|
1.10 sobota (Drezno)
Wyprawa rozpoczęła się w sobotę 1 października rano od porannego ekspresu do Berlina (135 zł). W BWE rozkładany był folderek w którym zamieszczono fotografie wykonane przez okno pociągu z zaznaczeniem o której godzinie BWE tam się znajduje. Faktycznie kilka miejsc rozpoznaliśmy o stosownych porach.
W Berlinie krótka przesiadka na EC do Drezna. Zaliczyłem jeden z ostatnich brakujących mi wyjazdów z Berlina - kierunek Elsterwerda, Drezno.
Gdy dojeżdżaliśmy do Drezna popsuła się pogoda. W mieście panował ten charakterystyczny leniwy klimat niemieckiego sobotniego popołudnia. Na ulicach totalne pustki. Trasy większości tramwajów zostały pozmieniane z powodu remontów na głównych ulicach. Na przystanku przed dworcem ubrane w żółte pelerynki spacerowały panie informatorki wyposażone w komplet broszurek informacyjnych. Jedna z nich ulitowała się nad nami, gdy odliczaliśmy drobne przy automacie biletowym. Doradziła nam żeby kupić "Bilet rodzinny" (4.50e) zamiast dwóch dobówek. Nazwa biletu jest bowiem myląca. Choć mogą na nim jechać dwie osoby dorosłe i piątka dzieci, to wbrew nazwie nie muszą być wcale spokrewnione. I co najważniejsze - dzieci do biletu nie są wymagane.
W Dreźnie nie mieliśmy zbyt dużo czasu, więc skupiliśmy się jedynie na ciekawych kolejkach linowych w Loschwitz po drugiej stronie Łaby. Dojechaliśmy tam linią 6 jadącą po zupełnie innej niż na planie trasie. W soboty i niedziele w ruchu są już tylko niskopodłogowce. Ze spisów z internetu wynika że skasowali też wszystkie doczepy do Tatr.
Po drugiej stronie Łaby, za mostem "Niebieskie Cudo" zaczynają się malownicze pagórki. Na nie to właśnie wspinają się dwie kolejki linowe. Jedna z nich jest o tyle ciekawa, że jest koleją podwieszaną, coś jak w Wuppertalu, ale na zasadzie kolei linowej. Druga to typowa kolej linowo-terenowa z mijanką po środku. Obie są bardzo krótkie, a przy tym bardzo drogie - bilet w dwie strony 4 euro w każdej - dobówki DVB nie są ważne. Mogę jednak odżałować te fundusze, nie tylko dlatego, że były one niczym przy późniejszych wydatkach, ale dla wiedzy jaką zdobyłem ze skromnej wystawy technicznej w holu górnej stacji kolejki linowo-terenowej. Otóż przy pomocy wyeksponowanego tam prawdziwego koła wagoniku i załączonego rysunku wreszcie po 30 latach życia w nieświadomości zrozumiałem jak to się dzieje że wagonik jadąc z górki trafia na mijance na właściwy tor. Sprawa jest banalnie prosta, ale nikt dotychczas nie potrafił mi tego wyjaśnić. Zainteresowanych odsyłam do Drezna :-)
Dalsza część eksploracji Drezna odbyła się już bez udziału światła słonecznego, za to przy wydatnym udziale deszczu, więc ograniczyła się jedynie do przejechania krótkiego acz bardzo krętego i ciasnego odcinka linii autobusowej 83, linii tramwajowej 10 do trójkąta Friedrichstadt i linii 1 z powrotem pod dworzec z przesiadką na Postplatz, gdzie mieliśmy okazję obejrzeć Ikarusa 280 przerobionego na punkt informacji.
Po skonsumowaniu wursta (2 e) i zakupie napojów na drogę zajęliśmy miejsce w pociągu CityNightLine relacji Drezno - Zurych. Kolejne 845 km podróży spędziliśmy pogrążeni we śnie przerywanym niestety przez chrapiących współpasażerów. Wagon z miejscami ni to siedzącymi, ni to leżącymi był jednak średnio wygodny. Niemniej pociąg ten jest idealnym nocnym połączeniem w tamte rejony, dlatego też wykorzystałem go już po raz trzeci w tym roku.
|

Drezno
NGT6DD

Drezno
Solaris U18>
|

Drezno
NGT12DD

Drezno
MB Citaro G
|
|
2.10
niedziela (Bazylea)
Kontrola paszportowa ograniczyła się do sprawdzenia paszportów w pociągu i
pytaniae dokąd jedziemy. Odpowiedź że do Włoch ucieszyła szwajcarskich
celników, bo zwolniła ich z zadawania dalszych pytań o cel podróży.
Dojechaliśmy do Bazylei.
Pogoda nie napawała optymizmem. Zakupiliśmy dwie dobówki (jedną za euro,
drugą za franki - 8 CHF / 20,40 zł) i zaczęliśmy objazd co ciekawszych
miejsc tramwajowych Bazylei.
Trasy tramwajowe na starym mieście są ze wszech miar godne polecenia. Starówka
jest bardzo malownicza, a uliczki wąskie. Przejechaliśmy też namiastką
szybkiego tramwaju, czyli linią 14 do Pratteln oraz chyba najlepszymi liniami
15 i 16 jadącym na południe od dworca do Bruderholz, dzielnicy położonej na
sporym wzniesieniu. Tramwaj wspinając się na nie pokonuje liczne serpentyny i
strome podjazdy. Przejechaliśmy się też ostatnią linią trolejbusową 31 -
kursują na niej śmieszne przegubowe Neoplany.
Bazylea ma sporą sieć tramwajową i kilka linii podmiejskich, także nie byliśmy
w stanie wszystkiego zaliczyć w kilka godzin. Dodatkowo bardzo intrygujący
jest tabor tramwajowy. Praktycznie każdy kurs oferuje pasażerowi niską podłogę.
Odbywa się to jednak na różne sposoby. Najbardziej oczywistym są najnowsze
wagony Combino. Ponadto w ruchu są kanciaste wagony Be4/6 z początku lat 90. z
niskopodłogową wstawką w środku dodaną parę lat temu. Natomiast pozostałe
wagony czyli helmuty GT6 i pojedyncze wagonyBe4/4 ciągną jedną lub dwie
doczepki, z których jedna jest tak przebudowana że ma obniżoną podłogę
pomiędzy osiami.
Bazylejską ciekawostką jest współdzielenie torów pomiędzy dwa przedsiębiorstwa
tramwajowe. Firma miejska BVB ma tramwaje zielone. Po tych samych torach, na
liniach 10 i 11 jeżdżą też tramwaje żółte z czerwonym paskiem przedsiębiorstwa
BLT. Linie te wybiegają daleko poza granice miasta, a jeden z przystanków
linii 10 - Leymen - znajduje się nawet na terytorium Francji. Zdecydowanie
kolejna wizyta w Bazylei musi uwzględnić podmiejskie odcinki tych linii. Nie
muszę chyba dodawać że w obrębie miasta obowiązuje jeden wspólny bilet na
wszystkie środki transportu.
Czas w Bazylei szybko przeleciał i zajęliśmy miejsca w pociągu IC
Bazylea-Mediolan. Przejazd słynną linią przez przełęcz św. Gotarda nie
przyniosła spodziewanych wrażeń za sprawą fatalnej pogody. Na samej przełęczy
nawet zaobserwowaliśmy zadymkę śnieżną. Po drugiej stronie Alp, we włoskim
kantonie pogoda nie zmieniła się, a nawet pogorszyła, bo zaczął padać
regularny deszcz.
O 18.35 przyjechaliśmy na dworzec Milano Centrale. Jego ogrom i monumentalny
styl robią wrażenie. Podziwianie uroków miasta zostawiliśmy jednak na inny
czas, bo teraz sprawą najwyższej wagi stało się szukanie hotelu. Sprawa się
jednak skomplikowała za sprawą deszczu. Deszcz padał i padał. Co gorsza nie
padał on tak jak to zwykł robić między Odrą a Bugiem. On po prostu walił
ścianą wody przez długie kwadranse. Ulicą płynęły potoki, przejście
kilku metrów powodowało totalne przemoczenie garderoby. Schowaliśmy się pod
kolumnadą i oczekiwaliśmy poprawy aury. Przez najbliższe półtorej godziny
deszcze siekł niemiłosiernie. W dodatku zerwał się porywisty wiatr, więc
pogoda zaczynała przypominać tę z reklamy "Dog In The Fog". W
Polsce z takiego opadu zapewne powstałaby powódź tysiąclecia. Czas uciekał,
trzeba było działać. Rozłożyłem parasol i ruszyłem w poszukiwaniu hotelu
z akceptowalną ceną. Hotele najbliższe dworca oscylowały wokół 100 e za dwójkę,
dalej były po 80 e. Niezrażony szedłem dalej i trafiłem na 60-eurowy. W następnym
kwartale ulic zaczynały się hotele w zwykłych mieszkaniach, ale cena już nie
spadała, albo nie miały miejsc. Ustaliliśmy zatem, że kolejne trzy noce spędzimy
w Hotelu Margherita (60 e za dwójkę, wc i prysznic na korytarzu, w pokoju tv).
Cena trochę przewyższała planowaną, ale po pierwsze - to jednak był
Mediolan, a nie Wólka Kosowska, po drugie - do dworca było 5 minut piechotą,
więc odpadały wydatki na komunikację.
Z chwilą znalezienia hotelu deszcz momentalnie ustał.
|

Bazylea
Combino

Bazylea
Be4/4

Bazylea
Neoplan N6121
|

Bazylea
Combino

Bazylea
Be4/6

Bazylea
Be4/6
|
|
3.10 poniedziałek (Turyn)
Na ten dzień zaplanowaliśmy Turyn, odległy od Mediolanu raptem o 150 km.
Pierwsze minuty w Turynie zeszły nam na poszukiwaniu po całym dworcu Porta
Nuova punktu sprzedaży biletów. W każdym kiosku odsyłano nas w innym
kierunku. W końcu po kolejnym okrążeniu gigantycznego dworca sami natknęliśmy
się na punkt sprzedaży biletów. Zakupiliśmy bilety całodzienne (3e). Żadnych
planów komunikacyjnych nie było, więc pozostało zakupić zwykły plan z
zaznaczonymi przynajmniej liniami tramwajowymi (6e).
Turyn jest wielkim i gęsto zabudowanym miastem, w którym większość ulic
krzyżuje się pod kątem prostym, niczym w Łodzi albo w Ameryce. W centrum
ulice są bardzo wąskie i ciasne, ale po wielu z nich jeżdżą tramwaje.
Efektem tego są różne dziwne kombinacje torowe umożliwiające tramwajom skręty
w różnych kierunkach. Bardzo efektowne są skrzyżowania, na których zmiana
kierunku tramwaju odbywa się po okręgu, natomiast kierunek na wprost tnie
rondo po średnicy. Niesamowite są też zajezdni tramwajowe - zresztą jak w całych
Włoszech pod tym względem charakterystyczne: cała zajezdnia mieści się w
hali pod dachem. Wjazd odbywa się z ulicy prosto do budynku, gdzie tor rozgałęzia
się na kilkanaście innych. W Turynie pod tym samym dachem garażują też
autobusy. Na torach przed zajezdnią przy Corso Tortona odstawione były wagony
wycofane - stały normalnie na ulicy, a między nie powciskały się parkujące
samochody :-)
Większość tras tramwajowych w Turynie prowadzi w jezdni. Efektem tego są
tramwaje stojące w korkach razem z samochodami. O jakichś priorytetach w
sygnalizacji nie ma co nawet marzyć (w końcu to nie Niemcy ani Szwajcaria).
Nie zauważyliśmy tego nawet na dwóch liniach niezbyt szybkiego
"szybkiego tramwaju" (3 wschód-zachód ze specyficznym dwukierunkowym
taborem oraz 4 północ-poludnie - na południowym odcinku obowiązuje ruch
lewostronny w celu obsłużenia przystanków umieszczonych między torami).
Ciekawa jest też używana okazjonalnie odnoga linii 3 prowadząca do Stadionu
Alpejskiego schodząca rampą do tunelu, w którym znajduje się pętla Stadio.
Inna ciekawostka to zajezdnia w Madonna di Campagna oddalona o jakieś 3 km od
najbliższej linii tramwajowej - to efekt znacznych cięć w sieci tramwajowej
poczynionych na przestrzeni lat. Część linii w centrum wycięto z racji
budowy linii metra (planowane oddanie lada chwila, bo zimowe igrzyska tuż tuż).
Kolejną ciekawostką w zabytkowym centrum są przejazdy tramwajów pod
arkadami, zwłaszcza w rejonie dworca Porta Nuova i Piazza Vittorio Veneto.
W uzupełnieniu jeszcze parę słów o taborze: eksploatowane są stare
zmodernizowane wagony dwuczłonowe (2800) z lat trzydziestych, nowsze
dwukierunki dla linii 3 (7000) i jendokierunki niskopodłogowe z początku lat
90. (5000) oraz najnowsze niskopodłogowe dla linii 4 (6000) - dwukierunkowe.
Autobusy to głównie niskopodłogowe Iveco CityClass krótkie i przegubowe oraz
kilka okazów Scanii OmniCity i Van Hoola.
Przez 9h pobytu nie udało nam się zaliczyć całej sieci. Pozostały 4 linie,
w tym najnowsza czwórka na osiedla na północy miasta. Część linii w ogóle
nie jeździła - zastępowały ją autobusy, nie wiadomo czy na stałe czy
chwilowo.
Po powrocie do Mediolanu (znowu ostro padało) dokonaliśmy czynu niecnego w
postaci pójścia na kolację do McDonalda. Zachętą do tego występku była
specjalna promocja - hamburger za 0.50 euro. Spałaszowaliśmy tylko po dwa, aby
zmieścić jeszcze ciąg dalszy kolacji z napojami, którą zarządziliśmy już
w hotelu. We włoskim MTV naszą uwagę przykuła nadawana późną nocą kreskówka
dla dorosłych "La Avventurine di Pene e Vagina" :-) (więcej: http://www.mtv.it/tv/programmi/loveline/avventurePeneVagina.asp)
|

Turyn
Iveco 491.12 CityClass

Turyn
5023 |

Turyn
2807

Turyn
7005
|
|
4.10 wtorek (Mediolan)
Nigdzie nie jechaliśmy - wtorek przeznaczony został na Mediolan. Red. Figur już tu był więc pozostało mu do zaliczenia kilka linii. Ja nie byłem, więc chciałem pozaliczać wszystkiego po trochu.
Zachciało nam się dłużej pospać tego dnia. Jak już się zwlekliśmy z wyrek i wyszliśmy na miasto (o dziwo świeciło słońce!) to wyczuliśmy że coś dziwnego wisi w powietrzu. Niektóre wejścia do metra, którymi wczoraj szliśmy dziś były zamknięte, kasa biletowa została zatrzaśnięta nam przed nosem, automaty biletowe nie działały. Wszystkie napotkane pojazdy miały na wyświetlaczach napisy FUORI SERVIZIO i udawały się bez pasażerów w sobie tylko znanym kierunku. Szybko dotarło do nas że "oni mają strajk". I choć strajk był dość cywilizowany bo od 9:00 do 13:00, niemniej pokrzyżowało nam to trochę śmiałe plany. Początkowo nie bardzo wiedzieliśmy co robić. Na szczęście był też drugi humanitarny aspekt strajku - na każdej linii pozostawiono przynajmniej po jednym wozie. Bilet dobowy udało się kupić w kiosku (we Włoszech nie warto szukać automatów biletowych - wszystkie bilety są z reguły do kupienia w kioskach), a na najbliższym przystanku złapaliśmy tramwaj jadący gdzie bądź, byle tylko gdzieś się nim przejechać. Pojechaliśmy na północne przedmieścia Niguarda obejrzeć punkt przesiadkowy na tramwaj podmiejski. Samego tramwaju podmiejskiego jednak nie widzieliśmy - też strajkował. Trasa tam i z powrotem zajęła nam 3 godziny, przy czym większość czasu stanowiło oczekiwanie na przesiadki. W dalszym etapie już w miarę przywracania komunikacji penetrowaliśmy północno-zachodnie dzielnice (m.in. rewelacyjna zajezdnia Messina), przenosząc się następnie w rejony południowe (najnowsza linia podmiejska do Rozzano), a na koniec zostawiając jakieś szemrane dzielnice południowo-wschodnie zamieszkane głównie przez ludność kolorową. Nie omieszkaliśmy również zajrzeć na Stare Miasto zobaczyć słynną Duomo (elewacja zasłonięta do remontu reklamą). Okazało się też że nie we wszystkich Makach jest hamburger po 50 centów.
Niestety z powodu strajku i dalszej obsuwy zabrakło czasu na kilka fajnych linii, na większe rozpoznanie trolejbusów i metra oraz SKM.
Wieczorem gdy planowaliśmy jakieś fajne nocne fotki starych tramwajów zaczął padać deszcz. Padać to jednak za mało powiedziane - jak przystało na Mediolan
deszcz po prostu lał ścianą wody przez godzinę z okładem. Na pocieszenie został nam hamburger za 0.50e.
Parę słów o komunikacji w Milanie:
Tramwaje - niesamowicie rozbudowana sieć - trzy dni na zaliczenie to minimum. Większość tras w jezdni, przez co tramwaje tkwią w korkach. Z tych linii którymi jeździliśmy żadna nie była jakaś rzucająca na kolana. W pewnym momencie nawet miałem już dość, ale akurat przyszła kolej na podmiejską 15 do Rozzano, co mnie ożywiło. Podobnie jak w Turynie godne uwagi są zajezdnie oraz skomplikowane układy torowe. Niektórym może podobać się też tabor - prehistoryczne wagoniki 4-osiowe z lat końca lat dwudziestych. stanowią znaczną część taboru. Dla mnie to po prostu dowód na to jak bardzo zacofana jest komunikacja miejska we Włoszech. Co jak co, ale braku klimatu nie można im zarzucić - wewnątrz wszystko w drewnie, każda lampka ma swój szklany abażur. Brakuje tylko pałąków - wszystkie mają pantografy połówkowe. Poza zabytkami jeżdżą jeszcze 2- i 3-członowe przeguby oraz niewielka ilość niskopodłogowców dwóch typów (głównie na 9, 15 i 24).
Trolejbusy mają do spełnienia jedną ale szalenie ważną misję - jeżdżą po dużym okręgu wokół śródmieścia spinając wszystkie wybiegające z niego linie tramwajowe. Mimo zastosowania przegubowych Bred są bardzo zatłoczone (zresztą jak wszystko we Włoszech).
Metro - linie M1 i M2 są tak pokręcone że trudno stwierdzić jakie łączą kierunki. Praktycznie w całości poprowadzone w tunelach. Jako ciekawostkę należy wspomnieć że część odcinków jest zasilana z trzeciej szyny, a część z sieci górnej. Więcej powiedzieć nie mogę, bo z powodu strajku zwiedzanie metra wypadło z programu. Za trzecią linię metra robi średnicówka kolei podmiejskiej łącząca dworce Porta Garibaldi i Porta
Vittoria.
|

Mediolan
Iveco 2470.12
|

Mediolan
1976

Mediolan
4916

Mediolan
EuroTram

Mediolan
Sirio |
|
5.10 środa (Genua)
Rano oczywiście pada. Nie ma to jak włoskie słońce. Opuszczamy Mediolan i
Hotel Margherita. Jedziemy nad morze - tam musi być ładna pogoda.
Z Mediolanu do Genui jest 150 km. To za mało żeby pogoda się poprawiła. Pięknie
położony śródziemnomorski port, rodzinne miasto Krzysztofa Kolumba przywitał
nas deszczem i wiatrem. W dodatku okazało się że w ogóle nie jeżdżą
trolejbusy. Pozostało nam do objechania metro i jedna z licznych kolejek
linowych.
Lekkie metro zbudowano w 1990 na trasie liczącej 3 stacje i w ogóle oddalonej
od centrum. Dopiero w ostatnich dwóch latach budowa nabrała tempa i kolejka
dotarła do centrum - cóż że do ostatniej stacji dojeżdża się po jednym
torze - planowane jest dalsze wydłużanie.
Po metrze przyszedł czas na funicolari. Po stromych stokach Genui poruszają się
dwie kolejki linowo-terenowe i jeden tramwaj zębaty. Oprócz tego w wielu
miejscach funkcjonują zwyczajne windy którymi wjeżdża się do wyżej położonej
dzielnicy. Przy wejściu do windy stoi kasownik. Oczywiście bilety dobowe (3e)
są ważne we wszystkich środkach transportu zarówno poziomego, pionowego jak
i ukośnego. Jedną z wind wjechaliśmy na taras ponad miasto. Prowadziły z
niego wejścia na dach do pobliskich kamienic - jeszcze nigdy nie wchodziłem do
budynku przez ostatnie piętro ;-) Przy górnej stacji windy pętlę miały
linie mikrobusowe obsługiwane przez autobusy długości fiata punto. Podjechaliśmy
jednym z nich do stacji kolejki linowej na Righi. Kolejka ta - funkcjonująca na
klasycznej zasadzie Gubałówki - okazała się o tyle niezwykła, że jest
bardzo długa i po drodze ma kilka przystanków. Przy górnej stacji położonej
już w prawdziwych górach też jeździł knypkobus wbijający się bardziej na
jakieś górskie ścieżki niż miejskie ulice. Dolny odcinek kolejki prowadzi w
tunelu. Przystanki nie są rozłożone symetrycznie, więc w momencie gdy jeden
wagonik staje na przystanku, drugi w tym czasie ma jałowy postój w środku
tunelu.
Jak wspomniałem samo miasto też jest bardzo ciekawe. Co za tym idzie niezwykłe
są też linie autobusowe. Plan komunikacyjny przypomina kardiogram. Poza
liniami wzdłuż nabrzeża wszystkie pozostałe zygzakami wspinają się na
strome stoki. W centrum jest też kilka tuneli drogowych. Poznaliśmy też
przyczynę zawieszenia trolejbusów. Główna ulica via Balbi została
zamieniona na jednokierunkową i po poszerzeniu chodników nie zmieści już dwóch
mijających się trolejbusów. Pocieszający jest jednak nius, który otrzymałem
po powrocie, że Geuna zamówiła 17 przegubowych trolejbusów. Wygląda więc
na to że otworzą nową linię w innym miejscu albo jakoś tę jedną reaktywują.
Do Genui na pewno się kiedyś wróci, choćby po to żeby przejechać się
kolejką zębatą, na którą zabrakło czasu.
Trzeba było bowiem ruszyć na południe pociągiem InterCity do Rzymu. Podróż
trwała ponad 5 godzin, a trasa nie była zbyt ciekawa. Wreszcie dotarliśmy do
Rzymu, który w tym kierunku był dla nas tylko punktem przesiadkowym. Zostawiliśmy
swoje bagaże na 48 godzin w przechowalni (14,60e!), aby bez obciążeń zrobić
wypad na Sycylię i z powrotem. Do odjazdu pociągu do Syrakuz mieliśmy trochę
czasu, więc oglądaliśmy wieczorny szczyt przewozowy na pętli autobusowej
przy dworcu Termini, ze szczególnym uwzględnieniem Solarisów Trollino 18.
Wieczorny głód zagnał nas do jednej z pizzerii gdzie zamówilismy wielki kawał
pizzy z czymś co wyglądało jak ananas. Okazało się, że to były siekane
gotowane ziemniaki (razem z piwem 9e). O 23:00 wyjechaliśmy nocnym pociągiem
na Sycylię.
|

Genua
Iveco 490.10 TurboCity

Genua
Iveco 316.8 Portesi |

Genua
BredaBus 4001.12

Genua
Iveco 491.12 CityClass

Genua
Iveco 491.12 CityClass |
|
6.10 czwartek (Sycylia)
Obudziłem się raniutko, bo coś nami rzucało i bardzo hałasowało. Pociąg
powoli przejeżdżał jakieś rozjazdy. Pojawiła się tabliczka Messina
Marittima. A więc już zjechaliśmy z promu i trzeba pomału się budzić. Nie
minęło więcej czasu niż trwało czytanie tego zdania, jak za oknem pojawiła
się następna tabliczka: Messina Centrale i pociąg stanął. W pośpiechu
ewakuowaliśmy się na peron. Pogoda wreszcie była ładna. Po wyjściu przed
dworzec naszym oczom ukazały się tory tramwajowe, a chwilę potem nawet
nadjechał tramwaj.
Tramwaje w Mesynie uruchomiono w 2003 roku po jakimś lekko przydługim okresie
budowy. Trasa jedynej linii 28 wiedzie mniej więcej z północy na południe
przy czym gdzieś po środku znajduje się dworzec kolejowy. Całość trasy
stanowi wydzielone torowisko, część przystanków leży pomiędzy torami,
wagony mają drzwi z obu stron. Na końcach linii nie ma pętli. Południowy
kraniec robi wrażenie tymczasowego i składa się z jednego toru i drewnianego
peronu. Przez cały dzień zwrotnicę przekłada jakiś cieć. Najokropniejsze w
tym wszystkim są krótkie acz bardzo ciasne łuki przy każdym przystanku.
Tramwaj musi w nie wchodzić z minimalną prędkością, a i tak nim
niesamowicie rzuca. Ogólnie prędkość jest żałosna na całej trasie, co
dodatkowo pogarsza wizerunek mesyńskiego tramwaju. Odniosłem wrażenie, że cała
ta inwestycja była robiona lekko na siłę, bo od czasu jak tramwaj otwarto
nikt kompletnie nie dba o przystanki ani torowisko. Bilet dobowy jest bardzo
tani (1,55e). Co ciekawe miał strzałki, żeby go kasować z dwóch stron,
czego nie zrobiłem, ale chyba nie trzeba było, bo spotkanym kanarom to nie
przeszkadzało.
Z Mesyny udaliśmy się dalej na południe Sycylii. Linia kolejowa biegła początkowo
pomiędzy morzem a górami - całkiem przyjemnie, chociaż już się takimi najeździłem.
Przez moment widać było Etnę, ale sam wierzchołek wulkanu był już w
chmurach.
Kolejne miasto - Catania - posiada jedną linię metra. Na dworcu kolejowym
zajmuje ona jeden z peronów zlokalizowanych nad samym morzem. Na początkowym
odcinku naziemnym linia jest jednotorowa. Po zejściu do tunelu robi się
dwutorowa i zaczyna przypominać metro. Cała linia ma łącznie chyba 6 stacji
i została wybudowana w 1999 roku. Linię obsługują dwie brygady. Zaliczanie
metra zajęło raptem godzinkę, pozostały czas spędziliśmy obserwując
autobusy i odkrywając skróconą wersję solówki Iveco CityClass.
Z Catanii lokalnym pociągiem przejechaliśmy przez centralą część wyspy do
Palermo. Interior Sycylii wydał mi się totalnie pustą krainą. Pusty pociąg
zatrzymywał się na pustych stacjach, wszędzie dookoła tylko bezkresne puste
pagórki.
Na wieczór zajechaliśmy do Palermo. Czasu było w sam raz, żeby potrzaskać
trochę zdjęć i nałazić się w poszukiwaniu supermercato. O 20.45 w
komfortowej kuszetce wyruszyliśmy w drogę powrotną na włoski but - do
Neapolu. I znowu przespałem przeprawę promową.
|

Mesyna
Fiat-Cityway

Catania
metro |

Mesyna
Fiat-Cityway

Catania
FIAT 418AL / Menarini

Palermo
Iveco 490.18 TC |
|
7.10 piątek (Neapol)
Wjazd pociągiem do Neapolu robi wrażenie. Obok dworca znajduje się dzielnica
nowoczesnych drapaczy chmur. Na tym dobre wrażenie z Neapolu się kończy ;-)
Reszta miasta to jakiś totalny niekończący się slums, niesprzątany i
nieremontowany od stuleci. Mogę śmiało stwierdzić, że wiele miast Rumunii i
Bułgarii wygląda dużo schludniej.
Za to szczytem wszystkiego jest ruch samochodowy. Tu nie obowiązują żadne
prawa poza jedną zasadą: "klakson i przed siebie". Czerwone światło
nie nakazuje zatrzymania, a jedynie zwrócenie uwagi czy poprzecznym kierunkiem
nic akurat nie jedzie. Żadnego wpuszczania absolutnie nie ma, zero litości,
nawet autobus autobusu nie wpuści, nikt nikomu nie ustąpi. Żadnego
uprzywilejowania nie ma nawet karetka. Każdy samochód jest poobijany,
blacharze raczej nie mają tu wiele pracy, bo nikt nawet nie stara się naprawiać,
skoro jutro przy parkowaniu na kartkę papieru ktoś go znowu zarysuje albo utrąci
migacz.
W tym całym bajzlu uchowały się jeszcze trzy linie tramwajowe i kilka
trolejbusowych. Teoretycznie jeżdżą po wydzielonych pasach, ale to czysta
teoria. Tramwaje jeżdżą aleją wzdłuż wybrzeża (linia 1) z odgałęzieniem
do dworca (linie 4 i 29) obecnie już bardzo okrojonym. W dużej części
pokrywają się z trolejbusami 254, 255 i 256, które obustronnie wyjeżdżają
za miasto. Kiedyś sieć była znacznie większa, ale widocznie tramwaje
przeszkadzały w tym całym mętliku. Tabor tramwajowy to jakieś przedwojenne
strucle po modernizacjach a la MKT Łódź, czyli chamsko kanciaste oraz
najnowsze trzyczłonowe niskopodłogowce w liczbie kilkunastu. Trolejbusy to solówki
Breda - Solarisów jakoś nie zauważyliśmy.
Jest też metro - za jedną linię robi średnicówka kolejowa, po której jeżdżą
też ekspresy Eurostar. W sumie takie metro to jest i Warszawie - zwyczajna
chamska, brudna i śmierdząca średnicówka, ze starym parszywym taborem i słabymi
prędkościami.
Druga linia zbudowana na początku lat 90. wjeżdżając w położone wyżej
dzielnice wykonuje pod ziemią pętlę. Trwają prace nad jej przedłużeniem do
dworca Centrale.
System komunikacyjny uzupełniają kolejki linowo-terenowe jeżdżące w
tunelach oraz podmiejskie pociągi Circumvesuviana.
Wizyta w Neapolu nie byłaby pełna gdyby nie Pizza Neapolitana w korzystnej
cenie (1e).
W południe deszczowa pogoda dotarła i do Neapolu, więc ruszyliśmy w kierunku
Rzymu.
Na miejscu w Rzymie już totalna ulewa. Niestety czekało nas szukanie noclegu.
Po godzinie włóczenia się w deszczu po dzielnicy w której każda kamienica
była hotelem mogliśmy wyróżnić dwa typy hoteli: tańsze z brakiem miejsc i
droższe z wolnymi miejscami. Mieliśmy już dosyć tego deszczu i tego łażenia
beznadziejnego. Uruchomiliśmy rezerwy finansowe i wzięliśmy pokój za 45e od
łebka. A co! Raz się żyje. Rzym to nie Krym :-) Nie żałowaliśmy ani przez
chwilę tej decyzji. Ale więcej o tym potem. Teraz tylko nadmienię, że nasz
hotel odnajdywaliśmy po tym, że wejście znajdowało się na wysokości
zwrotnicy wjazdowej na pętlę tramwajową przy Termini.
Resztę deszczowego dnia spędziliśmy na zaliczeniu w deszczu linii 5 i 14 jadących
na wschodnie przedmieścia oraz na zakupach w supermercato. Zwiedzanie miasta
zostawiliśmy na cały następny dzień licząc wreszcie na ładną pogodę.
|

Neapol
990

Neapol
Sirio 1114 |

Neapol
1022

Neapol
metro

Neapol
Ansaldo / Breda F19 |
|
8.10 sobota (Rzym)
Umiesz liczyć to licz na siebie. Na pogodę we Włoszech już nigdy nie będę
liczył. Przedostatni dzień pobytu w Italii rozpoczął się mało słonecznie.
Było zimno i pochmurno, ale nie padało. Jako że najbliższą z planowanych
atrakcji była pętla przy dworcu Termini udaliśmy się właśnie tam. Rozpoczęliśmy
dzień od zaliczenia jedynej, niedawno uruchomionej linii trolejbusowej 90. Na
początkowym odcinku w śródmieściu trolejbusy (Solaris Trollino 18) jeżdżą
przy pomocy napędu akumulatorowego. Po kilku przystankach od Termini pałąki
idą w górę i dalej już ciągną prąd z sieci.
Z końcówki linii 90 wróciliśmy z przesiadkami do Watykanu. Niestety na dobre
rozpadał się deszcz. Dlatego też z powodu niesprzyjających warunków
atmosferycznych ogłosiliśmy protest przeciwko ósmemu dniu złej pogody i
postanowiliśmy zbojkotować większość atrakcji turystycznych Rzymu
koncentrując się jedynie na komunikacji miejskiej. Wyjątkiem oczywiście stała
się Bazylika św. Piotra, do której dostaliśmy się po 45 minutach stania w
kolejce na lejącym jak z cebra deszczu. Jak to dobrze, że mój towarzysz podróży
pomyślał o czymś takim jak parasol.
Rzymska komunikacja miejska oferuje wielorakie atrakcje. Jak przystało na
europejską metropolię funkcjonują tu praktycznie wszystkie środki transportu
miejskiego: kolej państwowa, metro, kolejki podmiejskie, tramwaje, trolejbusy i
autobusy.
Na tak duże miasto jak Rzym dwie linie metra to zdecydowanie za mało. Obydwie
krzyżują się przy dworcu Termini. Pierwszą z nich, nazwaną przewrotnie
Linea B, rozpoczęto budować w latach 60. Kursujące na niej wagony
przedstawiają sobą obraz nędzy i rozpaczy głównie za sprawą bazgrołów,
których od szeregu lat zapewne nikt nie próbował zmywać. Bazgroły pokrywają
też i okna, dziwne że w ogóle są usuwane z szyb czołowych ;-)
Druga linia oznaczona literą A dojeżdża m.in. w pobliże Watykanu. Zapewne z
tego też powodu kursują na niej nowsze wagony utrzymywane w większym porządku.
Uzupełnieniem metra są trzy podmiejskie kolejki elektryczne. Na każdej z nich
kursuje nieco inny tabor począwszy od typowych ezt na linii do Lido po
niewielkie staroświeckie wagoniki na wąskotorowej linii do Pantano Borghese.
Wszystkie kolejki podmiejskie są jeszcze bardziej zaniedbane i usyfione niż
Metro B.
Z dawnych rzymskich tramwajów pozostało już niewiele, raptem 6 linii. Kursują
na nich 4 typy wagonów - 60-letnie przegubowce Stanga, kilkunastoletnie
niskowejściowe przegubowce Socimi oraz dwa typy nowoczesnych niskopodłogowców
FIAT. Trasy tramwajowe nie są zbyt ciekawe, może poza fragmentami przebiegającymi
w pobliżu obiektów zabytkowych takich jak Koloseum, Bazylika Laterańska czy
Porta Maggiore. Oczywiście o żadnych zielonych falach, wzbudzaniach itp.
sprawach w ogóle nie ma mowy.
Na koniec autobusy - niepoliczalna ilość linii o numerach ze wszystkich setek.
Dominują oczywiście Iveco CityClass, uzupełniają je inne włoskie marki
BredaMeariniBus (krótkie i jedyne rzymskie przegubowce), Autodromo, stary typ
Iveco (4-drzwiowa solówka). Najnowszym nabytkiem są Mercedesy Citaro. Po wąskich
uliczkach Starego Miasta na liniach 116 i 117 plączą się malutkie busiki
szerokości nieco większej od Fiata 126p. Wjeżdżają w takie zakamarki w które
i rowerzysta miałby problem się zmieścić ;-)
Na dogłębne poznanie wszystkich atrakcji Rzymu nie starczyłoby i tygodnia. W
jeden dzień, w dodatku od rana do nocy wzbogacony opadem ciągłym, udało się
objechać linie tramwajowe, łyknąć trochę metra, wbrew pogodzie porobić
trochę fotek, a do tego zwiedzić Bazylikę św. Piotra i rzucić okiem na
Fontannę di Trevi, Panteon, Koloseum i Forum Romanum. Reszta i dokładniej
innym razem (gdy już zaświeci dla nas słońce).
Nasze desperackie trwające do wieczora rzymskie wędrówki skończyły się
przemoczeniem wszystkiego, a przede wszystkim nóg. Po powrocie do hotelu i
zaaplikowaniu sobie środków antyprzeziębieniowych we wszelakich dostępnych
postaciach przyszła pora na suszenie elementów garderoby. Włoskiego słońca
za oknem jak na lekarstwo, bo godzina już niemłoda, więc za słońce posłużyła
suszarka do włosów, w którą wyposażona była łazienka w pokoju (w końcu
za coś te grube euro zapłaciliśmy!). Trzeba przyznać że łazienkowe słoneczko
nawet dość efektywnie suszyło kurtki, koszule, skarpetki, a także
przemoczone mapy, dokumenty i notatki. Trochę dłużej schodziło się z butami
trzymającymi długo wilgoć. Buciki już traciły resztki wilgoci, gdy ktoś
zaczął się dobijać do drzwi. Zakończyłem suszenie i otworzyłem drzwi. Za
nimi stał barczysty turek - obsługa hotelu. Zaczął coś mamrotać, że w tym
pokoju "something is still working". Wpuściłem go do środka, żeby
udowodnić że się myli. Od razu wparował do łazienki, pomacał suszarkę,
zorientował się że jest gorąca i że pracowała. Na szczęście zwrócił
tylko uwagę, że jest późna pora i żeby nie hałasować, bo się sąsiedzi
skarżą, na co oczywiście udaliśmy szalenie zdziwionych, że faktycznie to już
parę minut po 22:00.
Nazajutrz, gdy wychodziliśmy z pokoju, zobaczyliśmy, że sąsiedzi, oprócz
tego że kapusie, to jeszcze buraki, bo zostawili buty na korytarzu przed
drzwiami. Przemknęło nam przez myśl żeby nalać do nich wody ;-)
|

Rzym
Metro - Linea B

Rzym
E: Roma-Ostia

Rzym
7035

Rzym
9018

Rzym
9101 |

Rzym
G: Roma-Pantano

Rzym
G: Roma-Pantano

Rzym
MB Citaro

Rzym
Solaris Trollino 18

Rzym
Solaris Trollino 18 |
|
9.10 niedziela (Wenecja, Triest)
Jeszcze przed wschodem słońca opuściliśmy Wieczne Miasto. Już wieczorem
poprzedniego dnia na niebie zaświeciły gwiazdy. Po raz pierwszy od początku
wyjazdu szykował się piękny dzień.
Ekspres Eurostar dowiózł nas do Bolonii. Po drodze częstowano kawą i
ciasteczkami. W Bolonii wsiedliśmy w pośpieszny, którym dojechaliśmy do
Wenecji.
Ponieważ jeszcze tego samego dnia za widoku mieliśmy znaleźć się w Trieście
na Wenecję musiało starczyć 2 godziny. Mało! Z dworca Santa Lucia do Świętego
Marka szliśmy 1,5 godziny, a 0,5 godziny wracaliśmy wielokrotnie gubiąc drogę
;-) Ale zdążyliśmy!
Pogoda w Wenecji była wspaniała (nareszcie), miasto robi niesamowite wrażenie,
przydałoby się nieco więcej czasu. Najbardziej szokujące jest to że zamiast
ruchu samochodowego jest ruch łódkowy, a zamiast ulic - kanały. Niektóre są
tak wąskie, że aż jednokierunkowe. Na niektórych skrzyżowaniach kanałów
wiszą sygnalizacje świetlne. Struktura pływających łódek jest podobna jak
pojazdów na ulicy: ciężarówki, tramwaje, radiowozy, karetki pogotowia i wozy
straży pożarnej, osobówki zwykłe i podrasowane (umcy-umcy lecące ze
stuningowanej łódki mnie zabiło!). Całe wrażenie nieco psuje ogromna rzesza
turystów wypełniająca główne place i ulice miasta. Ale już nieco na uboczu
jest zupełnie cicho i przyjemnie. Problem tylko taki, że po zejściu z głównego
traktu traci się zupełnie orientację i z reguły wchodzi w chodnik kończący
się ślepo nad brzegiem kanału :-/
Tramwaje wodne pływają głównie po Canale Grande oraz wokół laguny. Robią
to powoli i niezbyt często, a w dodatku są okropnie zapełnione przez turystów,
którym się nie chce drałować od dworca. Ich zaliczanie zostało odłożone
na inny raz.
Popołudniu zajechaliśmy do Triestu na samiutkim końcu Włoch, już prawie w Słowenii.
Zameldowaliśmy się w całkiem przyjemnym hotelu (25e, pokój z tv, bez łazienki,
śniadanie wliczone), po czym udaliśmy się na Piazza Oberdan zaliczyć jedyną
linię tramwajową 2 wspinającą się do Villa Opicina przy pomocy doczepianego
wagonika linowego. Troszkę nam zrzedły miny jak na przystanku końcowym
zobaczyliśmy midibusa Breda na linii 2 do Opiciny. Postanowiliśmy jednak
wjechać na górę, obejrzeć nieco trasy i zajezdnię. W kiosku obok przystanku
zakupiliśmy cieniutką monografię tramwaju na Opicinę (4e) oraz zasięgnęliśmy
informacji, że tramwaj w ogóle nie jeździ z powodu "reparazzione".
Linia autobusowa za tramwaj była też niczego sobie. Autobusik choć niewielki
miał w sobie niesamowitą moc i ostry wjazd na Opicinę nie był dla niego żadnym
wysiłkiem. Po drodze roztaczały się bajeczne widoki na całe miasto i na
Adriatyk. Po zjeździe z Opiciny powłóczyliśmy się jeszcze po mieście z
lekką nadzieją na znalezienie sklepu spożywczego. Ale gdzież tam! Otwarte były
oczywiście sklepy z ciuchami, perfumerie, sklepy z biżuterią. W niedzielę
wieczorem mogliśmy nawet kupić sobie motorynkę albo laptopa. Ale za nic w świecie
nie kupilibyśmy czegokolwiek do żarcia. Ot taka włoska specyfika, w sumie dość
znamienna dla tej części świata. Skończyło się na jakimś fast-foodzie w
dworcowym snack-barze. W dodatku nie mogliśmy tego zjeść na miejscu tylko w
biegu na stojaka :-|
We włoskiej telewizji pokazywali Tuska, ale na przemian z Kaczyńskim. Trudno
było wyczuć kto wygrał w I turze. Oświecili nas znajomi SMS-ami. Pozostawało
jeszcze dwa tygodnie nadziei... :-P
|

Triest
407 404 |

Triest
BMB M240N |
|
10.10 poniedziałek (Linz)
Triest także opuściliśmy przed świtem. W ogóle zabieraliśmy już manatki z
Włoch. Czas było przystąpić do realizacji drugiej części planu: Austria +
Szwajcaria. Dodatkowym optymizmem napawała poprawa pogody. Poranek był jeszcze
zimny, przejazd przez góry do Austrii pośród mgieł, ale już w Villach zaświeciło
słoneczko. Humory się poprawiły, zwłaszcza po kawie i tostach. Wreszcie
znaleźliśmy się w jakimś normalniejszym kraju, w kręgu znanej i oswojonej
kultury germańskiej, w którym na dodatek idzie się dogadać.
Na popołudnie planowaliśmy dotrzeć do Linzu. Wybraliśmy linię kolejową
przez Bischofshofen. Daleko jednak nie ujechaliśmy, bo od stacji Spittal trzeba
było jechać zastępczym autobusem. Nie narzekaliśmy na to jakoś specjalnie,
bo cały pociąg wpakował się do dwóch pierwszych autokarów, a my i jedna
zakonnica mieliśmy cały trzeci dla siebie. Zapewne dlatego, że tamte
oznaczono żółtymi kartkami, a nasz tablicą kierunkową "Bischofshofen",
a kierownik pociągu oznajmiał wcześniej, że do Bischofshofen jadą tylko te
z żółtą kartką za szybą :-)
Trasa była bardzo malownicza, choć prowadziła głównie autostradą, przez
dwa kilkunastokilometrowe tunele alpejskie. Widoków na lodowce jeszcze nie było,
ale raczej na takie typowe alpejskie zielone łąki z pasącymi się krówkami,
znane z kalendarzy i reklam czekolady (tej ze świstakiem).
Po krótkiej przesiadce w Bischofshofen i Salzburgu, gdzie kupowanie batoników
w automacie (nareszcie automaty z batonikami! - we Włoszech nic takiego nie było,
a jak było to nie działało) o mało nie spowodowało spóźnienia się na
pociąg, dojechaliśmy do Linzu.
Dworzec w Linzu od ostatniego mojego pobytu w 2002 roku uległ gruntownej
przebudowie. Tramwaje jeżdżą już tunelem pod dworcem, linia na powierzchni
została właśnie usunięta. Ponadto od 3.09.05 wydłużona została linia
tramwajowa 2 do nowego osiedla Solar-City.
Poza Cityrunnerami, które przez 3 lata doszły od 002 do numeru 021, nic nowego
w taborze nie zauważyłem. W autobusach i trolejbusach nie ma już tych
najstarszych Steyrów a la nasze volvo #7370.
W Linzu działa sporo niedrogich hoteli. Wybraliśmy Jugendgästehaus Linz 3
przystanki od dworca trolejbusem 46 (Stanglhofweg 3), cena 21,75e od osoby za
pokój 2-os. z łazienką bez tv, śniadanie wliczone. Właściwie było to duże
schronisko młodzieżowe, przebywali w nim akurat jacyś sportowcy i austriacki
czerwony krzyż.
|

Linz
MAN NG312

Linz
Volvo 7000AT |

Linz
GT10

Linz
Cityrunner |
|
11.10 wtorek (Gmunden, Graz)
Cały dzień w podróży po Austrii. W planie na ten dzień były dwa miasta:
Gmunden i Graz.
Gmunden jest malutkim miasteczkiem położonym pięknie nad górskim jeziorem.
Do tego posiada jedną krótką linię tramwajową łączącą dworzec z
centrum.
Straszliwe bluzgi posypały się w eter, gdy przed dworcem w Gmunden zobaczyliśmy
Neoplanika N4009 z napisem Schienenersatzverkehr. Na szczęście z ogłoszeń
wynikało, że od połowy trasy tramwaje kursują normalnie. I tak w jedną
stronę całą trasę przeszliśmy na piechotę robiąc po drodze fotki. Z
powrotem wróciliśmy tramwajem z przesiadką na neoplanika (jeden przejazd
1,40e; dobówka 2e!). Nadmiar czasu spędziliśmy jedząc Wurst i podziwiając
widoki nad jeziorem Traunsee.
Z Gmunden pojechaliśmy dalej na południe przez piękne alpejskie doliny do
Grazu. Miasto było nam obu dobrze znane, zaliczyliśmy tylko kawałki sieci
przez mnie wcześniej nie przejechane, porobiliśmy fotki na słynnym węźle
Jakominiplatz oraz przy równie słynnym drzewie rosnącym na środku torowiska.
Na ciekłokrystalicznych ekranikach zamontowanych wewnątrz tramwajów pomiędzy
różnymi reklamami miejscowego MZK i informacjami o trasie pojawiały się krótkie
filmiki z serii La Linea (Balum! Balum!).
Blisko 600-kilometrową rundę po Austrii zakończyliśmy z powrotem w Linzu o
godz. 23:00. Do schroniska dojechaliśmy ostatnim trolejbusem.
|

Gmunden
10 8

Gmunden
8

Graz
GT6

Graz
Cityrunner |

Gmunden
8

Gmunden
8

Graz
GT8NF

Graz
drzewo |
|
12.10 środa (Wiedeń)
Pora żegnać Linz. Rano skorzystaliśmy z darmowego śniadania - nawet dało się
najeść. O 8:31 wyjechaliśmy pociągiem do Wiednia. Choć w Wiedniu każdy z
nas był nie raz uznaliśmy, że miło znowu powłóczyć się po tym wspaniałym
mieście.
Zaraz po przyjeździe zakupiliśmy bilety na nocny pociąg do Bregencji. Na
bilecie widniał ciekawy dopisek: "objazd z powodu powodzi, opóźniony
przyjazd na stację końcową". Fakt, deszcz padał cały poprzedni tydzień.
Generalnie nie było się czym przejmować - plan następnego dnia nie był zbyt
napięty. Tymczasem ruszyliśmy w miasto.
Piękny słoneczny jesienny dzień w Wiedniu poświęciliśmy na niezobowiązujące
zaliczenie kilku linii w południowej części miasta. W międzyczasie złożyliśmy
wizytę w infopunkcie na Karlsplatz, gdzie dokonaliśmy zakupu kilku gadżetów,
książek i modeli. Jadąc 21 do Praterkai obserwowaliśmy jak komunikacja
miejska radzi sobie z tłumem kibiców jadących na mecz reprezentacji z Irlandią
Północną. Nie zostały uruchomione żadne dodatkowe linie, a jedynie wydłużono
z Praterstern do Stadionu linie O i 5. W rejonie stadionu bardzo zaawansowana
jest już budowa przedłużenia metra U2.
Po zapadnięciu zmroku mieliśmy jeszcze trochę czasu na przejechanie kilkoma
liniami, m.in. 46 do Ottakring, gdzie naszym oczom ukazała się całkiem inna
zajezdnia niż znana nam do tej pory z tego miejsca. Otóż na miejscu starej
remizy wybudowano blok mieszkalny, na którego parterze mieści się nowoczesna
zajezdnia tramwajowa :-)
O 22:20 z dworca Westbahnhof wyruszyliśmy pociągiem EuroNight, który
przemierza całą Austrię wzdłuż. Rano po 700 km jazdy mieliśmy wysiąść w
Feldkirch, skąd pociągami mieliśmy dostać się do Zurychu w Szwajcarii.
Zgodnie z tym co widniało na bilecie pociąg miał się spóźnić, ale
konduktorka bagatelizowała sprawę. Trudno mi było sobie jednak wyobrazić jaką
drogą pojedziemy skoro - jak się zdążyłem zorientować - zamknięta była
strategiczna linia Innsbruck - Bregenz.
|

Wiedeń
ULF-A |

Wiedeń
ULF-A |
|
13.10 czwartek (Zurych)
Rano obudziliśmy się na stacji w Lindau w Niemczech :-) A to niespodzianka! A
więc jedziemy od drugiej strony. Jadąca do Bregencji laska z naszego przedziału
zanim zrozumiała co jest grane zaczęła robić panikę, że nikt jej w porę
nie obudził. Jak już zrozumiała to i tak siedziała obrażona i w ramach
protestu nie tknęła śniadania.
Wysiedliśmy na stacji Feldkirch z godzinnym opóźnieniem. Niestety pociąg do
Szwajcarii pojechał sobie już dawno, a następny miał być dopiero popołudniu.
Nie uśmiechało się nam to specjalnie, zwłaszcza że od Szwajcarii dzielił
nas już niewielki dystans. Wpadliśmy zatem na genialny pomysł, aby do
Szwajcarii wjechać zwykłym autobusem :-) Istotnie pomiędzy Feldkirch w
Austrii a Buchs w Szwajcarii jeździł co godzinę autobus linii 70. Właśnie
za parę minut miał odjeżdżać najnowszy MAN NU313. A żeby było śmieszniej
na swojej trasie przejeżdżał w poprzek Księstwa Lichtenstein (bilet 2.30e).
Trochę się niepokoiliśmy czy nie będzie jakichś scen na granicy
szwajcarskiej - kolesie z wielkimi plecakami jadą do Szwajcarii w niewiadomym
celu - mogło to budzić podejrzenia. Nasze troski były jednak zbyteczne.
Autobus linii 70 przejechał przez przejście graniczne bus-pasem przez nikogo
nie niepokojony :-) Rozbawiła nas ta udawana szczelność szwajcarskiej
granicy. Najwięksi szpiedzy komunikacyjni przedarli się do Szwajcarii udając
pasażerów miejskiego autobusu ;-)
W drodze do Buchs mijaliśmy jakieś peryferia Lichtensteinu. Co ciekawe na głównej
linii kraju - nr 1 - jeżdżą przegubowe mercedesy.
Z Buchs pojechaliśmy pociągiem do Sargans, a stamtąd już prosto do Zurychu.
Słońce świeci, piękna pogoda, widoki miodne. W oddali majaczą już
alpejskie ośnieżone granie.
Noclegu w Zurychu obawialiśmy się ze względu na spodziewane astronomiczne
ceny. Chociaż po Rzymie nic już nas nie ruszało w tej materii. Zaplanowany
hostel miał akurat przerwę obiadową, na szczęście obok natknęliśmy się
na tani hotel otwarty cały dzień, dysponujący pokojami w takich samych cenach
(49fr/osobę = 125 zł) - do dyspozycji tylko dwa łóżka i umywalka, ale za to
widok na tramwaje i rzekę.
Do końca dnia z nieukrywanym zachwytem jeździliśmy zuryską komunikacją. Nie
zdążyliśmy zaliczyć trzech linii tramwajowych i żadnej z kolejek linowych
(innym razem). Część linii objechaliśmy już po ciemku. Zuryska komunikacja
zrobiła na nas wielkie wrażenie - czystość, niezawodność, doskonałość w
każdym calu. Po prostu jak w szwajcarskim zegarku. Poza gęstą i mocno
rozbudowaną siecią tramwajową coś co zwala na kolana to podjazdy na niektórych
liniach, momentami wręcz niewiarygodnie strome - zwłaszcza na linii 6 do ZOO.
Ponadto niezwykła jest też linia 7 i 9 poprowadzona częściowo w tunelu jak
premetro - ze względu na perony wyspowe ruch odbywa się lewym torem.
Tabor tramwajowy jak to w Szwajcarii - raczej archaiczny, chociaż jest sporo
wagonów z lat 90-tych, niektóre z niską wstawką. Trolejbusy to bardzo
sympatyczne przegubowe Mercedesy O405GTD. Jeżdżą na kilku liniach m.in. na 33
która okrąża całe centrum. Zaliczając tramwaje widywaliśmy ją
wielokrotnie, a czasem nawet z niej korzystaliśmy. W najbliższym czasie mają
zakupić kilkanaście trolejbusów trzyczłonowych.
W centrum znajduje się pętla linii S18. Jest to właściwie osobna kolejka
podmiejska - Forchbahn - korzystająca na terenie miasta z torów tramwajowych.
Ma jednak zupełnie inny tabor - nowoczesne jednostki elektryczne. Integracja
taryfowa jest tu całkowicie oczywista.
Oprócz tramwajów niesamowite wrażenie w Zurychu robi też inna infrastruktura
komunikacyjna - m.in. bardzo gęsta sieć kolejowa, poprowadzona w wielu
miejscach w tunelach oraz zuryski dworzec kolejowy - kombinat obsługujący
ponad 600 pociągów dziennie.
W końcu późnym wieczorem zmęczenie wzięło górę i razem z ostatnimi
tramwajami udaliśmy się i my na spoczynek. Nazajutrz czekał nas dzień pełen
wrażeń.
|

Liechtenstein
MAN NU313

Zurych
Be4/6

Zurych
Cobra

Zurych
Forchbahn

Zurych
MB O405 |

Zurych
Be4/4

Zurych
Be4/8

Zurych
CargoTram

Zurych
MB O405GT

Zurych
MB O405 /NAW |
|
14.10 piątek (Kolej Retycka)
Na tym dniu chyba zależało mi najbardziej. Tzn. przede wszystkim na dobrej
pogodzie w tym dniu. W planach był bowiem przejazd wąskotorowymi Kolejami
Retyckimi - ponoć najwspanialszą górską linią kolejową Europy.
Z Zurychu do Chur wyjechaliśmy o 6:12. O 7:58 dzwoniąc zębami z zimna wsiedliśmy
do pociągu RhB jadącego do St. Moritz. Początkowo krajobrazy typowe dla
alpejskich dolin. Pociąg jednak wspinał się coraz wyżej, w oddali już
majaczyły białe szczyty Alp. Przed stacją Filisur pokonaliśmy słynny
Landwasserviadukt most prowadzący do tunelu w skale. W Filisur przesiedliśmy
się w Heidi-Express jadący z Davos do Tirano - najpiękniejszą linią Kolei
Retyckich. Pociąg był prawie pusty - mieliśmy cały wagon dla siebie. I
bardzo dobrze, bo zaraz za Filisur rozpoczął się cyrk. Nasz czerwony pociąg
zaczął się wspinać po serpentynach w górę i w górę pod przełęcz Albula.
Lataliśmy od okna do okna wyszukując w dole torów którymi parę chwil wcześniej
jechaliśmy. Najwspanialsze były pętle jakie wykonywał, aby wspiąć się
jeszcze wyżej. Wreszcie wjechał w długi tunel i można było na chwilę
odetchnąć od wrażeń.
Kolejne doznania przyszły wraz ze zbliżaniem się do przełęczy Bernina
(2232m). Wjechaliśmy w kompletnie pusty alpejski wysokogórski krajobraz.
Gdzieniegdzie przy torach leżał śnieg. Na wyciągnięcie ręki mieliśmy słynne
alpejskie jęzory lodowcowe. Za Ospizio Bernina zaczął się szalony zjazd do
Tirano. Serpentynom nie było końca. Daleko w dole wciąż majaczyła zielona
dolina do której jeszcze długo długo zjeżdżaliśmy. Pod koniec trasy w
Brusio pokonaliśmy słynną pętlicę na wiadukcie. Wreszcie o 12:20 znów
znaleźliśmy się we Włoszech, w Tirano. Nawet nie wychodziliśmy z dworca,
aby uniknąć kontroli granicznej, za to zaraz ruszyliśmy w drogę powrotną.
Tym razem mozolnie pod górę na przełęcz, znów piękne widoki na czterotysięczniki,
wreszcie zajechaliśmy do słynnego kurortu St. Moritz. Godzinkę czasu poświęciliśmy
na pamiątkowe fotki i zakupy w Coopie. Pozostał nam już do przejechania
powrotny odcinek przez dolinę Engadin otoczoną szpiczastymi ośnieżonymi
trzytysięcznikami oraz przez niedawno wybudowany 19-kilometrowy tunel łączący
ten region z resztą kraju. Przez cały dzień mieliśmy fantastyczną pogodę,
więc z rozdziawionymi gębami pochłanialiśmy wspaniałe szwajcarskie
krajobrazy. Tego dnia nie było żadnej komunikacji miejskiej, ale zdecydowanie
był to najwspanialszy dzień wyprawy.
|

Kolej Retycka

Kolej Retycka

Kolej Retycka
|

Kolej Retycka

Kolej Retycka

Kolej Retycka
|
|
15.10 sobota (Lucerna + St. Gallen)
Pomału czas kończyć wyprawę. Na razie jednak jesteśmy w boskiej Szwajcarii
i do wieczora tak jeszcze pozostanie. Na ostatni dzień w raju zaplanowaliśmy
Lucernę i St. Gallen. Spośród wielu trolejbusowych miast te wybraliśmy
nieprzypadkowo.
Lucerna jest obok Lozanny ostatnim miastem w Szwajcarii eksploatującym przyczepy do
trolejbusów. Są one niskopodłogowe. Zakupiono je pod koniec lat 90. gdyż nie
opłacalne było kupowane nowych pojazdów niskopodłogowych, skoro stare trzymały
się jeszcze dobrze. To jest właśnie coś fantastycznego co odróżnia
Szwajcarów od Niemców. Niemcy gonią za nowościami, musza mieć zawsze nowe,
bo nowe to lepsze. Szwajcarom szkoda pieniędzy na gadżety. Jeśli stare i nowe
spełnia swoją funkcję równie dobrze, to po co tracić pieniądze na nowe błyskotki.
W Lucernie objechaliśmy większość linii trolejbusowych. Nie były one jakoś
szczególnie poruszające, ale wszędzie biła po oczach sterylna czystość i
doskonałość w każdym calu (bilet dobowy - 9.5fr = 24zł).
Z Lucerny udaliśmy się do miasta St. Gallen. Od kilkunastu lat marzyłem o tym
żeby zobaczyć ojczyznę trolejbusów, które kilka lat jeździły po
Warszawie. W 1992 r. zastąpiono je tutaj przegubowcami Hess, które stanowią
do dziś trzon taboru. Sieć trolejbusowa w St. Gallen składa się z bardzo długiej
linii 1 rozdwajającej się na obu końcach. Uzupełnia ją linia 3 i linia 5
jadące nieco w poprzek jedynki i krzyżujące się z nią w węźle przy
dworcu.
Poza trolejbusami St. Gallen dysponuje jeszcze dwoma kolejkami: Appenzellerbahn
i Trogenerbahn. Ta druga pełni rolę tramwaju podmiejskiego. W mieście jedzie
dwutorowym odcinkiem w jezdni, poza miastem po jednotorze wzdłuż szosy przez
piękne zielone pagórki do miasteczka Trogen. Po drodze roztaczają się boskie
widoki (bilet dobowy - 7.00fr = 18 zł).
Tak zleciał ostatni dzień w Szwajcarii. Wieczorem wyruszyliśmy w drogę
powrotną. W czasie przesiadki w Zurychu resztkę franków wydaliśmy na kebaba
i na wizytę w sklepie monopolowym, wokół którego koncentrowało się chyba
całe życie towarzyskie tego dość sennego miasta. Tuż przed północą
jeszcze przesiadka w Bazylei wykorzystana na ostatnie spojrzenie na piękne
szwajcarskie tramwaje.
O 23:24 wsiedliśmy w pociąg ICE jadący do Niemiec. Już prawie spaliśmy, gdy
żywo zainteresowali się nami niemieccy celnicy. Bardzo podejrzanie dla nich
wyglądały nasze paszporty. Oglądali je lupką, coś sobie pokazywali,
strasznie chcieli żeby były sfałszowane, ale im bardziej chcieli tym bardziej
one były autentyczne. W końcu po konsultacjach radiowych z centralą darowali
sobie dalsze procedury. Jeszcze tylko kontrolnie spytali co robiliśmy we Włoszech
i podziękowali żegnając się po polsku :-) Udaliśmy się na zasłużony
spoczynek.
|

Lucerna
NAW / Hess

Lucerna
NAW-Hess + L&M-Hess

Lucerna
MB O405N |

St.Gallen
Saurer / Hess

St.Gallen
NAW / Hess

St.Gallen
Saurer

St.Gallen
Trogenerbahn |
|
16.10 niedziela (Wuppertal)
Dusseldorf o 6:30 w niedzielę rano nie robi dobrego wrażenia. Wszędzie pełno
młodocianej hołoty wracającej z dyskotek. My jednak zatroskani coraz bliższym
powrotem do szarej rzeczywistości wsiadamy w S-bahn do Wuppertalu.
Wuppertalu miłośnikom komunikacji nie powinno się przedstawiać. Miasto jest
słynne ze swojej podwieszanej kolejki będącej kręgosłupem komunikacyjnym
miasta. Chociaż byłem tu już w 2001 roku to z wielką ochotą jeszcze raz tu
zajrzałem, przy okazji robiąc bogatszą dokumentację fotograficzną. Co
prawda na początku wystąpiły małe trudności logistyczne: rano w niedzielę
kolejka jeździła co 15 minut. Poza tym nie mieliśmy drobnych do automatu
biletowego, a na całym dworcu w żadnym punkcie nie chcieli rozmienić banknotu
- normalnie jak w Polsce - pierwszy raz z czymś takim się spotkałem na
Zachodzie - zawsze z uśmiechem na ustach rozmieniali. W ogóle samo miasto tym
razem wydało mi się jakieś takie podupadłe i zaniedbane, generalnie nie zasługujące
na taką atrakcją jak kolejka. A już szczytem wszystkiego był trolejbus do
Solingen odjeżdżający z końcowej stacji w Vohwinkel. Miałem nadzieję że
sfotografuję jakiegoś najnowszego VanHoola, ale się srogo zawiodłem. W
niedzielny poranek linia 683 kursuje co 60 minut! Nie dziwne zatem, że nie
widzieliśmy żadnego Ikarusa 417. Jeden Ikarus 405 stał gdzieś w jakimś
autokomisie :-(
Wuppertal należy do związku taryfowego miast Zagłębia Ruhry. W taryfie jest
tam taka ciekawa oferta - bilet dobowy za 7 euro. I tu rekord świata - może na
nim podróżować nawet 5 osób.
Ostatni punkt programu zaliczyliśmy, nadszedł czas powrotu. Wsiedliśmy w ICE
do Berlina, niestety mocno przepełnione - zostały nam miejsca w przedziale dla
hodowców raka płuc.
Godzinkę przesiadki w Berlinie wykorzystaliśmy na spotkanie z naszym wspaniałym
kolegą Czesiem rezydującym jeszcze wciąż na wysuniętej zachodniej placówce.
Dzięki niemu (pozdrowienia!) skonsumowaliśmy dobrego kebaba oraz - co najważniejsze
- odwiedziliśmy tani supermarket czynny w niedzielę popołudniu tuż obok
dworca ZOO (nie wierzyliśmy własnym oczom - świat się kończy!).
Wreszcie o 16:26 wyruszyliśmy pociągiem BWE do Warszawy (35.20e), gdzie szczęśliwie
dotarliśmy na 22:30. Po 16 dniach tułaczki trzeba było się znów przestawić
na utarte szlaki. Zwłaszcza ostatnie dni w przepięknej Szwajcarii nastroiły
nas bardzo pozytywnie, przez co jeszcze większy ból sprawiała myśl o
powrocie do pracy.
|

Wuppertal
Schwebebahn

Wuppertal
Schwebebahn

Wuppertal
Schwebebahn |

Wuppertal
Schwebebahn

Wuppertal
Schwebebahn

Wuppertal
Schwebebahn |