|
Dzień 1 -
Jedziemy bojować
Jak nakazuje świecka tradycja naszych wyjazdów, cel podróży z reguły osiągamy pod koniec drugiego tygodnia wojaży. Tak też było i tym razem. Zanim wjechaliśmy do Turcji błąkaliśmy się trochę po Bałkanach. Chociaż początek mieliśmy całkiem przyzwoity: w ciągu pierwszych 24 godzin pokonaliśmy równe 1500 km z Warszawy do Sarajewa.
Wyjechaliśmy o 6:00 EC Polonia. Na granicy w Petrovicach jak zawsze wesoło. Czeski pogranicznik na wieść, że jedziemy do Sarajewa spytał "to jedete bojovat?"
Na długą trasę do Budapesztu (Suchdol, Prerov, Otrokovice, Hodonin.... hmm... ile to razy już się tędy jeździło?) postanowiliśmy zakupić jakieś rozweselacze. Żena za pultom zaproponowała dziesięciopak Radegasta w zgrabnym kartonowym pudełku z rączką: "To je take jak reklamovka" (140 CZK / 19 zł). Starczyło akurat na całą trasę. W wesołych nastrojach opuściliśmy Polonię w Budapest-Kelenfold. Zakupiliśmy bilety na InterCityRapid i pierwsze bałkańskie potrawy: langosz z polewką czosnkową (220 HUF / 3,50 zł). Pani w budce przeszła na niemiecki, po bezowocnej próbie dogadania się po węgiersku ;-)
Na wieczór dojechaliśmy do Peczu na południu Węgier. Tu za półtorej godziny miał zajechać pociąg Budapeszt - Sarajewo. Z małym opóźnieniem na peron wjechał długi skład. Z niego do Sarajewa jechały pierwsze dwa wagony z napisami "Żeljeznice Republike Srpske".
W Magyarboly / Beli Manastir przekroczyliśmy granicę chorwacką. Mój liczący kilka dni nowy paszport ubarwiły pierwsze pieczątki. Bartuś wyskoczył do kasy i kupił bilety do Slavonskiego Szamaca - ostatniej stacji przed granicą (51 HRK / 29 zł). Po czym poszliśmy spać. Za chwilę obudziła nas następna granica i następne pieczątki. W ostatnich latach do Bośni w sezonie letnim wjeżdża się bez wizy. W tym roku bez wizy wpuszczali już od 1 kwietnia, więc idą w dobrym kierunku i pewnie wkrótce całkowicie zniosą tę bzdurę.
Odprawa przeszła bez problemu. Bilet kupiliśmy u konduktora. Chyba go sobie zachowam: opiewał na trasę Bosanski Szamac - Sarajewo, ale osobno podana była cena i kilometry za część serbską, a osobno za bośniacką. A opłatę i tak uiściliśmy w euro (11 EUR). Z terytorium Bośni i Hercegowiny bowiem wydzielona jest autonomiczna Republika Serbska, mająca własny rząd, parlament i koleje. Tak się akurat składa, że Republika owa obejmuje wszystkie kluczowe węzły kolejowe Bośni, więc aby skorzystać z sieci kolejowej swojego kraju Żeljeznice Bosne i Hercegowine muszą za każdym razem przejeżdżać przez terytorium RS. Nic dziwnego, że zarówno ruch towarowy jak i pasażerski w tym kraju jest praktycznie wymarciu.
Nasz wagon już od Peczu zdradzał objawy awarii. W przedziałach nie funkcjonowało oświetlenie. W końcu w środku nocy, na stacji Doboj, kazano nam przenieść się do drugiego, a ten wyczepiono. Drugi miał dermowe siedzenia i nie miał zasłonek w oknach, ale tu też spaliśmy jak zabici.
|
|
Dzień 2 -
Sarajewooooooooooooooooooooooooo!!!
Słoneczny poranek, za oknem ładne pagórki. Prawie jak Austria czy Słowenia. Tylko zamiast domów porośnięte krzakami ruiny domów. Aha, więc tak wygląda Bośnia...
Pociąg długo wjeżdża do Sarajewa. Miasto jest położone w długiej wąskiej dolinie, więc zanim dotrze do głównego czołowego dworca już się je całe zna. Na początku domki, potem bloki, jakiś upadły przemysł i wreszcie dworzec. Ogromny, zbudowany na olimpiadę w 1984 roku, obecnie przyjmujący dwa pociągi na dobę. Wszędzie pustki, puste kasy, pusta restauracja, puste sklepy. Nie dziwne, że przechowalni bagażu tu nie znajdziemy. Na przetrzymanie plecaków nie dała się namówić pani w informacji. Odsyłała na pocztę. Ale poczta zamknięta. A miasto już wzywało... Zrobiliśmy rundkę po okolicach dworca. Rozeznaliśmy się w połączeniach autobusowych i urodził się pomysł popołudniowej wycieczki, o czym później. W hotelu Holiday Inn znaleźliśmy bankomat, który działał dopiero po mocniejszym uderzeniu w obudowę. Wyciągnęliśmy sobie 60 marek konwertybilnych - miejscowego środka płatniczego. Pani w recepcji też nie chciała naszych bagaży i odsyłała na pocztę. Wreszcie o 7:00 poczta otworzyła podwoje, ale okazało się że tam też wcale nie ma schowków. Nie uśmiechało nam się łażenie z plecakami, zwłaszcza że już się zaczynał słynny bałkański skwar. W końcu ktoś skierował nas z powrotem na autobusną stanicę. I faktycznie - w kącie widniał napis "garderoba" oznaczający w tym rejonie przechowalnię bagażu (6 MK / 12,60 zł). Od razu polepszyły nam się nastroje, także dlatego, że w tym na pozór zapomnianym przez świat mieście funkcjonowały bilety dobowe na komunikację (5 MK / 10,50 zł). Uczciliśmy to kawą po turecku w ogródku przy pętli. Przez kolejne 5 godzin jeździliśmy po Sarajewie tramwajami i trolejbusami.
Jak wspomniałem Sarajewo leży w długiej głębokiej dolinie rzeki (a właściwie potoku) o nazwie Miljacka. Na jej końcu znajduje się stare centrum. Tramwaje mają praktycznie jedną prostą trasę: z centrum (Bascarsija), które okrążają wydłużonym kryterium przez główne skrzyżowanie (Skenderija), następnie przez wielkie osiedla Cengic Vila i Alipasino Polje, które przecinają Bulwarem Mesze Selimovicza, znaną w świecie bardziej jako Aleja Snajperów do dzielnicy Ilidża, gdzie znajduje się duży dworzec autobusowy (chociaż dworzec to za mocne słowo). Po drodze odchodzi krótka odnoga do dworca kolejowego. Tabor tramwajowy to głównie Tatry K2, w większości z pantografem na drugiej sekcji. Jest też kilka długich KT8D5 kupionych z Koszyc i pierwsze Tatry z niską wstawką w środku produkcji PARS Sumperk. Wiedeńskie C1+c1 stały odstawione w zajezdni, niektóre już oszabrowane. Stan torowisk nienajgorszy, na przystankach nowoczesne wiaty, na tramwaj nie czeka się dłużej niż 3 minuty - jednym słowem byłoby OK, gdyby nie stan taboru. Przydałoby mu się częstsze odnawianie - trafiają się reklamy wymalowane jeszcze w 1996 roku. Z wielu wagonów farba i szpachla odpadają płatami.
Sieć trolejbusowa składa się też z jednej głównej linii, ale biegnącej po drugim brzegu Miljacki, i nieco wyżej. Zaczyna się w centrum na Austrijskim Trgu i wiedzie przez dawną serbską enklawę Grbavica do osiedla Dobrinja. Po drodze odchodzą dwie odnogi: jedna do pętli na osiedlu Otoka, druga od centrum do pętli Jezero zlokalizowanej w sąsiedztwie stadionu olimpijskiego (w pewnym ponurym okresie służącym za cmentarz).
Tabor trolejbusowy "sponsoruje" niemieckie miasto Solingen. Po ostatnich dostawach praktycznie w całości składa się z przegubowych MANów SG200HO i krótkich 3-osiowych MANów SL172HO. Trafiają się jeszcze czasami jakieś niedobitki Skód 14Tr, najczęściej sprowadzonych z Czech. Udało mi się też sfocić jedną z przegubowych Skód-Sanosów sprowadzonych w 2000 roku z czeskiego Zlina.
Z autobusów miejskich nie korzystaliśmy, ale tu zauważa się głównie żółte tureckie MANy SL222 zakupione w 1998 r. ze środków pomocowych rządu japońskiego. Ponadto jeździ trochę zachodniego złomu, ale już nie za dużo. Ciekawostką są Neoplany Megatransy, niektóre w berlińskim malowaniu. Marszrutek nie stwierdzono. Wszędzie za to roi się od kanarów, na jednej trasie można być sprawdzanym kilka razy. Z reguły są ubrani w garnitury, często jadą sobie całą trasą w kabinie. Pilnują także przystanków, czasami nawet sprawdzają pasażerów wchodzących.
Kilkugodzinna wizyta w Sarajewie zrobiła na nas duże wrażenie, ale przyniosła mieszane uczucia. Z jednej strony ładnie położone miasto, w miarę zadbane, z mnóstwem knajpek i ogródków w centrum. Z drugiej - na każdym kroku widać ślady wojny jaka toczyła się tu przed dziesięcioma laty. Na każdym budynku ślady po kulach, nieraz po większym pocisku. Na osiedlach bloków widać to szczególnie. Tam toczyły się najżarliwsze walki. Wiele budynków i zakładów stoi opuszczonych, niektóre zniszczone lub wypalone. Duże wrażenie robią opuszczone drapacze chmur przy głównej alei, które służyły za główne stanowiska artyleryjskie. Jeszcze większe - opuszczone 15-piętrowe bloki mieszkalne w serbskiej dzielnicy Grbavica, całe wypalone i podziurawione pociskami. Tyle się człowiek nasłuchał o wojnach i naoglądał zdjęć z ruinami, ale dopiero tutaj nogi się uginają, gdy zobaczy miasto podobne do każdego innego w naszym regionie, położone niecałe 1500 km od własnego bloku. Miasto, w którym w czasie gdy ja zdawałem maturę, w ciągu trzech lat oblężenia zginęło 11 tysięcy mieszkańców.
Ponieważ jedyny pociąg wyjeżdżający z Sarajewa w świat odjeżdżał dopiero o 20:20 postanowiliśmy zobaczyć coś więcej niż tylko stolicę. Zachęceni fantazyjnie wijącą się na mapie linią kolejową udaliśmy się autobusem do Mostaru, aby na wieczór powrócić do Sarajewa pociągiem. Jazda autobusem też była niczego sobie (13 MK = 27,30 PLN). Kierowca puszczał jakieś lokalne hity przypominające szlagiery z kołobrzeskich festiwali. Jedną z piosenek nucił na głos cały autobus. Wsłuchałem się więc w treść refrenu, która brzmiała "Sarajewo,
lubavi moja" ;-)) Po powrocie do domu natychmiast ściągnąłem sobie mp3
z tą pieśnią - autor Kemal Monteno.
Trasa wiodła przez niesamowite góry, tunelami, wiaduktami, cały czas po rewelacyjnie dobrych drogach. Gdzieś tam przez chwilę zamajaczyły nawet jakieś ośnieżone szczyty. Od połowy drogi zjeżdżaliśmy fantastycznym przełomem rzeki Neretwy. Rzeka jest tu całkiem spora, ale w najwęższym miejscu pomiędzy skalistymi brzegami miała może ze 20 metrów (!) A zmieściła się tam jeszcze szosa i tor kolejowy ;-)
Mostar leży w strefie klimatu adriatyckiego. Roślinność jest tu już charakterystyczna bardziej dla Grecji czy Hiszpanii niż Bałkanów. Także temperatura była znacznie wyższa niż w Sarajewie, co szybko odczuliśmy nosząc na grzbiecie plecaki. Mieliśmy zamiar zaliczyć słynny mostarski most, niedawno odbudowany po zniszczeniach wojennych, ale w którą stronę nie poszliśmy trafialiśmy na ruiny domów. W mieście tym bowiem ostro naparzali się Bośniacy z Chorwatami. Zaliczyliśmy więc ruiny szkoły, ruiny dyskoteki, ruiny 10-piętrowego hotelu i ruiny domu towarowego, przed którym Bartuś cyknął sobie fotkę. Na dalsze podziwianie ruin zabrakło nam sił i wróciliśmy na dworzec. Na most przyjedziemy innym razem.
Dworzec w Mostarze to osobna historia. Chyba musiał być zniszczony doszczętnie w czasie ostatniej wojny, bo jest całkiem świeżo odbudowany, w nowoczesnej formie, zintegrowany z dworcem autobusowym. I co najważniejsze jest olbrzymi. Chyba nawet większy niż sarajewski. Wielka hala dworcowa, dwa piętra, schody ruchome, trzy perony, wielkie zadaszenie nad wszystkimi peronami... Wszystko to czeka na... dwie pary pociągów dziennie relacji Sarajewo - Ploce, linii, która w obecnym układzie granic państwowych nie ma zbyt dużego znaczenia. Większość pomieszczeń dworca, w tym także ogromna hala jest na głucho zamknięta. Na pół godziny przed pociągiem w jednym z kilku małych i zupełnie pustych pomieszczeń pojawia się kasjerka. Jedyne co ma do dyspozycji to biurko, krzesło, długopis i bloczek blankietów ;-) Kupiliśmy sobie bilety od razu do Szamaca (24 MK / 50,40 PLN). Bartuś zauważył, że w kasie leży jeszcze kilka książkowych rozkładów jazdy, więc chciał jeden kupić. Kasjerka nie chciała dać, upierała się długo, że to do jej użytku, w końcu jak Bartuś spytał czy wszystkie naraz używa to dała jeden za darmo. Rozkład był ciekawy - zawierał głównie puste tabele i połączenia międzynarodowe. Dodatkowo przepisy taryfowe w kilku językach, jakieś mapki, kalendarze, reklamy. Wszystko chyba po to, żeby te jedyne dwie czynne linie nie stwarzały w rozkładzie wrażenia takiej pustki jak bośniackie dworce.
Pociąg, w który wsiedliśmy w Mostarze prowadził tylko dwa wagony, chorwackie 1 klasy. Zgodnie z tabliczkami miał jechać w relacji Ploce - Zagrzeb. Niestety daleko nim nie ujechaliśmy. Najciekawszy odcinek od miasta Konjic był właśnie remontowany i dalej aż do Sarajewa jechaliśmy autobusem zastępczym, znaną nam już szosą. W dodatku w czasie przesiadki na autobus zgubiła się gdzieś drużyna i mieliśmy na starcie pół godziny spóźnienia.
Zajechaliśmy pod sam sarajewski dworzec i od razu wsiedliśmy w nasz dwuwagonowy pociąg powrotny. Tuż przed odjazdem z pobliskiego minaretu usłyszeliśmy zawodzenie muezina nawołującego do modlitwy. Od tej pory takie klimaty towarzyszyły nam już na co dzień.
Pociąg którym wracaliśmy z Sarajewa na krótkim odcinku jest łączony z pociągiem Banja Luka - Belgrad. Skorzystaliśmy z tego i zmieniliśmy wagony, aby bez nocnej przesiadki dojechać do stolicy Serbii. Bilet na odcinek chorwacki zakupiliśmy u konduktora (62 HRK / 35 zł).
Z kraju dręczonych wjechaliśmy do kraju dręczycieli. Wielka Serbia w osobie celnika zapytała ile mamy pieniędzy. Zaskoczony takim pytaniem i rozbudzony o 2 w nocy zacząłem ściemniać, że "trochę dolarów, trochę euro, trochę forintów..." - "Ile?" - warknęła Wielka Serbia. Odpaliłem, że "może ze 100 euro". "Co 100 euro? Dawaj!" - ryknęła zniecierpliwiona Wielka Serbia. Zacząłem powoli zdejmować plecak, żeby się dokopać do głęboko ukrytych zasobów finansowych, a gdy już je znalazłem mundurowy stracił zainteresowanie moimi zasobami finansowymi i poszedł dalej leczyć swoje kompleksy.
|

Sarajewo
K2YU

Sarajewo
K2YU

Sarajewo
K2YU

Sarajewo
K2YU

Sarajewo
Skoda 14Tr

Sarajewo
MAN SG200HO

Sarajewo
MAN SL172HO

Sarajewo
MANAS SL222

Mostar
MAN SL263 |
|
Dzień 3 - Autobusowa Komunikacja Zastępcza
Trzeci dzień wyprawy nie zaczął się dobrze. Belgrad przywitał nas fatalną pogodą. Niby mieliśmy być tu tylko 3,5 godziny, ale mnie to zupełnie zniechęciło, zwłaszcza że już tu byłem 3 lata temu i jakoś nie tęskniłem za tym chaotycznym miastem.
Oddaliśmy bagaże do przechowalni (90 YUD / 4,50 zł) i poszliśmy na kawę (30 YUD / 1,50 zł). Za 3 godziny mieliśmy jechać pociągiem do Baru, miasta nad Adriatykiem oddalonego o 8 godzin jazdy od stolicy. Linia Belgrad - Bar jest podobno jedną z piękniejszych linii kolejowych w Europie. Faktycznie, z mapy wynikało, że nieustannie przebija się przez góry tunelami i wiaduktami. Z Baru planowaliśmy wrócić do Belgradu nocnym pociągiem, by rano łapać bezpośredni pociąg do Stambułu.
Nie spiesząc się do wyjścia w spowite deszczem miasto rzuciłem okiem na rozkład odjazdów pociągów ze stacji Beograd wiszący na ścianie i... aż przetarłem zaspane oczy z przerażenia. Wszystkie pociągi w kierunku Baru były zaklejone paskiem papieru z napisem "neobraca". Z dokładniejszych informacji jakie uzyskaliśmy okazało się, że na połowie trasy licząc od Belgradu trwają roboty i większość pociągów jest odwołana, a zamiast pozostałych kursują autobusy. Nie było sensu zaliczać kolejnej ciekawej linii autobusem, w dodatku bez gwarancji powrotu stamtąd. Jedynym rozwiązaniem jakie przychodziło mi do głowy było przyspieszenie planu o jeden dzień i natychmiastowe opuszczenie Belgradu pociągiem do Stambułu. Nadszedł czas męskich decyzji. Bartuś długo nie mógł się z tym pogodzić. Żałował i Baru, i Belgradu. Ale nie było wyjścia.
Krótkie chwile w Belgradzie i eskapada do pobliskiego sklepu pozwoliły mi zorientować się, że przez 3 lata niewiele się tu zmieniło. Tramwaje jak dawniej przedstawiają obraz nędzy i rozpaczy. To samo autobusy i trolejbusy.
Jakby jednego Baru było mało, okazało się że na trasie do Sofii, którą mieliśmy teraz jechać, i którą miałem wracać z powrotem, też są roboty pomiędzy Niszem a Dimitrovgradem. Nocny pociąg Belgrad - Sofia jest odwołany, a dzienny zastępuje na tym odcinku autobus. Dlatego zamiast pociągu międzynarodowego Belgrad - Stambuł zastaliśmy na peronie dwa wagony relacji Belgrad - Nisz.
Trasa przez Serbię była tak nudna, że ją przespałem. Do snu ukołysały mnie chyba serbskie szlagiery. W każdym radiu leciała taka sama muzyka: Irena Santor tudzież Wojciech Gąsowski zaciągający niczym muezin z meczetu. Ani razu nie pojawiła się żadna inna muza, żaden zgniły imperialistyczny pop ani wrzaskliwy rock. Wielka Serbia ma swoje własne hity i swojej młodzieży wpaja jedynie słuszne ideały. Zapewne różne Miloszewicze i Karadzicze też się na takich szlagierach chowały... ;-)
W Niszu już czekała na nas jakaś rozpadająca się Setra z ciasnymi fotelami. Przed nami półtoragodzinna zastępcza komunikacja autobusowa. Szkoda, że nie mieliśmy chwilki czasu w tym Niszu - po ulicach śmigały wiekowe Zemuny i przegubowe Sanosy.
Przepełniony autobus ruszył w drogę. Najpierw długo przebijał się przez korki. Za miastem szło mu lepiej, aż do odcinka wiodącego ciasnym przełomem rzeki Niszawy. Międzynarodowa droga E80, jedyne połączenie Serbii z Bułgarią i dalej z Turcją, ma tutaj standard drogi gminnej czwartej kolejności utrzymania i wygląda jak szosa Szczawnica - Jaworki ;-) W dodatku co chwila chowa się w wąskim tunelu. Wymijanie się jadących stadami tirów powoduje, że droga co chwila zatyka się. Przez moment miałem wrażenie, że jadę gdzieś w głąb Tybetu jakimś rozpadającym się wehikułem, dziurawą drogą, w górzystym terenie...
Jakoś odetchnąłem z ulgą, gdy nasz kolejny pociąg, Dimitrovgrad - Sofia, wjechał na stację Kalotina Zapad. Oczywiście po drodze automatyczny prysznic spryskał mu koła płynem bakteriobójczym. Bułgarscy celnicy jak zwykle przyjaźnie nas powitali, pytając czy do Stambułu jedziemy "na interes" czy "pospacerować" ;-) Wjechaliśmy wreszcie do normalnego kraju. Kilkadziesiąt minut jazdy dzieliło nas od Sofii.
Zgodnie z rozkładem jazdy o 19.15 z Sofii miał odjeżdżać pociąg do Stambułu. Nawiasem mówiąc miał to być pociąg z Belgradu z dołączanymi w Sofii wagonami, ale z opisanych wyżej względów wagony belgradzkie nie miały jak uskutecznić takiej relacji. Nasz pociąg z Dimitrovgradu wjechał na sofijski dworzec równo o 19.15. Od razu zaczęliśmy szukać pociągu do Stambułu. W międzyczasie dostaliśmy od naganiaczy parę ulotek tanich hosteli. Zachowałem je sobie na przyszłość. Pociągu jednak nie było. Zaczepieni kolejarze od razu pospieszyli nam z pomocą próbując łamaną angielszczyzną wytłumaczyć o co chodzi. Otóż wagony do Stambułu, zgodnie z rozkładem aktualnie obowiązującym, pojechały sobie godzinę przed naszym przyjazdem. Ze względu na roboty torowe w Serbii połączenie bezpośrednie w ogóle przestało istnieć, więc dołączają je do wcześniej jadącego pośpiecha. Po całym wywodzie kolejarz przeprosił za swój słaby angielski, choć akurat niekoniecznie za to chcielibyśmy usłyszeć przeprosiny w tym momencie ;-)
Podziękowaliśmy mu ślicznie za pomoc i zaczęliśmy się zastanawiać co w takiej sytuacji robić. Następny pociąg do Stambułu odjeżdżał za 23 godziny ;-) Nie pozostało nic innego jak skorzystać z oferty któregoś z hosteli, a następnego dnia zrobić jakiś program zaliczeniowy po Bułgarii i wieczorem złapać pociąg do Stambułu. Improwizacja, którą planowaliśmy na Turcję, rozpoczęła się dużo wcześniej. Od tej pory plan wycieczki układał się sam ;-)
Udaliśmy się pod adres wskazany w ulotce podarowanej przez kobietę mówiącą po polsku. Zastaliśmy tam inną kobitę, ale też mówiącą po polsku. Notabene hotel nazywał się Mariot i znajdował się przy głównej ulicy prowadzącej od dworca do centrum - 15 minut spacerkiem od dworca. Posiadał przyzwoite pokoje 4-osobowe telewizorem oraz łazienkę z prysznicem (10 euro). Po krótkim czasie przyszła właścicielka interesu, od której na dworcu dostaliśmy ulotkę. Okazała się szalenie miłą kobietą, może nawet trochę zwariowaną. 13 lat mieszkała w Polsce. Cały czas opowiadała o swojej córce, chciała żebyśmy koniecznie ją zobaczyli, bo siedzi właśnie w samochodzie na dole. Ponieważ Bartuś brał prysznic poszedłem sam ocenić i zamieniłem z nią kilka słów. No nie powiem, całkiem miła panienka. Niestety ma jakiegoś bułgarskiego gacha, co bardzo smuci mamusię ;-))
Na kolację poszliśmy do pobliskiego grill-baru. Zamówiłem sobie szaszłyki, frytki i piwo Zagorka. Siedzieliśmy tam chyba z godzinę w ogórku pod parasolem, a tuż obok stolika przejeżdżały magiczne sofijskie tramwaje. Za obfitą kolację z kilkoma piwami zapłaciłem 10 BGL (23 zł).
Po powrocie na kwaterę nastawiliśmy sobie telewizor: akurat leciało "I'm Going Slightly Mad" z wygłupiającym się ś.p. Freddim. Po wszystkim co tego dnia nas spotkało w pełni utożsamialiśmy się z treścią tego utworu ;-))
|
|
|
Dzień 4 - Wczasy w Bułgarii (dla każdego)
Na ten dzień zaplanowaliśmy sobie jeżdżenie po Bułgarii. Bartuś na odcinek bułgarski miał wystawiony bilet od Dimitrovgradu do Svilengradu czyli od granicy serbskiej do tureckiej przez Sofię i Płowdiw. I przez te stacje generalnie jechaliśmy. Choć nie tylko przez te dwie ;-)
Z Sofii wyjechaliśmy pociągiem do Karlowa. Na dworzec podwiozła nas właścicielka hotelu swoją Astrą-coupe. Sprowadziła ją niedawno z Niemiec. Skarżyła się, że chciała Volkswagena, ale Polacy wszystkie wykupili. A nam się wydawało że wszystkie golfy z Niemiec jeżdżą w Bośni ;-) Na dworcu w punkcie McDonalda gdzie sprzedają kawę i tosty zafundowała nam po kawie, a w budce obok - drożdżówki. Tak wyglądało śniadanie wliczone w cenę hotelu ;-)
Trasa Sofia - Karlowo według mapy przebija się przez góry i nawet robi jakieś pętle. Niestety widoki za oknem mnie rozczarowały. Żadnych efektownych gór nie zauważyłem, część trasy w ogóle przespałem. Nadal bułgarskim numerem jeden pozostaje dla mnie trasa Sofia - Mezdra. W Karlowie spotkaliśmy Anglika, który fotografował pociągi. Poszliśmy z nim na kawę, a potem jechaliśmy z nim elektriczką do Płowdiw. Wzięliśmy go na spytki. Gościu regularnie przyjeżdża na Bałkany, bo jest fascynatem tutejszych lokomotyw spalinowych. Trzaska foty, spisuje numery, ma bogatą wiedzę na te tematy. Natomiast - jak uznał Bartuś - kompletnie się nie orientuje w kolejach brytyjskich ;-)
W naszej elektriczce (prod. RVZ Ryga) oraz w wielu innych bułgarskich pociągach spotkaliśmy ciekawą formę kibla - zwykłą dziurę w podłodze. Co ciekawe taki kibel (tylko nie tak zasyfiony) spotykaliśmy później prawie we wszystkich wagonach kolei tureckich. W Płowdiw pożegnaliśmy Anglika. Na koniec jeszcze poinformował nas że mieszka w hotelu w Płowdiw od kilku dni i jeszcze nie spotkał na ulicach trolejbusu.
Nie odstraszyło mnie to od penetracji tego miasta. Bartuś w tym czasie pojechał do Sofii i z powrotem, a ja ruszyłem w obchód centrum miasta wzdłuż drutów trolejbusowych. Robiąc zdjęcia niesamowicie zróżnicowanemu taborowi autobusowemu po cichu liczyłem, że gdzieś zza rogu wyłoniły się jakiś zagubiony Ziutek albo Skoda. Niestety, sieć wisiała niczym sznurki na bieliznę i nic nie wskazywało, że coś z niej korzysta. Za to po trasach trolejbusowych jeździło mnóstwo autobusów, głównie sprowadzonych z Niemiec (berlińskie MANy, bremeńskie i hanowerskie mercedesy), a także z Finlandii i Czech.
Gdy już się nałaziłem i nafociłem wsiadłem w pociąg i pojechałem do pobliskiego Pazardżika. Tu na szczęście trolejbusy jeszcze funkcjonowały. Przed dworcem przywitała mnie nawet wiekowa Skoda 9Tr. Pazardżik to ostatnie miasto w Bułgarii eksploatujące ten typ taboru. Zakupiono je z Czech w ilości 10 stuk w 1993 gdy otwierali tutaj sieć trolejbusową. Oprócz tego wzięli jeszcze kilka 14Tr, a później przegubowe Saurery z Bazylei. Sieć składa się z dwóch linii łączących dworzec z zajezdnią na osiedlu. Jedynka jedzie przez centrum, a dwójka na skróty. Dodatkowo istnieje wariant każdej linii przez targowisko. W godzinkę objechałem całą maleńką sieć i porobiłem zdjęcia, budząc sensację wśród personelu. Następnie wsiadłem w ekspres Sofia - Burgas, którym jechał Bartuś. W jego głowie urodził się kolejny genialny pomysł. Wysiedliśmy znowu w Płowdiw, aby wsiąść w następny pociąg, obsługiwany przez najnowszą zakupioną właśnie jednostkę Desiro. Wejście do pociągu okazało się jednak trudniejsze niż przypuszczaliśmy. Pociągu pilnowali ochroniarze i nie wpuszczali bez miejscówek. Na szczęście udało nam się przekonać do zabrania nas na pokład - w Płowdiw wysiadło trochę pasażerów i zwolniły się miejsca. Miejscówkę sprzedano nam w pociągu (3,20 BGL / 7,40 zł). Jak na bułgarskie warunki pociąg jest rewelacyjny, choć wlecze się jak wszystkie inne. To co w Niemczech jeździ na lokalnych liniach tutaj jest pociągiem najwyższej kategorii ;-))
Wysiedliśmy w Starej Zagorze, aby tutaj łapać pociąg Bosphor do Stambułu. Pani w kasie nie potrafiła jasno wytłumaczyć, że nie prowadzi sprzedaży biletów na ten pociąg. Wywiązał się ciekawy, acz przyjazny dialog, zakończony niezrozumiałym stwierdzeniem pani: "No powiedzcie że nie rabotajem!"
Chociaż dochodziła godzina 22:00, dla zabicia czasu odważnie poszliśmy w miasto sprawdzić czy jeżdżą jeszcze trolejbusy. Wyprawa wymagała nieco odwagi, bo na ulicy którą szliśmy nie paliła się ani jedna latarnia. W centrum miasta zobaczyliśmy dwa autobusy (Saurer z Zurychu i Ikarus 280) oraz Ziutka nr 1019. Tak więc Stara Zagora mimo wycięcia połowy sieci (w tym linii do dworca) jeszcze trolejbusy posiada.
Pociąg Bukareszt - Stambuł na szczęście nie był jeszcze odwołany. Wpakowaliśmy się do kuszetki, zajęliśmy pierwszy wolny przedział. Za chwilę zjawił się Mustafa i oznajmił "Ich bin Schaffner". Wykupiliśmy u niego miejsca leżące (5 euro). Dla bułgarskiego konduktora od razu byliśmy "kolegami" jak tylko się dowiedział, że jesteśmy z Polski. Bartuś wyjechał po niemiecku do Mustafy z pytaniem co właściwie oznacza słowo Bosfor. A Mustafa pochwalił go, że świetnie włada niemieckim ;-)
W środku nocy granica bułgarsko-turecka w Kapikule. Trzeba wyjść z pociągu, stanąć w kolejce i przybić sobie pieczątkę w paszporcie. Przy okienku okazuje się, że wizę kupuje się gdzieś zupełnie indziej. Po dłuższych poszukiwaniach znaleźliśmy jakieś niepozorne pomieszczenie, gdzie wklejali do paszportu wizy po uiszczeniu 10 euro lub 15 dolarów. Z wklejoną wizą znowu po pieczątkę. Ale bez paniki i bardzo kulturalnie. Żadnych więcej formalności, żadnych pytań o 100 euro, o cel podróży i inne duperele.
|

Płowdiw
Ikarus 280

Płowdiw
MB O405N

Płowdiw
Volvo-Wiima

Płowdiw
Inbus AID 280

Płowdiw
MAN NL202

Pazardżik
Skoda 9Tr

Pazardżik
Skoda 9Tr

Pazardżik
Skoda 14Tr |
|
Dzień 5 - Konstantynopolitańczykiewiczówna
Rano niespodzianka. Pociąg snuje się 30 km/h przez niekończące się przedmieścia Stambułu, a z ołowianego nieba siąpi deszcz. No wszystkiego się spodziewaliśmy, ale nie takiej pogody na pierwszy dzień w Turcji.
Od razu po przyjeździe na dworzec Sirkeci udaliśmy się w stronę najbliższego
hostelu, który niestety okazał się być w remoncie. Poszliśmy więc dalej, troszkę błądząc i wypytując o ceny w różnych hotelach, a przy okazji zaliczając słynne ciemne zaułki Stambułu. Dopiero Hotel-Pensjonat Turkmen oferował ludzkie ceny (11 USD od łebka za noc w dwójce).
Było jeszcze wcześnie, więc koleś w recepcji przyozdobionej portretem Mustafy Kemala Ataturka polecił zostawić u niego plecaki i przyjść koło południa. Udaliśmy się na miasto, zaliczając po drodze kawę po turecki z burkiem. Połaziliśmy po słynnym Wielkim Bazarze, ale raczej tylko z ciekawości. Kupiłem sobie tylko historyczną pocztówkę ze stambulskim trolejbusem.
Bartusia rozbolał ząb, więc zaliczyliśmy wizytę w aptece z nadzieją, że nabędziemy jakiś Apap - bądź co bądź produkt światowego koncernu farmaceutycznego. Na pytanie o Apap farmaceuta wyraził głębokie zdziwienie: "Ap? Ap?" W końcu wytłumaczyliśmy mu opisowo po angielsku co chcemy kupić. Dał jakiś specyfik, który jak się później okazało w ogóle nie działał (może był od zupełnie czego innego? ulotki nie przeczytaliśmy, to fakt!).
Wróciliśmy do hotelu, ale nasz pokój nie był jeszcze gotowy. Zaopiekował się nami przesadnie miły boy hotelowy. Najpierw wziął na plecy mój plecak i zaniósł go do pokoju. Potem zaprowadził nas do jadalni i zaproponował herbatę. Zauważyliśmy że herbata w takich śmiesznych szklaneczkach jest tutaj kultowym napojem. Kawę po turecku piją tylko turyści ;-) a piwa chyba nikt. Zresztą piwo
Efes, jedyne chyba jakie robią, widziałem tylko w jednym sklepie w kurorcie.
Jak już skończyliśmy herbatę zapytał nas czy była dobra. Przytaknęliśmy, a po chwili... przyniósł następną. Po drugiej padło to samo pytanie. Odpowiedź była, że dobra, ale już wystarczy.
Pogoda zniechęcała do wszystkiego, ale poszliśmy w końcu na zwiedzanie i zaliczanie. Do meczetu Sultanahmet nas nie wpuścili, bo właśnie trwały modły (a już chcieliśmy zdejmować buty). Od Aya Sofia odstraszyły nas bandyckie ceny za wstęp i kolejka do kasy na godzinę stania. Mimo fatalnej pogody porobiliśmy fotki sobie i tramwajom. Pożywiliśmy się kukurydzą z grilla i kasztanami na gorąco. Doniosłą chwilą było przepłynięcie promem na drugi brzeg Bosforu, do Azji. Na azjatyckim dworcu kolejowym Haydarpasa porobiliśmy fotki i dowiedzieliśmy się, że bilety na jutrzejszy pociąg do Ankary są całkowicie wyprzedane. Postanowiliśmy więc jechać autobusem, których na tej trasie jeżdżą dziesiątki i pokonują ją znacznie szybciej.
Z Haydarpasy wróciliśmy stateczkiem do Europy i rozpoczęliśmy nieco żmudne zaliczanie komunikacji miejskiej.
Stambuł to miasto nie do ogarnięcia. Nawet nie próbowałem tego robić - mieszka tu 12 milionów mieszkańców, czyli prawie 10 razy niż w mojej niemałej w końcu Warszawie. Powierzchnia miasta też jest odpowiednio większa. Choć komunikacja miejska zupełnie nie nadążą za tym molochem (jej podstawą są wciąż autobusy), to i tak zupełnie nie sposób jej pojąć. Przede wszystkim jest bardzo urozmaicona. Niestety przed wyjazdem kompletnie nie miałem czasu nic przygotować w tym zakresie, a w samej Turcji nie były dostępne żadne sensowne plany miast, dlatego zaliczanie zawsze odbywało się trochę po omacku, a trochę przy wykorzystaniu przewodnika Pascala.
W Stambule funkcjonują następujące systemy transportu: 1) metro podziemne, 2) metro lekkie, 3) tramwaj nowoczesny, 4) kolejka linowo-tunelowa, 5) tramwaj zabytkowy - 2 linie, 6) autobusy, 7) marszrutki, 8) promy, 9)
S-bahn. Nieźle!
Metro podziemne kursuje na jednej linii rozpoczynającej się na centralnym placu Taksim. Kursuje w kierunku północnym, cały czas w tunelu. Otwarto je dopiero w 2000 roku. W planach jest budowa kluczowego połączenia z pozostałymi systemami znajdującymi się na południowym brzegu Zatoki Złoty Róg. Na razie trzeba sobie ten kawałek jechać autobusem przez megakorki. Zaliczone.
Metro lekkie kursuje na jednej linii w południowej i zachodniej części miasta. Nie zdążyliśmy zaliczyć.
Tramwaj nowoczesny, uruchomiony w latach 90. kursuje po historycznym centrum, z jednej strony jedzie w rejony obsługiwane przez lekkie metro, z drugiej przez most Galata na północny brzeg Złotego Rogu. Odcinek przez most otwarto jakoś rok temu. W planach jest rozbudowa na północ. Tabor tramwajowy niskopodłogowy, bardzo podobny do nowych wagonów
sztokholmskich. Opłata za przejazd 1,10 YTL (2,60 zł) uiszczana przez zakup żetonu i jego wrzucenie do bramki. Ta pozwala wejść na ogrodzony przystanek. Na przystanek można też teoretycznie wejść z drugiej strony bez bramek, ale każdego peronu pilnuje kanar i stanowczo reaguje na tego typu zachowanie.
Kolejka linowo-tunelowa, czyli tzw. Tunnel to najstarsza linia komunikacyjna w Stambule zbudowana na początku wieku. Jest to króciutka kolejka linowo-terenowa jadąca w tunelu i mijająca się w połowie drogi ze zjeżdżającą w dół. Trasa zaczyna się niedaleko mostu Galata, a kończy w wyżej położonej handlowej dzielnicy
Beyoglu. Stamtąd można sobie podjechać zabytkowym tramwajem kursującym jednotorem po głównym deptaku handlowym aż do placu Taksim (bilet 1 YTL / 2,40 zł).
Druga linia zabytkowego tramwaju została oddana niedawno na azjatyckim brzegu. Niestety za późno się o niej dowiedzieliśmy. A trochę szkoda, bo jeżdżą tam Gothy i w ogóle nieświadomie byliśmy bardzo blisko tego tramwaju.
Autobusy to prawdziwy żywioł: trzy tysiące autobusów miejskich i pewnie drugie tyle "ludowych" czyli w jakiś tam sposób prywatnych (bilety kupuje się w środku, a do miejskich - w kioskach). Co mnie zachwyciło w stambulskich autobusach? Oczywiście podstawowy typ taboru - Ikarus 260. Jest też trochę przegubowców. Wszystkie kupowane w latach 1991-94, więc mają się dobrze - jeździ sporo dużo starszych wynalazków. Nowe mercedesy 345 są w mniejszości. Przegląd tureckiego przemysłu motoryzacyjnego to z kolei domena "autobusów ludowych": Mercedes 345, MAN SL 223, BMC Belde i inne cuda z jedną cechą wspólną - bardzo wysoką podłogą. W ostatnich drzwiach wchodzi się po czterech stopniach.
Marszrutki, a raczej dolmusze, do centrum nie zaglądają. Kryją się po azjatyckiej stronie, gdzie obsługują jakieś podmiejskie trasy, za to w ilościach przerażających.
Najbardziej niezawodną, choć wykraczającą poza ramy naszych zainteresowań są promy przez Bosfor. Funkcjonuje 4 lub 5 linii pasażerskich i jedna pasażersko-samochodowa. Każda kursuje mniej więcej co pół godziny. W ciągu 15-20 minut stateczek przewozi masy ludzi w relacjach międzykontynentalnych (1 YTL / 2,40 zł).
Zarówno po stronie azjatyckiej jak i europejskiej po linii kolejowej jeżdżą elektryczne pociągi podmiejskie. Wagony wyglądają na stare. Wejście na peron oczywiście przez bramkę, ale chyba nie przy pomocy żetonu tylko biletu magnetycznego. Właściwie to tyle co mogę o tym powiedzieć.
Lekki niedosyt pozostał po dniu w Stambule. Kilku rzeczy nie zdążyliśmy zobaczyć. W końcu nie zdążyliśmy pójść do meczetu. Ale trudno. Na szczęście trochę fotek udało się porobić.
Na kolację poszliśmy do restauracji kebabowej. Zamówiłem takiego ostrego kebaba, że od razu poprosiłem o sok pomarańczowy. Wyciśnięto go na miejscu ze świeżej pomarańczy. Szalenie miła obsługa to tutaj norma. Gorzej gdy przychodzi do płacenia. Wówczas ceny w jakiś dziwny sposób się nie zgadzają i zawsze są wyższe, nieraz o 100 procent. Nawet nie próbowałem się nigdy kłócić. Po co się denerwować na urlopie. Przyjąłem że naciąganie to w Turcji norma, a że sumy nie były jakieś zawrotne to nie było sensu o nie walczyć.
|

Stambuł
tramwaj

Stambuł
tramwaj

Stambuł
Ikarus 280

Stambuł
Ikarus 260

Stambuł
Ikarus 260

Stambuł
MAN SL263

Stambuł
MB Conecto |
|
Dzień 6 - Ankara! Ankara! Ankara!
Nadszedł czas zagłębić się w Azję, dalej niż tylko na drugi brzeg Bosforu. Rano znów przepłynęliśmy Bosfor i na dworcu autobusowym Harem od razu złapaliśmy autobus jadący do Ankary (20 YTL / 47,50 zł). Warto w tym miejscu poświęcić szerszy opis zagadnieniu komunikacji autobusowej w Turcji.
Ze względu na rozległość kraju (dwukrotność powierzchni Polski) i drastycznie rzadką sieć kolejową o kompletnie niefunkcjonalnym układzie linii, w dodatku strasznie pokręconych, podstawą transportu są autobusy dalekobieżne. Daleko im jednak to tego co znamy z naszych dróg, w ogóle komunikacja autobusowa w Turcji zupełnie odbiega od europejskich standardów. Zdecydowanie na lepsze. Po pierwsze - połączenia. Obsługą linii autobusowych zajmują się setki mniejszych i większych firm prywatnych, panuje ostra konkurencja. Największe firmy to Metro, Pamukkale, Kamil Koc, Ulusoy. Na trasach łączących główne miasta największe firmy oferują kursy nawet co godzinę, praktycznie o dowolnej porze, przez 24 godziny na dobę. Często o jednej porze w tym samym kierunku odjeżdżają autobusy wielu firm. I każdy wiezie komplet pasażerów! Każda firma ma na dworcu swoją własną kasę i swoje własne stanowisko odjazdów (nieraz kilka). Dlatego dworce autobusowe w dużych miastach (otogar) przypominają swoją wielkością raczej lotniska i w związku z tym są ulokowane na dalekich peryferiach. Przykładowo otogar w Ankarze jest trzypoziomowy, ma 138 stanowisk i doprowadzono do niego osobną nitkę autostrady oraz linię metra. Podobnie jest w Stambule i Izmirze. Czasami może wydawać się trudne uzyskanie informacji o odjazdach, ale jak wspomniałem na głównych trasach autobusy jeżdżą praktycznie co chwilę - wystarczy podejść do pierwszej lepszej kasy (a nawet nie trzeba - tłum naganiaczy pierwszy się spyta dokąd chcemy jechać) i wypytać o połączenia w danej relacji. Jeżeli takich nie oferują, z pewnością wskażą inną firmę która jeździ w danym kierunku i w której kasie można kupić bilet. Ceny biletów nie są jakieś szokujące, np. za blisko 500-kilometrowy odcinek ze Stambułu do Ankary płaci się 20-25 YTL (ok. 50-60 zł), czyli ceny zbliżone do naszych, tylko komfort podróży zupełnie inny, o czym poniżej.
Główne trasy krajowe obsługiwane są prawie wyłącznie identycznym taborem - Mercedesem O403, czyli turecką wersją O350. Autobusy te są bardzo komfortowe, mają wygodne siedzenia z zagłówkami, są klimatyzowane, z ogromnym bagażnikiem. Czasami komfort trochę siada, bo 1) autobus wiezie zazwyczaj komplet pasażerów aż po ostatnie miejsce i niektórzy pasażerowie sobie rozkładają siedzenia kosztem tych siedzących za nimi, 2) niektórzy pasażerowie (zwłaszcza baby w chustach) wolą się piec w upale niż wyłączyć sobie nadmuch, więc cały autobus bywa wówczas pozbawiany klimatyzacji ;-|
Podróż tureckim autokarem to prawdziwy rytuał. Na początku wkładamy bagaż do schowka i dostajemy kwitek lub żeton z numerem. Ważne jest gdzie będziemy wysiadać, wówczas obsługa odpowiednio ułoży nasze skarby, żeby je potem łatwo odnaleźć. W ogóle każdy autokar oprócz kierowcy ma jeszcze hostessę, a często nawet dwie. Hostessy są niestety praktycznie wyłącznie płci męskiej, dlatego dalej będą nazywani boyami ;-) Nie zrozumiałe dla mnie jest takie nierównouprawnienie, ale składam to na barki tutejszej religii. Boy autokarowy, jak każdy Turek, od początku do końca jest niesamowicie usłużny i praktycznie całą drogę nie siada na tyłku tylko coś robi - od wypełniania mnóstwa papierków, diagramów i kart drogowych, które musi stemplować na każdym dworcu w okienku inspekcji drogowej (jakaś niebosiężna biurokracja!) po usługiwanie pasażerom. Na początku podróży przechodzi cały autokar i porównuje zajęcie miejsc z diagramem, pytając się o cel podróży. Dzięki temu ma orientację, od którego przystanku które miejsce się zwolni. Kolejną rundkę robi z flakonem wody kolońskiej, którą skrapia pasażerom ręce, a ci wcierają ją sobie w twarz lub w co tam chcą. Fajna sprawa - dobrze orzeźwia. Następnie rozdaje plastikowe kubeczki i nalewa do nich su, czyli wodę. Kolejna runda, to rozdawanie torebek z kawą lub herbatą, zaraz potem gania z czajnikiem z gorącą wodą. Do herbaty lub kawy rozdaje też jakiś wafelek albo babeczkę. Po kawie biega z butelką coli lub fanty. Na koniec sjesty lata ze ścierką i wyciera to co się wylało lub nakruszyło. Oprócz tego bacznie pilnuje by nikt nie używał telefonów komórkowych. Surowo gani każdego komu zadzwoni telefon. Gdy przyłapał Bartusia na pisaniu sms-a wziął mu z rąk telefon i go wyłączył ;-)) W połowie trasy zazwyczaj przy jakimś zajeździe wypada dłuższy postój, w trakcie którego można skorzystać z toalety (a autobusie jej nie ma), coś przekąsić albo pomodlić się w mini-meczecie, za który robi obskurny pokoik z dywanikami na podłodze. W międzyczasie miejscowi pracownicy starannie myją z zewnątrz autobus.
Trasa ze Stambułu do Ankary wiodła praktycznie w całości wygodną autostradą. Przejazd trwał 6 godzin (pociąg jedzie 8 godzin). Sam wyjazd z ogromnego Stambułu trwał prawie godzinę. Po drodze właściwie nie było żadnych przystanków. Popołudniu wjechaliśmy do Ankary. Kolejne miasto-gigant przerażało swoim widokiem szczelnej zabudowy aż po horyzont.
4-milionowa metropolia jak na swoją wielkość oferują dość skromną komunikację. Jej podstawę stanowią autobusy i marszrutki. Bardzo przyjemną niespodzianką był dla mnie znaczący udział Ikarusów 260 i 280 w taborze autobusowym. Oprócz tego funkcjonują dwie linie metra: właściwe Metro i Ankaray. Właściwe metro, oddane w 1997 roku, zaczyna się w centrum na stacji Kizilay i jedzie na północny-zachód, początkowo tunelem, potem na estakadzie do stacji Batikent. Kursują na nim wagony produkcji kanadyjskiej - stąd ich charakterystyczny "amerykański" wygląd. Ponoć są to jakieś używańce po kapitalnych remontach, ale robią dobre wrażenie. Linia Ankaray, to też metro, tyle że wąskoprofilowe. Jedna linia, oddana w 1996 roku, łączy gigantyczny dworzec autobusowy ASTI na zachodzie ze wschodnią częścią śródmieścia (Dikimevi). Na stacji Kizilay można się przesiąść na prawdziwe Metro.
Niestety na wizytę w Ankarze mieliśmy zaledwie kilka popołudniowych godzin, więc musieliśmy zawęzić plan do zaliczenia dwóch linii metra i kilkunastu wymuszonych fotek autobusów i pociągów. O 20.15 odjeżdżaliśmy pociągiem nocnym o nazwie Cukurova Mavi Ekspresi z Ankary do Adany, miasta leżącego na południowym-wschodzie Turcji, w pobliżu granicy z Syrią. Chcieliśmy zakupić w kasie miejscówki na ten pociąg. Udało się - tym razem były dostępne. Zapłaciliśmy za nie 0 YTL (0 zł), bo tyle kosztuje rezerwacja dla posiadaczy biletu EuroDomino :-) (sam bilet ED na 3 dni kupowany w Polsce kosztował 135 zł).
Pociąg był bardzo przyzwoity, choć wagony z miejscami siedzącymi były bezprzedziałowe. Niestety żadnych dodatkowych atrakcji jak w autokarach nie było. Po ruszeniu z Ankary długo mijał przedmieścia ogromnego miasta rozłożone na malowniczych pagórkach. Szybko zrobiło się zupełnie ciemno i nie było co oglądać, więc zasnęliśmy.
|

Ankara
Ikarus 280

Ankara
Ikarus 280

Ankara
Ikarus 260

Ankara
dolmusz

Ankara
metro |
|
Dzień 7 - Adana Metro No Finish
W nocy przyśniła mi się moja praca, więc obudziłem się w złym nastroju. To był zły omen ;-) Na razie jednak pociąg przedzierał się przez jakieś góry pokryte ubogą roślinnością. W końcu, po 12 godzinach jazdy, wjechał w przedmieścia Adany, kolejnego milionowego miasta (czwartego co do wielkości). Wedle różnych doniesień od kilku lat funkcjonowała tutaj linia metra. W internecie znalazłem nawet zdjęcia taboru. Jakież było moje zdziwienie, gdy tuż przed dworcem, w miejscu przecięcia się linii metra z linią kolejową zobaczyłem ogrodzony głęboki wykop, mocno porośnięty chwastami sprawiający wrażenie porzuconej budowy. Zacząłem się niepokoić, że trochę niepotrzebnie tu jechaliśmy na ten koniec świata.
Jak już wyszliśmy z dworca, zaliczyliśmy poranną kawę (jak zwykle podejrzanie drogą) udaliśmy się w miejsce widziane z pociągu. Moje obawy się potwierdziły. Wielki wykop pod przyszłą stację był zalany wodą i zarośnięty chwastami. Obok stała optymistyczna tablica informacyjna, że wykonawcą linii metra jest konsorcjum m.in. Bombardiera i ABB. Po ulicy biegnącej wzdłuż niedoszłej linii metra pędziły jedna za drugą marszrutki. Ruszyliśmy więc w stronę centrum w nadziei że może odnajdziemy chociaż kawałek metra. Im bliżej centrum się znajdowaliśmy, tym bardziej chaotyczny ruch panował na ulicach. Większość pojazdów stanowiły oczywiście wszelakiej maści busiki. Czasami trafiał się jakiś większy czerwony autobus regularnej komunikacji miejskiej. Przez chwilę miałem wrażenie, że to miasto to jakiś senny koszmar, że ja się jeszcze nie obudziłem i cały czas jadę Cukurova Ekspresem. Ale niestety, to była okrutna rzeczywistość.
Pewną nadzieję dał nam zauważony na jednym z busików na tabliczce z trasą napis "Metro". Jakieś meneliki, zapewne zadziwione obecnością kolesi z wielkimi plecakami w tak dziwnym miejscu, zapytały nas czego szukamy. Spytaliśmy więc o metro, czym wprawiliśmy ich w zakłopotanie. Zaczęli się naradzać, po czym oznajmili: "Metro No, Adana Metro No Finish". Wyglądało na to że mają rację, więc podziękowaliśmy im i zaczęliśmy się zastanawiać nad dalszym planem. Nagle jeden z menelików sobie coś przypomniał - wyglądało na to, że doznał olśnienia i przypomniał sobie, że jednak jest metro w Adanie, tylko nie umiał tego wytłumaczyć. Kolektywne tłumaczenie jego towarzyszy dało jednak wynik negatywny - koleś miał na myśli hipermarket Metro. Zapewne też ten sklep był wykazany na trasie marszrutki. W drodze na dworzec autobusowy nawet widzieliśmy owo metro w postaci sklepu.
Z Adany postanowiliśmy obrać kierunek zachodni, aby na wieczór dojechać do miasta Konya. Na dworcu autobusowym zakupiliśmy bilety na najbliższy kurs autobusu firmy Kontur odjeżdżający o godz. 12:00 (25 YTL / 59 zł). Do tego czasu poszliśmy na Adana-Kebab (zastanawiająco drogi) oraz kręciliśmy się po dworcu zostając zmuszeni do zakupu szklanki herbaty (1 YTL / 2, 40 zł). Wreszcie luksusowym autokarem odjechaliśmy w blisko 500-kilometrową trasę. Niestety, znakomita autostrada skończyła się gdzieś 50 km za Adaną i dalej już kosztowaliśmy wątpliwych uroków jazdy po nienajlepszych i krętych tureckich szosach. W najbliższym mieście Mersin autokar zapełnił się doszczętnie, co gorsza zaczęto wyłączać klimatyzację. W ogóle przez to miasto rozciągnięte nad brzegiem morza jechaliśmy chyba ze dwie godziny (bez żadnych korków) - wzdłuż głównej ulicy w nieskończoność ciągnęła się zabudowa, głównie całkiem nowe bloki mieszkalne.
Około godziny 19 wjechaliśmy do Konyi. Od razu zauważyliśmy linię tramwajową i ex-kolońskie helmuty GT8. Jeszcze długo jechaliśmy wzdłuż niej, zanim dotarliśmy na położony na końcu miasta otogar.
Na dworcu autobusowym od razu bez problemu zakupiliśmy bilety na autobus na następny dzień, po czym postanowiliśmy zaliczyć linię tramwajową biegnącą dalej za otogar. Okazało się, że biegnie ona jeszcze ładny szmat drogi przez niemal szczere pole dopiero zabudowywane nowymi domami. Kończy się gdzieś 25 km za miastem w kampusie uniwersyteckim. Opłatę (0,60 YTL / 1,40 zł) uiszcza się przy wejściu przednimi drzwiami u motorniczego. Na niektórych przystankach funkcjonują nieco dziwne konstrukcje. Peron jest ogrodzony ze wszystkich stron szklanymi ścianami, a wejście nań znajduje się obok budki kontrolera przy którym trzeba wrzucić do skrzynki zakupiony w sąsiedniej budce bilecik. Peron jest także ogrodzony ścianą od strony torów. Gdy na przystanek podjeżdża helmut dokładnie w miejscu gdzie ma drzwi przesuwają się elementy ściany i można już wsiadać do wagonu.
Tramwaje na tej jedynej, acz bardzo długiej (ok. 50 minut przelotu), wybudowanej w 1992 roku linii, jeżdżą praktycznie co chwila. Zanim dojechaliśmy na przeciwległy kraniec zlokalizowany w ścisłym centrum zrobiło się już zupełnie ciemno. Nawet nie próbowałem robić zdjęć autobusom - głównie Mercedesom
Conecto, tudzież bardzo wiekowym miejskim wersjom O302. Zanim udaliśmy się do hotelu kupiliśmy sobie jeszcze po kebabie (jedyny przypadek gdy cena jaką zapłaciliśmy zgadzała się z tą widniejącą w cenniku). Z przewodnika Pascala wybraliśmy Hotel Ulusan. Co prawda był w zupełnie innym miejscu niż na planiku, ale jakoś po omacku na niego natrafiliśmy, zwiedzając przy okazji jakąś szemraną dzielnicę, która za dnia robi za ogromny bazar, a w której nocą nie świeci się ani jedna latarnia.
Hotel Ulusan prezentował bardzo wysoki poziom. Wszystko eleganckie i czyściutkie, pokoje dwuosobowe z telewizorem, łazienka osobno, ale z prysznicem i ciepłą wodą. A wszystko za jedyne 15 YTL (35 zł) od łebka. Rewelka! Jeszcze zanim na dobre poszliśmy się wyspać za oknem zawył muezin. I to nie jeden. Chyba ze trzech naraz.
|

Adana
BMC Belde

Konya
GT8

Konya
GT8 |
|
Dzień 8 - Riwiera Turecka
Obudził mnie muezin wydzierający się w niebogłosy. Ale znowu nie był sam. Ryczało ich co najmniej trzech. Za oknem zupełnie ciemno. Spojrzałem na zegarek - była 4:30! Nie! - pomyślałem - Ten kraj nie ma prawa wejść do Unii Europejskiej! ;-)))
I tak nie mogliśmy się zbyt długo nacieszyć wspaniałym hotelem. O 7:00 odjeżdżał nasz autobus do Antalyi nad Morzem Śródziemnym (20 YTL / 47,50 zł). Szybko spakowaliśmy manatki i udaliśmy się na przystanek tramwajowy. Tramwaj czekał, ale jak już dochodziliśmy to ruszył. Jednak nas zauważył i się zatrzymał, tyle że przednimi drzwiami wyjechał już za ogrodzony przystanek. Myślałem że otworzy pozostałe drzwi, ale widocznie nie mógł, bo wolał się wycofać te parę metrów całym tramwajem i wpuścić nas pierwszymi drzwiami ;-))
Autobus znanej nam już firmy Kontur nawet nie był zbyt ciasny. Mieliśmy miejsca blisko przodu, więc obserwowaliśmy bardzo malowniczą trasę przez górskie przełęcze. Przy okazji poczułem respekt dla kierowcy. Jego styl jazdy po górskich krętych drogach można streścić dwoma słowami: "nie pękał".
W Turcji wszędzie na ulicy czy w środkach transportu normalnym widokiem jest kobieta w chuście. Ponieważ jesteśmy na wskroś okrutni, złośliwi i nietolerancyjni wzbudzało w nas to zawsze wesołość i dowcipne komentarze. Np. zastanawialiśmy się jak to będzie na plaży. Okazało się że kobiet na plaży w ogóle nie było (pewnie mąż nie pozwolił wyjść z haremu ;-) W zdumienie za to wprawiła nas w autobusie okutana baba czytająca kolorowe plotkarskie pisemka. Było to dla nas niesamowitym zgrzytem i szokiem.
Przez cały dotychczasowy pobyt w Turcji temperatury były dość umiarkowane. Tego dnia popołudnie planowaliśmy spędzić na plaży, dlatego liczyliśmy na jakieś bardziej tropikalne klimaty. Po drodze jednak nie było za ciepło. Dopiero po przyjeździe do nadmorskiej Antalyi spotkaliśmy coś co od biedy można nazwać żarem.
Dworzec autobusowy w Antalyi oczywiście zbudowano na peryferiach. Do centrum jeżdżą stąd specjalne niebieskie autobusy oznakowane jako "Terminal Otobusu" (0,90 YTL / 2,10 zł). Jazda trwa ponad pół godziny. Na dworcu funkcjonuje też przechowalnia bagażu (2 YTL / 4,70 zł).
Centrum miasta jest położone na wysokim skalistym brzegu. W jedynym dostępnym miejscu na brzegu jest port jachtowy. Przewodnik Pascala polecał udać się na plaże na południe od centrum. Po długim marszu w tym kierunku wciąż staliśmy na szczycie urwiska u stóp którego rozbijały się morskie fale. Dopiero wówczas wczytałem się, że te plaże są 20 km za miastem i trzeba tam pojechać busikiem. Na szczęście plaże na północ od miasta były znacznie bliżej i docierał tam tramwaj, który przy tej okazji cały zaliczyliśmy.
Sieć tramwajowa w Antalyi składa się z jednej linii, w całości jednotorowej, biegnącej z grubsza wzdłuż brzegu morza. Wybudowano ją dopiero w 1999 roku. Po drodze ma trzy mijanki pozwalające na prowadzenie ruchu w 15-minutowym takcie. Tramwaje jeżdżą jednak co pół godziny. Są to kupione z Norymbergi składy T4+B4, identyczne jak były w Krakowie. W każdym wagonie przy stoliku siedzi konduktor i sprzedaje bilety (1,60 YTL / 3,80 zł).
Przy pętli tramwaju urwisty brzeg się nagle kończy i zaczyna się pasmo plaż. Co prawda plaża była dość kamienista, ale woda całkiem ciepła - aż nie chciało się z niej wychodzić. Spędziliśmy tam resztę czasu do wieczora.
Tego dnia zaplanowaliśmy się rozdzielić. Bartuś miał w planach wizytę w Macedonii, a przed tym jeszcze w Grecji, w tym także w Atenach, czyli w miejscach już nam znanych. Ja za to wolałem najbliższe dni poświęcić na jeszcze jedno tureckie miasto i na parę interesujących miejsc w słodkiej Bułgarii. Dlatego wieczorem Bartuś wyjechał autobusem do Stambułu, skąd miał się udać pociągiem do Grecji. Nie obyło się bez rozmaitych przygód, ledwo zdążył na pociąg w Stambule, a w Macedonii ledwo uszedł z życiem ;-)
Ja natomiast zostałem jeszcze parę godzin w Antalyi robiąc zdjęcia tramwajów pod palmami. O 21:00 nocnym autokarem firmy Pamukkale ruszyłem w kierunku Izmiru (23 YTL / 54,50 zł).
Kierowca oczywiście nie potrafił jechać normalnie. Musiał gnać na złamanie
karku po krętych górskich szosach. Wolałem na to nie patrzeć. Spałem jak
zabity.
|

Antalya
T4+B4

Antalya
T4+B4

Antalya
T4+B4

Antalya
BMC Belde

Antalya
Guleryuz Cobra

Antalya
BMC Probus |
|
Dzień 9 - Izmir aka Smyrna
Na ogromnym dworcu autobusowym w Izmirze wylądowałem o 5 rano. Musiałem być mocno zmęczony i niewyspany, bo zerżnięto ze mnie zarówno w kafeterii (5 YTL za kawę i czeburek), jak i w przechowalni bagażu (2,50 YTL). Kupiłem sobie bilet na autobus do Stambułu odjeżdżający o 10:00 - zafundowałem sobie najlepszą firmę, Metro. Może dlatego bilet kosztował aż 35 YTL (83 zł). Ale jednak warto było zaszaleć.
Lekko zdegustowany próbowałem opuścić dworzec w celu dostania się do jakiejś cywilizacji, a najlepiej do metra. Nie było to łatwe. Autobusy o tej porze jeszcze nie jeździły, w dodatku brak było jakiejkolwiek informacji ani mapy według której mógłbym się zorientować gdzie mam podążać. Swoją pomoc oferowali mi taksówkarze, ale nie ufałem im. Skoro każdy napotkany Turek do tej pory mnie naciągał, to co dopiero taksówkarz. Wypytałem kierowców busików o metro i w końcu któryś stwierdził że jedzie w tym kierunku. Wsiadłem więc i posiedziałem jeszcze z 15 minut w busiku zanim ruszył. Jechał przez jakieś budzące się do życia slamsy, przy co drugiej latarni się zatrzymywał i zapraszał z chodnika swoich kumpli. Przez dłuższy czas nic nas nie mijało poza takimi samymi busikami. Pomyślałem że to miasto to jakieś kompletne dno. W końcu minął nas przegubowy Mercedes 345 i po chwili oczom moim ukazała się stacja metra na estakadzie.
Metro w Izmirze oddano do użytku w 2000 roku. Zbudowano je po części po śladzie dawnej linii kolejowej, jedynie w centrum chowa się w tunelu. Nie jest zbyt długie - całą 11-kilometrową trasę pokonuje się w 25 minut. Wejścia na peron bronią bramki, które otwiera się wrzucając żeton lub wkładając bilet magnetyczny.
Moją uwagę wzbudziły nadzwyczajne środki bezpieczeństwa jakimi objęte jest metro. Przy wejściach stoją smutni panowie i sprawdzają każdego wykrywaczem metalu. Perony są pod stałym nadzorem kamer, dodatkowo przechadzają się po nich mundurowi i tylko czekają na jakieś niepokojące zjawisko. Stwierdziłem, że już samo wyjęcie aparatu może być przez nich źle odebrane, więc darowałem sobie zdjęcia na stacji i porobiłem fotki z jednej z kładek dla pieszych nad torami.
Przy jednej ze stacji zauważyłem duży dworzec autobusowy. Nie przepuściłem takiej okazji do zdjęć. A spotkałem tam całkiem ciekawe autobusy, m.in.: Sanos S218 do złudzenia przypominający Mercedesa O405G, Ikarus-Zemun, których dużą partię Turcy kupili na początku lat 90., no i wreszcie największa rewelacja - Ikarus 280.66, wersja z przesuniętymi do przodu drugimi drzwiami, ale harmonijkowymi.
Zrobienie szpiegowskich fotek metru i utrwalenie dla potomności Ikarusa 280.66 poprawiło mi nastrój. Niemniej byłem już zmęczony tym krajem.
Autobus firmy Metro nie zawiódł mnie. Zamiast Mercedesa O403 podstawili luksusową Setrę S417HDH. W dodatku za boya robiła kobieta. Nareszcie!
Trasa do Stambułu bardzo się dłużyła, chociaż autokar był naprawdę wysokiej klasy. Przejeżdżaliśmy przez miasto Bursa, w którym 3 lata temu uruchomiono szybki tramwaj. W przeciwieństwie do Adany rzeczywiście go oddano - sam mogę to potwierdzić. Kursują wagony identyczne jak na kolońsko-bońskim stadtbahnie. Niestety wizytę w Bursie, jak i w drugiej nie odwiedzonej sieci w mieście Eskisehir, trzeba było odłożyć na kiedy indziej.
Ostatni odcinek trasy przed Stambułem przebyliśmy promem. Już na peryferiach miasta, pędząca na złamanie karku autostradą Setra, nagle zjechała na jakiś placyk pośród lichych domków, gdzie część pasażerów przesiadła się do mikrobusów oznakowanych znakiem firmowym przewoźnika Metro. Zaniepokoiło mnie to, bo chciałem się dostać na dworzec Harem leżący jeszcze po azjatyckie stronie, a autobus na pewno jechał przez most i całe miasto, aż na Otogar po stronie europejskiej, co mu zajmowało za dużo czasu. Kontrolnie się spytałem obsługi czy jedziemy na Harem. Najpierw stwierdzili, że tak, ale za chwilę kazali mi wysiadać do mikrobusów. Wydali mi plecak ze schowka po czym Setra odjechała. Zacząłem się pytać kierowców busików, jak mam się dostać na Harem. Chwilę się naradzali, po czym jeden kazał mi iść ze sobą. Przeszliśmy przez jakieś podwórze, pokonaliśmy rów ze ściekami, przeskoczyliśmy przez kilka barierek i znaleźliśmy się na poboczu głównej autostrady. Nie minęło 10 sekund a w tłumie pędzących aut dojrzeliśmy małego Otoyola z napisem Metro. Koleś zamachał do niego, a ten z ostatniego pasa karkołomnie podjechał do nas. Zostałem wepchnięty do środka wraz z plecakiem i już pędziłem gdzieś otoyolkiem po autostradzie. Z mijanych drogowskazów wynikało, że kierunek jest słuszny. Po drodze mijały mnie stambulskie czerwono-niebieskie ikarusy z zatkniętymi flagami tureckimi (w mieście właśnie trwał finał Pucharu UEFA). Wreszcie ujrzałem znajome budowle sprzed tygodnia i otoyolek zajechał na gwarny dworzec Harem. Od Europy dzieliły mnie już tylko chwile.
Na pożegnanie rzuciłem jeszcze raz okiem na Azję, na chmary busików do Gebze i na luksusowe autokary odjeżdżające z Haremu w nocne trasy do wszystkich zakątków Turcji, po czym zająłem miejsce na promie (1 YTL). Choć trasa promu była tym razem mocno zygzakowata (przecinała się z marszrutą jakiegoś większego statku płynącego właśnie po Bosforze) po 20 minutach szczęśliwie stanąłem na europejskim brzegu. Odetchnąłem z ulgą ;-))
Za ostatnie liry zakupiłem kebaba, po raz ostatni dałem się naciągnąć (na 4 YTL zamiast 2 YTL), po czym zająłem miejsce w kuszetce pociągu Stambuł - Bukareszt (5 euro). Rozpocząłem powolny powrót w kierunku domu.
|

Izmir
metro

Izmir
Ikarus 280

Izmir
Sanos S218 |
|
Dzień 10 - Nie ma jak Bułgaria
Z dostojną prędkością pociąg toczył się przez Bułgarię. Spodziewałem się ciekawszych motywów na odcinku pomiędzy Dabowem a Weliko Tarnowem, gdzie linia - zwana Bułgarskim Gottardem - przebija się przez pasmo Starej Płaniny zaliczając po drodze 22 tunele i dwie pętle. Ponadto nachylenie linii dochodzi miejscami do 25 promil Ale znów się zawiodłem. Linia biegnie cały czas gęstym lasem, wręcz gałęzie drzew wpadają do okien, w dodatku w wyższych partiach gór pogorszyła się pogoda.
Weliko Tarnowo należy do ciekawszych bułgarskich miast, polecanych w przewodnikach ze względu na malowniczo położone Stare Miasto. Byłem mocno zaskoczony, gdy pociąg zatrzymał się na maleńkiej stacyjce pośród gór. Napis Weliko Tarnowo nie pozostawiał złudzeń, że dobrze wysiadłem. Ruszyłem więc przed siebie w poszukiwaniu jakiejś cywilizacji. Podziękowałem taksiarzom za ofertę pomocy. Ale później tak sobie idąc poboczem jakiejś szosy przez las pomyślałem że może jednak źle postąpiłem. Nie miałem bowiem żadnego planu miasta i w ogóle nie wiedziałem gdzie szukać trolejbusów, które tu ponoć jeżdżą i niezrozumiałym dla mnie było dlaczego nie dojeżdżają do dworca. Wreszcie znalazłem się na jakimś gigantycznym węźle autostrad, z którego już zobaczyłem jakieś większe budynki, więc na skuśkę (chodników tam nie zaprojektowali) poszedłem na azymut w ich kierunku. Gdzieś po 40 minutach marszu zauważyłem druty trolejbusowe, a chwilę później pętlę ze stojącym ZIUtkiem. Odetchnąłem z ulgą - warto było tu przyjechać. Pojechałem sobie na jakieś podupadłe przemysłowe przedmieście linią 1, a wróciłem linią 2.
Sieć trolejbusowa w Weliko Tarnowie, oddana do użytku w 1988 roku, składa się z dwóch linii o wspólnych pętlach i minimalnie rozbieżnym przebiegu. Każda z linii kursuje co ok. 20-30 minut. Bilet (50 stotinek / 1,20 zł) kupuje się u konduktorki. W ruchu są same ZIUtki w łącznej liczbie około 20.
Na tablicy z planem miasta stojącej w centrum miasta odkryłem skrót do dworca, dzięki czemu powrót zajął nie więcej niż kwadrans. Ze względu na to że mój pociąg ze Stambułu spóźnił się godzinę zabrakło już czasu na wizytę na Starym Mieście, które zlokalizowane jest w kierunku przeciwnym od linii trolejbusowej.
Z Weliko Tarnowo zajechałem na wieczór do Sofii, po raz kolejny zachwycając się linię Mezdra - Sofia przez przełom Iskaru.
W Sofii od razu udałem się do znajomego Hotelu Mariot (10 euro za noc). Tym razem pokój dzieliłem z jakimiś pajacami z Zachodu. Do wieczora połaziłem sobie po śródmieściu po czym poszedłem spać.
|

W.Tarnowo
ZIU-9

W.Tarnowo
ZIU-9 |
|
Dzień 11 - Wraca i Plewen
Plan na dziś zakładał wizytę w dwóch z wielu trolejbusowych miast Bułgarii. Wybrałem Wracę ze względu na jedyne poza Sofią ikarusy-trolejbusy oraz Pleven - bo tak pasowało. Tak samo pasowało znowu jechać Przełomem Iskaru i znowu wpatrywałem się w widoki z zachwytem. Linia jest dodatkowo ciekawa, że drugi tor został dobudowany później, więc tunele mają np. inny kształt. Często w ogóle drugi tor ma inny przebieg, np. zamiast ciąć zakole rzeki tunelem obiega je wzdłuż brzegu. I jak na razie jest to jedyna linia w Bułgarii, którą jechałem, a z której widać niezłe góry. A w góry Bułgarii cały czas mam zamiar się wybrać, ale to bardziej w Riłę i Pirin, gdzie wysokości dochodzą do
2925 mnpm ;-))
Wizyta we Wracy trwała 1h46min. W tym czasie zaliczyłem trzon sieci tworzony przez główną linię. Przy jej końcach rozdziela się na dwie krótkie odnogi. Pozostałe linie zostały w ostatnim czasie zlikwidowane, widać jeszcze gdzieniegdzie ich pozostałości. W ruchu jest około 20 trolejbusów, w tym kilka Ikarusów 280.92 z 1991 roku, które pofociłem, a nawet się przejechałem. Schodzące do miasta skaliste góry przysparzają ładnych motywów do zdjęć. Bilety na trolejbusy (40 stotinek / 90 groszy) kupuje się w kioskach i kasuje w kasownikach. Nie ma mowy o kombinowaniu - podczas niespełna 30-minutowej jazdy z pętli na pętlę wsiadły po kolei trzy kontrole.
Z Wracy udałem się do miasta Pleven, jednego z większych miast bułgarskich. Jak się okazało posiada ono całkiem dużą sieć trolejbusową. Poruszałem się po niej bez żadnego planu, ale z rysowanego na bieżąco schemaciku wynika, że sieć składa się czterech podstawowych gałęzi. Sporo, jak na oddaną dopiero w 1985 roku. W ruchu są same ZIUtki, w liczbie niecałych 100 sztuk. Ponieważ nie mieszczą się w niewielkiej zajezdni zlokalizowanej tuż przy dworcu więc parkują na ulicach po całym mieście, zapewne pod domami kierowców. Linia na osiedle Momin położone ponad miastem jest całkiem malownicza. Bilety sprzedają konduktorki w trolejbusach (40 stotinek). Choć stan trolejbusów był znośny, to reszta infrastruktury niestety wołała o pomstę do nieba. Sieć trakcyjna wisiała jak sznurek na bieliznę, przystanki w stanie ruiny, zresztą jak wszystko w Bułgarii - skrajnie brudne i zaniedbane. Coś jednak w tym wszystkim jest, że ten kraj wciąż budzi moją sympatię.
Na wieczór wróciłem do Sofii, oczywiście przez Przełom Iskaru, bo trudno inaczej. I też poszedłem na wieczorny spacer połączony z kolacją w ogródku i obserwacją fascynujących tramwajów.
|

Wraca
ZIU-9

Wraca
Ikarus 280T

Plewen
ZIU-9

Plewen
ZIU-9

Plewen
ZIU-9 |
|
Dzień 12 - Sofia na do widzenia!
Zanim o 12.40 opuściłem Sofię do tego czasu pojeździłem i pochodziłem sobie po mieście. Ale tak mniej zaliczeniowo, a bardziej krajoznawczo i fotostopowo. Pojechałem sobie tylko linią 7 na Bulevard Bułgaria, takie coś lekko podobne do sosnowieckiej 15 do Zagórza. Jednak stan toru i żółwia prędkość tramwaju przyprawiały mnie o drgawki, więc z powrotem wróciłem trolejbusem. Bezskutecznie próbowałem rozszyfrować numerację trolejbusów (same Ikarusy 280). Porobiłem zdjęcia tunelu pod parkiem, w którym jeżdżą tramwaje i trolejbusy. Pojechałem także na odcinek splotu torów 1435 i 1009 mm porobić zdjęcia. Trafił mi się chyba jedyny kursujący tramwaj normalnotorowy produkcji bułgarskiej. Wyprodukowano ich kiedyś 31 sztuk (4001-4031), wedle moich notatek 4-osiowych. Ten miał numer 4027, był 6-osiowy i wyglądał na mocno zmodernizowany. No cóż, sofijska komunikacja kryje wciąż wiele tajemnic.
Pociąg powrotny, zaznaczony w różnych Hafasach jako Stambuł - Belgrad odjeżdża z Sofii na grubo przed przyjazdem pociągu ze Stambułu. W dodatku nocne połączenie do Belgradu jest odwołane. Ciekawe ilu pasażerów już się na to nabrało. Ja na szczęście pomny sytuacji sprzed tygodnia wcześniej sprawdziłem godzinę odjazdu. Oczywiście pociąg dojeżdżał tylko do Dimitrowgradu po stronie serbskiej. Dalej jazda odbywała się rozpadającą się Setrą, tym razem już znacznie sprawniej i szybciej niż w przeciwną stronę, choć dużo bardziej zapchaną, bo jakaś grupa Bułgarów jechała na kongres do Ljubljany. Mimo to z Niszu do Belgradu pociąg wyjechał 40 minut opóźniony. Po drodze na jednotorowym szlaku co chwila miał jakieś ograniczenia prędkości, nieraz długo stał na krzyżowaniu. W efekcie do Belgradu zajechał późnym wieczorem ze skromnym spóźnieniem 110 minut.
Można powiedzieć, że na przesiadkę na nocny pociąg do Budapesztu wyrobiłem się "na styk", bo ten odjeżdżał za 15 minut. Ja natomiast miałem jeszcze do spełnienia misję - wydać 130 dinarów (6,50 zł), które mi zostały po skróconej wizycie w Serbii. Tymczasem było już po 22:00 i na dworcu wszystko było już pozamykane. Na szczęście działała jeszcze jakaś pojedyncza mała gastronomia, więc zaopatrzyłem się w dwie butelki coli i dwa sporej wielkości czeburki z serem, dzięki czemu wydałem całą nic nie wartą walutę.
Zaopatrzony w hurtowe ilości napojów i czeburków wsiadłem do jedynego wagonu 2 klasy na dwie minuty przed odjazdem, a tam... full zapełnienie. Nie mogłem uwierzyć, że nocny pociąg do Budapesztu cieszy się taką frekwencją. Wyglądało jednak na to, że większość pasażerów wysiądzie jeszcze w Serbii w Nowym Sadzie i Suboticy. Więc spokojnie sobie stałem na korytarzu, wcinałem czeburki jeden po drugim, czytałem prasę wiezioną jeszcze z Polski specjalnie na takie trudne chwile nicnierobienia.
Po półtorej godzinie już mogłem usiąść w przedziale, a od godziny 1:25 byłem już w nim sam. Usnąłem jak zabity. Raz tylko obudziła mnie kontrola biletów i drugi raz też.
|

Sofia
T6M100

Sofia
Tatra T6A2
Sofia
tunel

Sofia
Tramkar T6M |
|
Dzień 13 - Na starych śmieciach
Ten drugi raz biletu już nie chciało mi się pokazywać, a konduktor jakoś nie nalegał. Ale kątem oka zauważyłem, że jest już jasno. I że pociąg stoi. I że to jest jakiś duży dworzec. Starałem się przypomnieć sobie w półśnie, gdzie to ja jechałem i jaki to duży dworzec mogę właśnie mijać. Wówczas dotarło do mnie, że chyba już dojechałem na Budapest Keleti. Zwłaszcza że teraz zrozumiałem co wykrzykiwał konduktor: "Finish!" Tak rozpocząłem nie-wiem-już-którą z kolei wizytę w moim ukochanym Budapeszcie, tym razem krótką, bo jedynie półdniową.
Na samym początku popełniłem podstawowy błąd. Dochodziła 5 rano, a ja zamiast iść na kawę poszedłem oddać plecak do przechowalni. No i miałem co chciałem - orżnęli mnie na 200 forintów (3,20 zł) - to normalne w tej przechowalni, potem sobie przypomniałem pierwszą wizytę z 1999 roku.
Po spożyciu kawy trochę się rozbudziłem, ale niestety spało jeszcze całe miasto. To znaczy komunikacja funkcjonowała, a nowiutkie przegubowe Volva 7000 aż zachęcały do przejażdżki. Tylko że nigdzie nie można było kupić biletu. Kasę otwarto dopiero o godzinie 6. Z biletem dobowym (1275 HUF / 20,40 zł - ależ podrożał ten forint!!!) ruszyłem na zaliczanie jakichś ostatnich niezaliczonych skrawków sieci. Największym takim odcinkiem była cała linia trolejbusowa 77 robiąca spore kryterium uliczne na przedmieściach. Następnie przejechałem się całym 72 po centrum, bo wydawało mi się że nim nigdy nie jechałem, porobiłem ładne fotki trolejbusów w tym parku i z muzeum komunikacji w tle (trolejbusów, parowóz i samolot na jednym zdjęciu!). Porobiłem też zdjęcia nowych autobusów (Volvo 7700A) i trolejbusów (Solaris Trollino 12). Odwiedziłem przebudowany Moricz Zsigmond korter i przejechałem ostatni niezaliczony kawałek sieci tramwajowej.
O 11.50 ruszyłem EC Polonia, w kierunku Polski. W Breclaviu jeszcze wyskoczyłem po szunkową bagietę i Gambrinusa. Późnym popołudniem dojechałem do Ostrawy. Ponieważ miałem jeszcze do załatwienia życiowe interesy w rejonie Rybnika, więc nie jechałem dalej Polonią, tylko podjechałem rychlikiem do Bohumina, potem SORem do Starego Bohumina, skąd piechotką przez granicę do dworca PKP w Chałupkach i dalej ostatnim kiblem do Rybnika przez skrajnie zdegradowane krajobrazy okolic Wodzisławia. Polska przywitała mnie tropikalnymi upałami, jakich nie doświadczyłem w czasie całej wyprawy do, bądź co bądź, śródziemnomorskiej Turcji.
--
Podsumowując zrobiłem 9476 km (z czego jakieś 1/4 autobusami), zaliczyłem 14 miast z elektrotransportem, w tym 12 po raz pierwszy. Co najważniejsze: po raz pierwszy byłem na innym kontynencie (choć w sumie tylko z nazwy), po raz pierwszy w krajach muzułmańskich (Bośnia i Turcja). Po raz pierwszy też redakcyjna wyprawa była w tak dużej części improwizowana. No ale w tym rejonie świata widocznie nie da się inaczej.
Tak oto kolejna wielka wyprawa "Przegubowca" - Turcja 2005 - przeszła do historii :-)
|

Budapeszt
TW6000

Budapeszt
UV+UV

Budapeszt
Ikarus 280

Budapeszt
Solaris T12 |