmy jedynymi pasażerami, w dodatku z pewnością się trochę wyróżnialiśmy, cała obsługa stacji uważnie nas obserwowała i nie omieszkała zauważyć co się święci. Stałem trochę z boku i zauważyłem jak w dyżurce zaczynają się nerwowe telefony. Nic jednak się nie działo - pewnie konsultowali się z wyższymi szczeblami. Podjechał tramwaj, wsiedliśmy do środka, ale podejrzanie długo nie ruszał. Okazało się że czekali na decyzję co z nami robić. W końcu do wagonu przyszły dwie pracownice z awanturą po co robimy zdjęcie metra. Udawaliśmy że nie wiemy o jakie zdjęcia chodzi. Po dłuższej dyskusji ustaliliśmy, że one nikomu nie powiedzą co my robimy, ale my nikomu nie możemy tych zdjęć pokazywać :-)))) Odechciało nam się szybkiego tramwaju. Na szczęście porobiliśmy też trochę zdjęć na trasie i to pomimo iż większość trasy jest szczelnie ogrodzona wysokim betonowym płotem. Jednak cały czas z uwagą obserwowaliśmy czy gdzieś nie czają się tajni funkcjonariusze ochrony krzyworoskiego metra.
Nadszedł czas na tramwaj miejski w KR. Tworzy go sieć pięciu bardzo długich linii. Na każdej kursuje jedna linia mocna z częstotliwością ok. 15-20 minut oraz liczne linie szczytowe o bardzo intrygujących częstotliwościach takich jak np. 73, 91, 99, 107 minut :-) Układ linii w wielu miejscach zupełnie nie zgadzał się z posiadanymi przez nas materiałami. Niektóre linie sprawiały wrażenie nieczynnych, ale jak zwykle nawet miejscowi nie byli w stanie określić co jest przyczyną ich niekursowania i czy faktycznie nie kursują, czy tylko tak rzadko że ich nie widać.
Tabor tramwajowy to głównie typowe KTM-5, w stanie momentami agonalnym. 
Niestety nie zdążyliśmy zaliczyć całej rozległej sieci, nie mówiąc nawet o wielokrotnie rozleglejszych trolejbusach. Ponoć gdzieś w najbardziej oddalonych osiedlach jeżdżą nawet przegubowe ZIUtki ;-)
Oczywiście przez cały dzień zaliczanie tramwajów ubogacaliśmy wizytami w ogródkach piwnych zlokalizowanych jakby specjalnie z myślą o mkm na pętlach tramwajowych. Delektowaliśmy się też sprzedawanymi na każdym rogu ciepłymi pirożkami. Na Ukrainie miłośnik nie zginie. Jedzenia, picia i wrażeń komunikacyjnych jest pod dostatkiem, a momentami nawet w nadmiarze.
Wieczorem zajęliśmy miejsca w nocnym pociągu do Kijowa. Celem następnego dnia była Winnica.



Krzywy Róg
Tatra T3SU
szybki tramwaj 

Krzywy Róg
Tatra T3SU
szybki tramwaj 

Krzywy Róg
KTM-5
linia 9

Krzywy Róg
KTM-5
linia 1

Krzywy Róg
KTM-8M
linia 1

Krzywy Róg
KTM-5
linia 14


Krzywy Róg
KTM-5
linia 10

Krzywy Róg
KTM-5
linia 14

Krzywy Róg
KTM-5
linia 5

Krzywy Róg
KTM-5
linia 9

Krzywy Róg
JuMZ-T2
linia 13

Krzywy Róg
Ikarus 260.43
linia 236

Dzień 5 (Winnica)
Ukraińska stolica przywitała nas deszczem i chłodem. Na szczęście nie była tym razem miastem docelowym. Jak zwykle kijowski dworzec, niedawno zmodernizowany, wzbudził nasz zachwyt. Zakupiliśmy bilety na kolejny pociąg do Winnicy. Co ciekawe udało się nam także kupić bilety na pociąg z Winnicy do Mostisk-2 na granicy polskiej. Kilka następnych godzin spędziliśmy w pociągu do Winnicy, gdzie zajechaliśmy koło południa. 
Sieć tramwajowa w Winnicy jest bardzo kameralna. Zaczyna się przy dworcu, a w centrum rozgałęzia się na trzy linie. Jako jedno z nielicznych miast w Sojuzie ma rozstaw szyn 1000 mm. Na tle innych znanych ukraińskich miast Winnica prezentuje się rewelacyjnie. Samo miasto jest bardzo zadbane, infrastruktura także nie pozostawia wiele do życzenia. Miasto trzyma fason na poziomie Litwy, Łotwy czy Słowacji. Tabor to same Tatry KT4. Nieliczne T4 jeżdżą tylko w dni robocze.
Czasu na Winnicę mieliśmy w nadmiarze, więc zaliczyliśmy też większość linii trolejbusowych, z których część jechała na jakieś podupadłe peryferia i kołchozy. Tabor trolejbusowy to oczywiście ZIUtki.
W Winnicy również nie omieszkaliśmy korzystać z uciech miłośniczego życia. Na pętli przy Awtowokzale znaleźliśmy klimatyczną budkę z piwem gdzie lano prosto z węża piwo Berdyczowskie. Myśleliśmy, że to już będzie szczyt, ale gdzie tam. Na innej pętli stała niepozorna żółta cysterenka, taka w jakich sprzedaje się kwas chlebowy. Przy nim siedziała babuszka i rozlewała z cysterny piwo Żygulewskoje. Obowiązkowo spróbowaliśmy i uwieczniliśmy ten fakt na fotkach. Kolejne ciekawe zdarzenie miało miejsce w restauracji, gdzie w pewnym momencie po ścianie zaczął biegać karaluch. Dwa inne wybiegły z karty dań. Jednego zabił sam kelner. Było mu trochę głupio, choć my dławiliśmy się ze śmiechu. Nie opuściliśmy jednak lokalu, bo dobrze w nim żywili.
Po kolejnym już dniu pełnym wrażeń udaliśmy się na dworzec, gdzie na pociąg musieliśmy czekać aż do północy. Czas ten spędziliśmy w poczekalni, a główna atrakcja tego wieczoru był mały kotek, który stale uciekał właścicielce i chował się bagażami innych podróżnych. Nocnym pociągiem, dojechaliśmy do stacji granicznej Mościska. Nie udało się przekonać kierownika wagonu do przemycenia nas do Polski. A oficjalny bilet międzynarodowy kosztował absurdalnie drogo.



Winnica
Tatra KT4SU

Winnica
Tatra KT4SU

Winnica
Tatra KT4SU

Winnica
Tatra KT4SU

Winnica
Tatra KT4SU

Winnica
Tatra KT4SU

Winnica
Tatra KT4SU


Winnica
Tatra KT4SU

Winnica
Tatra KT4SU

Winnica
ZiU-682

Winnica
ZiU-682

Winnica
ZiU-682

Winnica
KTG-5

Winnica
Ikarus 280.33

Dzień 6 (powrót)
Do Mościsk dojechaliśmy koło 8.00 lokalnego czasu. Spod dworca do przejścia drogowego w Szeginiach jest niezły kawał drogi. Na szczęście pod dworcem stała taryfa, która za 10 hrywien zawiozła nas do granicy. Odprawa graniczna raczej przypominała pogawędkę, a nie kontrolę, ale w końcu przechodziliśmy już przez bramkę dla obywateli UE. Po stronie polskiej czekały już busy, jednym z nich dostaliśmy się do Przemyśla. W Przemyślu w miłym barze przy dworcu zjedliśmy śniadanie i nadszedł czas pożegnań. Koledzy z Poznania i Nafciarz udali się pociągiem do Wrocławia, natomiast ja niezbyt wygodnym PKS-em do Lublina a dalej pociągiem do Warszawy.

Podsumowując:
- wyprawy na Ukrainę zostawiają niezatarte wrażenie
- cenowo Ukraina jest bardzo korzystna
- zaopatrzenie w artykuły spożywcze oraz gastronomia są fantastyczne
- kwestii oficjalnych noclegów nie poruszaliśmy, ale z doświadczeń innych podróżników wiemy że w tym temacie również nie ma problemów
- koleje ukraińskie są czyste i porządne, z dostaniem biletów na ten sam dzień raczej nie ma kłopotów (zapewne poza szczytami przewozowymi) 
- styl podróżowania jest inny niż ten, do który znamy, ale podróżowanie za to jest dużo tańsze; ceny biletów za miejsca sypialne w naszych relacjach nie przekraczały 25 zł

I to tyle. Redagowanie relacji trwało długo z różnych przyczyn obiektywnych. W końcu tego dokonałem, a pomogła mi w tym wersja spisana pierwotnie przez kol. Nafciarza.

 


© PRZEGUBOWIEC 1998-2008