STRONA GŁÓWNA > Podróże PRZEGUBOWCA > WŁOCHY 2005

Zuppa Romana
czyli Włochy + Szwajcaria 2005

Warszawa - Berlin - Drezno - Bazylea - Mediolan - Turyn - Mediolan - Genua - Rzym - Mesyna - Catania - Palermo - Neapol - Rzym - Bolonia - Wenecja - Triest - Linz - Gmunden - Graz - Linz - Wiedeń - Liechtenstein - Zurych - Chur - Tirano - St. Moritz - Zurych - Lucerna - St. Gallen - Zurych - Bazylea - Wuppertal - Berlin - Warszawa

Jakoś nigdy mnie nie ciągnęło na Południe. Wyprawy do Hiszpanii i do Grecji specjalnie mnie nie wzruszyły. Za to wszyscy inni zachwycali się śródziemnomorskimi klimatami. Dlatego każdy miał już Włochy zjeżdżone wzdłuż i wszerz i nie bardzo się palił do powtórnej jazdy w tym kierunku. Zresztą nie widziałem w tym problemu, bo i ja bardziej zajęty byłem jeżdżeniem po Bałkanach, Skandynawii i byłym Sojuzie, gdzie ilość wrażeń była gwarantowana. Poza tym miałem lekkie wątpliwości czy we Włoszech bardziej nastawiać się na słynne zabytki czy też wykazać totalne dyletanctwo i skupić się wyłącznie na tramwajach - decyzja trudna toteż odwlekana w czasie.

Kiedy więc już praktycznie wszystkie kraje Europy (z wyjątkiem Mołdawii i Albanii ;-))) odwiedziłem, zostały tylko te nieszczęsne Włochy z kilkoma miastami komunikacyjnymi. Z kronikarskiego obowiązku trzeba było jechać. Swoje towarzystwo zaproponował jeden z dawnych redaktorów Przegubowca, Redaktor Figur. Co prawda był we Włoszech dwukrotnie, ale chętnie wybrał się tam ponownie, zwłaszcza że parę miejsc jeszcze chciał odwiedzić. Dodatkowo jednak zaproponował ponowną wizytę w Austrii, na co ja - na wypadek gdyby Włochy nie przypadły mi do gustu - zabezpieczyłem swoje wrażenia dorzucając do planu kilka dni w bajecznej Szwajcarii. Tak powstał plan wyprawy obejmujący 16 dni podróży koleją po Włoszech, Austrii, Szwajcarii i siłą rzeczy Niemczech.

1.10 sobota (Drezno)
Wyprawa rozpoczęła się w sobotę 1 października rano od porannego ekspresu do Berlina (135 zł). W BWE rozkładany był folderek w którym zamieszczono fotografie wykonane przez okno pociągu z zaznaczeniem o której godzinie BWE tam się znajduje. Faktycznie kilka miejsc rozpoznaliśmy o stosownych porach.
W Berlinie krótka przesiadka na EC do Drezna. Zaliczyłem jeden z ostatnich brakujących mi wyjazdów z Berlina - kierunek Elsterwerda, Drezno.
Gdy dojeżdżaliśmy do Drezna popsuła się pogoda. W mieście panował ten charakterystyczny leniwy klimat niemieckiego sobotniego popołudnia. Na ulicach totalne pustki. Trasy większości tramwajów zostały pozmieniane z powodu remontów na głównych ulicach. Na przystanku przed dworcem ubrane w żółte pelerynki spacerowały panie informatorki wyposażone w komplet broszurek informacyjnych. Jedna z nich ulitowała się nad nami, gdy odliczaliśmy drobne przy automacie biletowym. Doradziła nam żeby kupić "Bilet rodzinny" (4.50e) zamiast dwóch dobówek. Nazwa biletu jest bowiem myląca. Choć mogą na nim jechać dwie osoby dorosłe i piątka dzieci, to wbrew nazwie nie muszą być wcale spokrewnione. I co najważniejsze - dzieci do biletu nie są wymagane.
W Dreźnie nie mieliśmy zbyt dużo czasu, więc skupiliśmy się jedynie na ciekawych kolejkach linowych w Loschwitz po drugiej stronie Łaby. Dojechaliśmy tam linią 6 jadącą po zupełnie innej niż na planie trasie. W soboty i niedziele w ruchu są już tylko niskopodłogowce. Ze spisów z internetu wynika że skasowali też wszystkie doczepy do Tatr.
Po drugiej stronie Łaby, za mostem "Niebieskie Cudo" zaczynają się malownicze pagórki. Na nie to właśnie wspinają się dwie kolejki linowe. Jedna z nich jest o tyle ciekawa, że jest koleją podwieszaną, coś jak w Wuppertalu, ale na zasadzie kolei linowej. Druga to typowa kolej linowo-terenowa z mijanką po środku. Obie są bardzo krótkie, a przy tym bardzo drogie - bilet w dwie strony 4 euro w każdej - dobówki DVB nie są ważne. Mogę jednak odżałować te fundusze, nie tylko dlatego, że były one niczym przy późniejszych wydatkach, ale dla wiedzy jaką zdobyłem ze skromnej wystawy technicznej w holu górnej stacji kolejki linowo-terenowej. Otóż przy pomocy wyeksponowanego tam prawdziwego koła wagoniku i załączonego rysunku wreszcie po 30 latach życia w nieświadomości zrozumiałem jak to się dzieje że wagonik jadąc z górki trafia na mijance na właściwy tor. Sprawa jest banalnie prosta, ale nikt dotychczas nie potrafił mi tego wyjaśnić. Zainteresowanych odsyłam do Drezna :-)
Dalsza część eksploracji Drezna odbyła się już bez udziału światła słonecznego, za to przy wydatnym udziale deszczu, więc ograniczyła się jedynie do przejechania krótkiego acz bardzo krętego i ciasnego odcinka linii autobusowej 83, linii tramwajowej 10 do trójkąta Friedrichstadt i linii 1 z powrotem pod dworzec z przesiadką na Postplatz, gdzie mieliśmy okazję obejrzeć Ikarusa 280 przerobionego na punkt informacji.
Po skonsumowaniu wursta (2 e) i zakupie napojów na drogę zajęliśmy miejsce w pociągu CityNightLine relacji Drezno - Zurych. Kolejne 845 km podróży spędziliśmy pogrążeni we śnie przerywanym niestety przez chrapiących współpasażerów. Wagon z miejscami ni to siedzącymi, ni to leżącymi był jednak średnio wygodny. Niemniej pociąg ten jest idealnym nocnym połączeniem w tamte rejony, dlatego też wykorzystałem go już po raz trzeci w tym roku.


Drezno
NGT6DD

Drezno
Solaris U18>

Drezno
NGT12DD

Drezno
MB Citaro G

2.10 niedziela (Bazylea)
Kontrola paszportowa ograniczyła się do sprawdzenia paszportów w pociągu i pytaniae dokąd jedziemy. Odpowiedź że do Włoch ucieszyła szwajcarskich celników, bo zwolniła ich z zadawania dalszych pytań o cel podróży. Dojechaliśmy do Bazylei.
Pogoda nie napawała optymizmem. Zakupiliśmy dwie dobówki (jedną za euro, drugą za franki - 8 CHF / 20,40 zł) i zaczęliśmy objazd co ciekawszych miejsc tramwajowych Bazylei.
Trasy tramwajowe na starym mieście są ze wszech miar godne polecenia. Starówka jest bardzo malownicza, a uliczki wąskie. Przejechaliśmy też namiastką szybkiego tramwaju, czyli linią 14 do Pratteln oraz chyba najlepszymi liniami 15 i 16 jadącym na południe od dworca do Bruderholz, dzielnicy położonej na sporym wzniesieniu. Tramwaj wspinając się na nie pokonuje liczne serpentyny i strome podjazdy. Przejechaliśmy się też ostatnią linią trolejbusową 31 - kursują na niej śmieszne przegubowe Neoplany.
Bazylea ma sporą sieć tramwajową i kilka linii podmiejskich, także nie byliśmy w stanie wszystkiego zaliczyć w kilka godzin. Dodatkowo bardzo intrygujący jest tabor tramwajowy. Praktycznie każdy kurs oferuje pasażerowi niską podłogę. Odbywa się to jednak na różne sposoby. Najbardziej oczywistym są najnowsze wagony Combino. Ponadto w ruchu są kanciaste wagony Be4/6 z początku lat 90. z niskopodłogową wstawką w środku dodaną parę lat temu. Natomiast pozostałe wagony czyli helmuty GT6 i pojedyncze wagonyBe4/4 ciągną jedną lub dwie doczepki, z których jedna jest tak przebudowana że ma obniżoną podłogę pomiędzy osiami.
Bazylejską ciekawostką jest współdzielenie torów pomiędzy dwa przedsiębiorstwa tramwajowe. Firma miejska BVB ma tramwaje zielone. Po tych samych torach, na liniach 10 i 11 jeżdżą też tramwaje żółte z czerwonym paskiem przedsiębiorstwa BLT. Linie te wybiegają daleko poza granice miasta, a jeden z przystanków linii 10 - Leymen - znajduje się nawet na terytorium Francji. Zdecydowanie kolejna wizyta w Bazylei musi uwzględnić podmiejskie odcinki tych linii. Nie muszę chyba dodawać że w obrębie miasta obowiązuje jeden wspólny bilet na wszystkie środki transportu.
Czas w Bazylei szybko przeleciał i zajęliśmy miejsca w pociągu IC Bazylea-Mediolan. Przejazd słynną linią przez przełęcz św. Gotarda nie przyniosła spodziewanych wrażeń za sprawą fatalnej pogody. Na samej przełęczy nawet zaobserwowaliśmy zadymkę śnieżną. Po drugiej stronie Alp, we włoskim kantonie pogoda nie zmieniła się, a nawet pogorszyła, bo zaczął padać regularny deszcz.
O 18.35 przyjechaliśmy na dworzec Milano Centrale. Jego ogrom i monumentalny styl robią wrażenie. Podziwianie uroków miasta zostawiliśmy jednak na inny czas, bo teraz sprawą najwyższej wagi stało się szukanie hotelu. Sprawa się jednak skomplikowała za sprawą deszczu. Deszcz padał i padał. Co gorsza nie padał on tak jak to zwykł robić między Odrą a Bugiem. On po prostu walił ścianą wody przez długie kwadranse. Ulicą płynęły potoki, przejście kilku metrów powodowało totalne przemoczenie garderoby. Schowaliśmy się pod kolumnadą i oczekiwaliśmy poprawy aury. Przez najbliższe półtorej godziny deszcze siekł niemiłosiernie. W dodatku zerwał się porywisty wiatr, więc pogoda zaczynała przypominać tę z reklamy "Dog In The Fog". W Polsce z takiego opadu zapewne powstałaby powódź tysiąclecia. Czas uciekał, trzeba było działać. Rozłożyłem parasol i ruszyłem w poszukiwaniu hotelu z akceptowalną ceną. Hotele najbliższe dworca oscylowały wokół 100 e za dwójkę, dalej były po 80 e. Niezrażony szedłem dalej i trafiłem na 60-eurowy. W następnym kwartale ulic zaczynały się hotele w zwykłych mieszkaniach, ale cena już nie spadała, albo nie miały miejsc. Ustaliliśmy zatem, że kolejne trzy noce spędzimy w Hotelu Margherita (60 e za dwójkę, wc i prysznic na korytarzu, w pokoju tv). Cena trochę przewyższała planowaną, ale po pierwsze - to jednak był Mediolan, a nie Wólka Kosowska, po drugie - do dworca było 5 minut piechotą, więc odpadały wydatki na komunikację.
Z chwilą znalezienia hotelu deszcz momentalnie ustał.


Bazylea
Combino

Bazylea
Be4/4

Bazylea
Neoplan N6121

Bazylea
Combino

Bazylea
Be4/6

Bazylea
Be4/6

3.10 poniedziałek (Turyn)
Na ten dzień zaplanowaliśmy Turyn, odległy od Mediolanu raptem o 150 km. 
Pierwsze minuty w Turynie zeszły nam na poszukiwaniu po całym dworcu Porta Nuova punktu sprzedaży biletów. W każdym kiosku odsyłano nas w innym kierunku. W końcu po kolejnym okrążeniu gigantycznego dworca sami natknęliśmy się na punkt sprzedaży biletów. Zakupiliśmy bilety całodzienne (3e). Żadnych planów komunikacyjnych nie było, więc pozostało zakupić zwykły plan z zaznaczonymi przynajmniej liniami tramwajowymi (6e).
Turyn jest wielkim i gęsto zabudowanym miastem, w którym większość ulic krzyżuje się pod kątem prostym, niczym w Łodzi albo w Ameryce. W centrum ulice są bardzo wąskie i ciasne, ale po wielu z nich jeżdżą tramwaje. Efektem tego są różne dziwne kombinacje torowe umożliwiające tramwajom skręty w różnych kierunkach. Bardzo efektowne są skrzyżowania, na których zmiana kierunku tramwaju odbywa się po okręgu, natomiast kierunek na wprost tnie rondo po średnicy. Niesamowite są też zajezdni tramwajowe - zresztą jak w całych Włoszech pod tym względem charakterystyczne: cała zajezdnia mieści się w hali pod dachem. Wjazd odbywa się z ulicy prosto do budynku, gdzie tor rozgałęzia się na kilkanaście innych. W Turynie pod tym samym dachem garażują też autobusy. Na torach przed zajezdnią przy Corso Tortona odstawione były wagony wycofane - stały normalnie na ulicy, a między nie powciskały się parkujące samochody :-)
Większość tras tramwajowych w Turynie prowadzi w jezdni. Efektem tego są tramwaje stojące w korkach razem z samochodami. O jakichś priorytetach w sygnalizacji nie ma co nawet marzyć (w końcu to nie Niemcy ani Szwajcaria). Nie zauważyliśmy tego nawet na dwóch liniach niezbyt szybkiego "szybkiego tramwaju" (3 wschód-zachód ze specyficznym dwukierunkowym taborem oraz 4 północ-poludnie - na południowym odcinku obowiązuje ruch lewostronny w celu obsłużenia przystanków umieszczonych między torami). Ciekawa jest też używana okazjonalnie odnoga linii 3 prowadząca do Stadionu Alpejskiego schodząca rampą do tunelu, w którym znajduje się pętla Stadio. Inna ciekawostka to zajezdnia w Madonna di Campagna oddalona o jakieś 3 km od najbliższej linii tramwajowej - to efekt znacznych cięć w sieci tramwajowej poczynionych na przestrzeni lat. Część linii w centrum wycięto z racji budowy linii metra (planowane oddanie lada chwila, bo zimowe igrzyska tuż tuż). Kolejną ciekawostką w zabytkowym centrum są przejazdy tramwajów pod arkadami, zwłaszcza w rejonie dworca Porta Nuova i Piazza Vittorio Veneto.
W uzupełnieniu jeszcze parę słów o taborze: eksploatowane są stare zmodernizowane wagony dwuczłonowe (2800) z lat trzydziestych, nowsze dwukierunki dla linii 3 (7000) i jendokierunki niskopodłogowe z początku lat 90. (5000) oraz najnowsze niskopodłogowe dla linii 4 (6000) - dwukierunkowe. Autobusy to głównie niskopodłogowe Iveco CityClass krótkie i przegubowe oraz kilka okazów Scanii OmniCity i Van Hoola.
Przez 9h pobytu nie udało nam się zaliczyć całej sieci. Pozostały 4 linie, w tym najnowsza czwórka na osiedla na północy miasta. Część linii w ogóle nie jeździła - zastępowały ją autobusy, nie wiadomo czy na stałe czy chwilowo.
Po powrocie do Mediolanu (znowu ostro padało) dokonaliśmy czynu niecnego w postaci pójścia na kolację do McDonalda. Zachętą do tego występku była specjalna promocja - hamburger za 0.50 euro. Spałaszowaliśmy tylko po dwa, aby zmieścić jeszcze ciąg dalszy kolacji z napojami, którą zarządziliśmy już w hotelu. We włoskim MTV naszą uwagę przykuła nadawana późną nocą kreskówka dla dorosłych "La Avventurine di Pene e Vagina" :-) (więcej: http://www.mtv.it/tv/programmi/loveline/avventurePeneVagina.asp)


Turyn
Iveco 491.12 CityClass

Turyn
5023

Turyn
2807

Turyn
7005

4.10 wtorek (Mediolan)
Nigdzie nie jechaliśmy - wtorek przeznaczony został na Mediolan. Red. Figur już tu był więc pozostało mu do zaliczenia kilka linii. Ja nie byłem, więc chciałem pozaliczać wszystkiego po trochu. 
Zachciało nam się dłużej pospać tego dnia. Jak już się zwlekliśmy z wyrek i wyszliśmy na miasto (o dziwo świeciło słońce!) to wyczuliśmy że coś dziwnego wisi w powietrzu. Niektóre wejścia do metra, którymi wczoraj szliśmy dziś były zamknięte, kasa biletowa została zatrzaśnięta nam przed nosem, automaty biletowe nie działały. Wszystkie napotkane pojazdy miały na wyświetlaczach napisy FUORI SERVIZIO i udawały się bez pasażerów w sobie tylko znanym kierunku. Szybko dotarło do nas że "oni mają strajk". I choć strajk był dość cywilizowany bo od 9:00 do 13:00, niemniej pokrzyżowało nam to trochę śmiałe plany. Początkowo nie bardzo wiedzieliśmy co robić. Na szczęście był też drugi humanitarny aspekt strajku - na każdej linii pozostawiono przynajmniej po jednym wozie. Bilet dobowy udało się kupić w kiosku (we Włoszech nie warto szukać automatów biletowych - wszystkie bilety są z reguły do kupienia w kioskach), a na najbliższym przystanku złapaliśmy tramwaj jadący gdzie bądź, byle tylko gdzieś się nim przejechać. Pojechaliśmy na północne przedmieścia Niguarda obejrzeć punkt przesiadkowy na tramwaj podmiejski. Samego tramwaju podmiejskiego jednak nie widzieliśmy - też strajkował. Trasa tam i z powrotem zajęła nam 3 godziny, przy czym większość czasu stanowiło oczekiwanie na przesiadki. W dalszym etapie już w miarę przywracania komunikacji penetrowaliśmy północno-zachodnie dzielnice (m.in. rewelacyjna zajezdnia Messina), przenosząc się następnie w rejony południowe (najnowsza linia podmiejska do Rozzano), a na koniec zostawiając jakieś szemrane dzielnice południowo-wschodnie zamieszkane głównie przez ludność kolorową. Nie omieszkaliśmy również zajrzeć na Stare Miasto zobaczyć słynną Duomo (elewacja zasłonięta do remontu reklamą). Okazało się też że nie we wszystkich Makach jest hamburger po 50 centów.
Niestety z powodu strajku i dalszej obsuwy zabrakło czasu na kilka fajnych linii, na większe rozpoznanie trolejbusów i metra oraz SKM.
Wieczorem gdy planowaliśmy jakieś fajne nocne fotki starych tramwajów zaczął padać deszcz. Padać to jednak za mało powiedziane - jak przystało na Mediolan deszcz po prostu lał ścianą wody przez godzinę z okładem. Na pocieszenie został nam hamburger za 0.50e.
Parę słów o komunikacji w Milanie:
Tramwaje - niesamowicie rozbudowana sieć - trzy dni na zaliczenie to minimum. Większość tras w jezdni, przez co tramwaje tkwią w korkach. Z tych linii którymi jeździliśmy żadna nie była jakaś rzucająca na kolana. W pewnym momencie nawet miałem już dość, ale akurat przyszła kolej na podmiejską 15 do Rozzano, co mnie ożywiło. Podobnie jak w Turynie godne uwagi są zajezdnie oraz skomplikowane układy torowe. Niektórym może podobać się też tabor - prehistoryczne wagoniki 4-osiowe z lat końca lat dwudziestych. stanowią znaczną część taboru. Dla mnie to po prostu dowód na to jak bardzo zacofana jest komunikacja miejska we Włoszech. Co jak co, ale braku klimatu nie można im zarzucić - wewnątrz wszystko w drewnie, każda lampka ma swój szklany abażur. Brakuje tylko pałąków - wszystkie mają pantografy połówkowe. Poza zabytkami jeżdżą jeszcze 2- i 3-członowe przeguby oraz niewielka ilość niskopodłogowców dwóch typów (głównie na 9, 15 i 24).
Trolejbusy mają do spełnienia jedną ale szalenie ważną misję - jeżdżą po dużym okręgu wokół śródmieścia spinając wszystkie wybiegające z niego linie tramwajowe. Mimo zastosowania przegubowych Bred są bardzo zatłoczone (zresztą jak wszystko we Włoszech). 
Metro - linie M1 i M2 są tak pokręcone że trudno stwierdzić jakie łączą kierunki. Praktycznie w całości poprowadzone w tunelach. Jako ciekawostkę należy wspomnieć że część odcinków jest zasilana z trzeciej szyny, a część z sieci górnej. Więcej powiedzieć nie mogę, bo z powodu strajku zwiedzanie metra wypadło z programu. Za trzecią linię metra robi średnicówka kolei podmiejskiej łącząca dworce Porta Garibaldi i Porta Vittoria.


Mediolan
Iveco 2470.12

Mediolan
1976

Mediolan
4916

Mediolan
EuroTram

Mediolan
Sirio

5.10 środa (Genua)
Rano oczywiście pada. Nie ma to jak włoskie słońce. Opuszczamy Mediolan i Hotel Margherita. Jedziemy nad morze - tam musi być ładna pogoda.
Z Mediolanu do Genui jest 150 km. To za mało żeby pogoda się poprawiła. Pięknie położony śródziemnomorski port, rodzinne miasto Krzysztofa Kolumba przywitał nas deszczem i wiatrem. W dodatku okazało się że w ogóle nie jeżdżą trolejbusy. Pozostało nam do objechania metro i jedna z licznych kolejek linowych.
Lekkie metro zbudowano w 1990 na trasie liczącej 3 stacje i w ogóle oddalonej od centrum. Dopiero w ostatnich dwóch latach budowa nabrała tempa i kolejka dotarła do centrum - cóż że do ostatniej stacji dojeżdża się po jednym torze - planowane jest dalsze wydłużanie. 
Po metrze przyszedł czas na funicolari. Po stromych stokach Genui poruszają się dwie kolejki linowo-terenowe i jeden tramwaj zębaty. Oprócz tego w wielu miejscach funkcjonują zwyczajne windy którymi wjeżdża się do wyżej położonej dzielnicy. Przy wejściu do windy stoi kasownik. Oczywiście bilety dobowe (3e) są ważne we wszystkich środkach transportu zarówno poziomego, pionowego jak i ukośnego. Jedną z wind wjechaliśmy na taras ponad miasto. Prowadziły z niego wejścia na dach do pobliskich kamienic - jeszcze nigdy nie wchodziłem do budynku przez ostatnie piętro ;-) Przy górnej stacji windy pętlę miały linie mikrobusowe obsługiwane przez autobusy długości fiata punto. Podjechaliśmy jednym z nich do stacji kolejki linowej na Righi. Kolejka ta - funkcjonująca na klasycznej zasadzie Gubałówki - okazała się o tyle niezwykła, że jest bardzo długa i po drodze ma kilka przystanków. Przy górnej stacji położonej już w prawdziwych górach też jeździł knypkobus wbijający się bardziej na jakieś górskie ścieżki niż miejskie ulice. Dolny odcinek kolejki prowadzi w tunelu. Przystanki nie są rozłożone symetrycznie, więc w momencie gdy jeden wagonik staje na przystanku, drugi w tym czasie ma jałowy postój w środku tunelu. 
Jak wspomniałem samo miasto też jest bardzo ciekawe. Co za tym idzie niezwykłe są też linie autobusowe. Plan komunikacyjny przypomina kardiogram. Poza liniami wzdłuż nabrzeża wszystkie pozostałe zygzakami wspinają się na strome stoki. W centrum jest też kilka tuneli drogowych. Poznaliśmy też przyczynę zawieszenia trolejbusów. Główna ulica via Balbi została zamieniona na jednokierunkową i po poszerzeniu chodników nie zmieści już dwóch mijających się trolejbusów. Pocieszający jest jednak nius, który otrzymałem po powrocie, że Geuna zamówiła 17 przegubowych trolejbusów. Wygląda więc na to że otworzą nową linię w innym miejscu albo jakoś tę jedną reaktywują.
Do Genui na pewno się kiedyś wróci, choćby po to żeby przejechać się kolejką zębatą, na którą zabrakło czasu.
Trzeba było bowiem ruszyć na południe pociągiem InterCity do Rzymu. Podróż trwała ponad 5 godzin, a trasa nie była zbyt ciekawa. Wreszcie dotarliśmy do Rzymu, który w tym kierunku był dla nas tylko punktem przesiadkowym. Zostawiliśmy swoje bagaże na 48 godzin w przechowalni (14,60e!), aby bez obciążeń zrobić wypad na Sycylię i z powrotem. Do odjazdu pociągu do Syrakuz mieliśmy trochę czasu, więc oglądaliśmy wieczorny szczyt przewozowy na pętli autobusowej przy dworcu Termini, ze szczególnym uwzględnieniem Solarisów Trollino 18. Wieczorny głód zagnał nas do jednej z pizzerii gdzie zamówilismy wielki kawał pizzy z czymś co wyglądało jak ananas. Okazało się, że to były siekane gotowane ziemniaki (razem z piwem 9e). O 23:00 wyjechaliśmy nocnym pociągiem na Sycylię. 


Genua
Iveco 490.10 TurboCity

Genua
Iveco 316.8 Portesi

Genua
BredaBus 4001.12

Genua
Iveco 491.12 CityClass

Genua
Iveco 491.12 CityClass

6.10 czwartek (Sycylia)
Obudziłem się raniutko, bo coś nami rzucało i bardzo hałasowało. Pociąg powoli przejeżdżał jakieś rozjazdy. Pojawiła się tabliczka Messina Marittima. A więc już zjechaliśmy z promu i trzeba pomału się budzić. Nie minęło więcej czasu niż trwało czytanie tego zdania, jak za oknem pojawiła się następna tabliczka: Messina Centrale i pociąg stanął. W pośpiechu ewakuowaliśmy się na peron. Pogoda wreszcie była ładna. Po wyjściu przed dworzec naszym oczom ukazały się tory tramwajowe, a chwilę potem nawet nadjechał tramwaj. 
Tramwaje w Mesynie uruchomiono w 2003 roku po jakimś lekko przydługim okresie budowy. Trasa jedynej linii 28 wiedzie mniej więcej z północy na południe przy czym gdzieś po środku znajduje się dworzec kolejowy. Całość trasy stanowi wydzielone torowisko, część przystanków leży pomiędzy torami, wagony mają drzwi z obu stron. Na końcach linii nie ma pętli. Południowy kraniec robi wrażenie tymczasowego i składa się z jednego toru i drewnianego peronu. Przez cały dzień zwrotnicę przekłada jakiś cieć. Najokropniejsze w tym wszystkim są krótkie acz bardzo ciasne łuki przy każdym przystanku. Tramwaj musi w nie wchodzić z minimalną prędkością, a i tak nim niesamowicie rzuca. Ogólnie prędkość jest żałosna na całej trasie, co dodatkowo pogarsza wizerunek mesyńskiego tramwaju. Odniosłem wrażenie, że cała ta inwestycja była robiona lekko na siłę, bo od czasu jak tramwaj otwarto nikt kompletnie nie dba o przystanki ani torowisko. Bilet dobowy jest bardzo tani (1,55e). Co ciekawe miał strzałki, żeby go kasować z dwóch stron, czego nie zrobiłem, ale chyba nie trzeba było, bo spotkanym kanarom to nie przeszkadzało.
Z Mesyny udaliśmy się dalej na południe Sycylii. Linia kolejowa biegła początkowo pomiędzy morzem a górami - całkiem przyjemnie, chociaż już się takimi najeździłem. Przez moment widać było Etnę, ale sam wierzchołek wulkanu był już w chmurach.
Kolejne miasto - Catania - posiada jedną linię metra. Na dworcu kolejowym zajmuje ona jeden z peronów zlokalizowanych nad samym morzem. Na początkowym odcinku naziemnym linia jest jednotorowa. Po zejściu do tunelu robi się dwutorowa i zaczyna przypominać metro. Cała linia ma łącznie chyba 6 stacji i została wybudowana w 1999 roku. Linię obsługują dwie brygady. Zaliczanie metra zajęło raptem godzinkę, pozostały czas spędziliśmy obserwując autobusy i odkrywając skróconą wersję solówki Iveco CityClass.
Z Catanii lokalnym pociągiem przejechaliśmy przez centralą część wyspy do Palermo. Interior Sycylii wydał mi się totalnie pustą krainą. Pusty pociąg zatrzymywał się na pustych stacjach, wszędzie dookoła tylko bezkresne puste pagórki.
Na wieczór zajechaliśmy do Palermo. Czasu było w sam raz, żeby potrzaskać trochę zdjęć i nałazić się w poszukiwaniu supermercato. O 20.45 w komfortowej kuszetce wyruszyliśmy w drogę powrotną na włoski but - do Neapolu. I znowu przespałem przeprawę promową.


Mesyna
Fiat-Cityway

Catania
metro

Mesyna
Fiat-Cityway

Catania
FIAT 418AL / Menarini

Palermo
Iveco 490.18 TC

7.10 piątek (Neapol)
Wjazd pociągiem do Neapolu robi wrażenie. Obok dworca znajduje się dzielnica nowoczesnych drapaczy chmur. Na tym dobre wrażenie z Neapolu się kończy ;-)
Reszta miasta to jakiś totalny niekończący się slums, niesprzątany i nieremontowany od stuleci. Mogę śmiało stwierdzić, że wiele miast Rumunii i Bułgarii wygląda dużo schludniej. 
Za to szczytem wszystkiego jest ruch samochodowy. Tu nie obowiązują żadne prawa poza jedną zasadą: "klakson i przed siebie". Czerwone światło nie nakazuje zatrzymania, a jedynie zwrócenie uwagi czy poprzecznym kierunkiem nic akurat nie jedzie. Żadnego wpuszczania absolutnie nie ma, zero litości, nawet autobus autobusu nie wpuści, nikt nikomu nie ustąpi. Żadnego uprzywilejowania nie ma nawet karetka. Każdy samochód jest poobijany, blacharze raczej nie mają tu wiele pracy, bo nikt nawet nie stara się naprawiać, skoro jutro przy parkowaniu na kartkę papieru ktoś go znowu zarysuje albo utrąci migacz.
W tym całym bajzlu uchowały się jeszcze trzy linie tramwajowe i kilka trolejbusowych. Teoretycznie jeżdżą po wydzielonych pasach, ale to czysta teoria. Tramwaje jeżdżą aleją wzdłuż wybrzeża (linia 1) z odgałęzieniem do dworca (linie 4 i 29) obecnie już bardzo okrojonym. W dużej części pokrywają się z trolejbusami 254, 255 i 256, które obustronnie wyjeżdżają za miasto. Kiedyś sieć była znacznie większa, ale widocznie tramwaje przeszkadzały w tym całym mętliku. Tabor tramwajowy to jakieś przedwojenne strucle po modernizacjach a la MKT Łódź, czyli chamsko kanciaste oraz najnowsze trzyczłonowe niskopodłogowce w liczbie kilkunastu. Trolejbusy to solówki Breda - Solarisów jakoś nie zauważyliśmy.
Jest też metro - za jedną linię robi średnicówka kolejowa, po której jeżdżą też ekspresy Eurostar. W sumie takie metro to jest i Warszawie - zwyczajna chamska, brudna i śmierdząca średnicówka, ze starym parszywym taborem i słabymi prędkościami.
Druga linia zbudowana na początku lat 90. wjeżdżając w położone wyżej dzielnice wykonuje pod ziemią pętlę. Trwają prace nad jej przedłużeniem do dworca Centrale. 
System komunikacyjny uzupełniają kolejki linowo-terenowe jeżdżące w tunelach oraz podmiejskie pociągi Circumvesuviana.
Wizyta w Neapolu nie byłaby pełna gdyby nie Pizza Neapolitana w korzystnej cenie (1e).
W południe deszczowa pogoda dotarła i do Neapolu, więc ruszyliśmy w kierunku Rzymu.
Na miejscu w Rzymie już totalna ulewa. Niestety czekało nas szukanie noclegu. Po godzinie włóczenia się w deszczu po dzielnicy w której każda kamienica była hotelem mogliśmy wyróżnić dwa typy hoteli: tańsze z brakiem miejsc i droższe z wolnymi miejscami. Mieliśmy już dosyć tego deszczu i tego łażenia beznadziejnego. Uruchomiliśmy rezerwy finansowe i wzięliśmy pokój za 45e od łebka. A co! Raz się żyje. Rzym to nie Krym :-) Nie żałowaliśmy ani przez chwilę tej decyzji. Ale więcej o tym potem. Teraz tylko nadmienię, że nasz hotel odnajdywaliśmy po tym, że wejście znajdowało się na wysokości zwrotnicy wjazdowej na pętlę tramwajową przy Termini.
Resztę deszczowego dnia spędziliśmy na zaliczeniu w deszczu linii 5 i 14 jadących na wschodnie przedmieścia oraz na zakupach w supermercato. Zwiedzanie miasta zostawiliśmy na cały następny dzień licząc wreszcie na ładną pogodę.


Neapol
990

Neapol
Sirio 1114

Neapol
1022

Neapol
metro

Neapol
Ansaldo / Breda F19

8.10 sobota (Rzym)
Umiesz liczyć to licz na siebie. Na pogodę we Włoszech już nigdy nie będę liczył. Przedostatni dzień pobytu w Italii rozpoczął się mało słonecznie. Było zimno i pochmurno, ale nie padało. Jako że najbliższą z planowanych atrakcji była pętla przy dworcu Termini udaliśmy się właśnie tam. Rozpoczęliśmy dzień od zaliczenia jedynej, niedawno uruchomionej linii trolejbusowej 90. Na początkowym odcinku w śródmieściu trolejbusy (Solaris Trollino 18) jeżdżą przy pomocy napędu akumulatorowego. Po kilku przystankach od Termini pałąki idą w górę i dalej już ciągną prąd z sieci.
Z końcówki linii 90 wróciliśmy z przesiadkami do Watykanu. Niestety na dobre rozpadał się deszcz. Dlatego też z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych ogłosiliśmy protest przeciwko ósmemu dniu złej pogody i postanowiliśmy zbojkotować większość atrakcji turystycznych Rzymu koncentrując się jedynie na komunikacji miejskiej. Wyjątkiem oczywiście stała się Bazylika św. Piotra, do której dostaliśmy się po 45 minutach stania w kolejce na lejącym jak z cebra deszczu. Jak to dobrze, że mój towarzysz podróży pomyślał o czymś takim jak parasol.
Rzymska komunikacja miejska oferuje wielorakie atrakcje. Jak przystało na europejską metropolię funkcjonują tu praktycznie wszystkie środki transportu miejskiego: kolej państwowa, metro, kolejki podmiejskie, tramwaje, trolejbusy i autobusy.
Na tak duże miasto jak Rzym dwie linie metra to zdecydowanie za mało. Obydwie krzyżują się przy dworcu Termini. Pierwszą z nich, nazwaną przewrotnie Linea B, rozpoczęto budować w latach 60. Kursujące na niej wagony przedstawiają sobą obraz nędzy i rozpaczy głównie za sprawą bazgrołów, których od szeregu lat zapewne nikt nie próbował zmywać. Bazgroły pokrywają też i okna, dziwne że w ogóle są usuwane z szyb czołowych ;-)
Druga linia oznaczona literą A dojeżdża m.in. w pobliże Watykanu. Zapewne z tego też powodu kursują na niej nowsze wagony utrzymywane w większym porządku.
Uzupełnieniem metra są trzy podmiejskie kolejki elektryczne. Na każdej z nich kursuje nieco inny tabor począwszy od typowych ezt na linii do Lido po niewielkie staroświeckie wagoniki na wąskotorowej linii do Pantano Borghese. Wszystkie kolejki podmiejskie są jeszcze bardziej zaniedbane i usyfione niż Metro B.
Z dawnych rzymskich tramwajów pozostało już niewiele, raptem 6 linii. Kursują na nich 4 typy wagonów - 60-letnie przegubowce Stanga, kilkunastoletnie niskowejściowe przegubowce Socimi oraz dwa typy nowoczesnych niskopodłogowców FIAT. Trasy tramwajowe nie są zbyt ciekawe, może poza fragmentami przebiegającymi w pobliżu obiektów zabytkowych takich jak Koloseum, Bazylika Laterańska czy Porta Maggiore. Oczywiście o żadnych zielonych falach, wzbudzaniach itp. sprawach w ogóle nie ma mowy.
Na koniec autobusy - niepoliczalna ilość linii o numerach ze wszystkich setek. Dominują oczywiście Iveco CityClass, uzupełniają je inne włoskie marki BredaMeariniBus (krótkie i jedyne rzymskie przegubowce), Autodromo, stary typ Iveco (4-drzwiowa solówka). Najnowszym nabytkiem są Mercedesy Citaro. Po wąskich uliczkach Starego Miasta na liniach 116 i 117 plączą się malutkie busiki szerokości nieco większej od Fiata 126p. Wjeżdżają w takie zakamarki w które i rowerzysta miałby problem się zmieścić ;-)
Na dogłębne poznanie wszystkich atrakcji Rzymu nie starczyłoby i tygodnia. W jeden dzień, w dodatku od rana do nocy wzbogacony opadem ciągłym, udało się objechać linie tramwajowe, łyknąć trochę metra, wbrew pogodzie porobić trochę fotek, a do tego zwiedzić Bazylikę św. Piotra i rzucić okiem na Fontannę di Trevi, Panteon, Koloseum i Forum Romanum. Reszta i dokładniej innym razem (gdy już zaświeci dla nas słońce).
Nasze desperackie trwające do wieczora rzymskie wędrówki skończyły się przemoczeniem wszystkiego, a przede wszystkim nóg. Po powrocie do hotelu i zaaplikowaniu sobie środków antyprzeziębieniowych we wszelakich dostępnych postaciach przyszła pora na suszenie elementów garderoby. Włoskiego słońca za oknem jak na lekarstwo, bo godzina już niemłoda, więc za słońce posłużyła suszarka do włosów, w którą wyposażona była łazienka w pokoju (w końcu za coś te grube euro zapłaciliśmy!). Trzeba przyznać że łazienkowe słoneczko nawet dość efektywnie suszyło kurtki, koszule, skarpetki, a także przemoczone mapy, dokumenty i notatki. Trochę dłużej schodziło się z butami trzymającymi długo wilgoć. Buciki już traciły resztki wilgoci, gdy ktoś zaczął się dobijać do drzwi. Zakończyłem suszenie i otworzyłem drzwi. Za nimi stał barczysty turek - obsługa hotelu. Zaczął coś mamrotać, że w tym pokoju "something is still working". Wpuściłem go do środka, żeby udowodnić że się myli. Od razu wparował do łazienki, pomacał suszarkę, zorientował się że jest gorąca i że pracowała. Na szczęście zwrócił tylko uwagę, że jest późna pora i żeby nie hałasować, bo się sąsiedzi skarżą, na co oczywiście udaliśmy szalenie zdziwionych, że faktycznie to już parę minut po 22:00.
Nazajutrz, gdy wychodziliśmy z pokoju, zobaczyliśmy, że sąsiedzi, oprócz tego że kapusie, to jeszcze buraki, bo zostawili buty na korytarzu przed drzwiami. Przemknęło nam przez myśl żeby nalać do nich wody ;-)


Rzym
Metro - Linea B

Rzym
E: Roma-Ostia

Rzym
7035

Rzym
9018

Rzym
9101

Rzym
G: Roma-Pantano

Rzym
G: Roma-Pantano

Rzym
MB Citaro

Rzym
Solaris Trollino 18

Rzym
Solaris Trollino 18

9.10 niedziela (Wenecja, Triest)
Jeszcze przed wschodem słońca opuściliśmy Wieczne Miasto. Już wieczorem poprzedniego dnia na niebie zaświeciły gwiazdy. Po raz pierwszy od początku wyjazdu szykował się piękny dzień.
Ekspres Eurostar dowiózł nas do Bolonii. Po drodze częstowano kawą i ciasteczkami. W Bolonii wsiedliśmy w pośpieszny, którym dojechaliśmy do Wenecji.
Ponieważ jeszcze tego samego dnia za widoku mieliśmy znaleźć się w Trieście na Wenecję musiało starczyć 2 godziny. Mało! Z dworca Santa Lucia do Świętego Marka szliśmy 1,5 godziny, a 0,5 godziny wracaliśmy wielokrotnie gubiąc drogę ;-) Ale zdążyliśmy! 
Pogoda w Wenecji była wspaniała (nareszcie), miasto robi niesamowite wrażenie, przydałoby się nieco więcej czasu. Najbardziej szokujące jest to że zamiast ruchu samochodowego jest ruch łódkowy, a zamiast ulic - kanały. Niektóre są tak wąskie, że aż jednokierunkowe. Na niektórych skrzyżowaniach kanałów wiszą sygnalizacje świetlne. Struktura pływających łódek jest podobna jak pojazdów na ulicy: ciężarówki, tramwaje, radiowozy, karetki pogotowia i wozy straży pożarnej, osobówki zwykłe i podrasowane (umcy-umcy lecące ze stuningowanej łódki mnie zabiło!). Całe wrażenie nieco psuje ogromna rzesza turystów wypełniająca główne place i ulice miasta. Ale już nieco na uboczu jest zupełnie cicho i przyjemnie. Problem tylko taki, że po zejściu z głównego traktu traci się zupełnie orientację i z reguły wchodzi w chodnik kończący się ślepo nad brzegiem kanału :-/
Tramwaje wodne pływają głównie po Canale Grande oraz wokół laguny. Robią to powoli i niezbyt często, a w dodatku są okropnie zapełnione przez turystów, którym się nie chce drałować od dworca. Ich zaliczanie zostało odłożone na inny raz.
Popołudniu zajechaliśmy do Triestu na samiutkim końcu Włoch, już prawie w Słowenii. Zameldowaliśmy się w całkiem przyjemnym hotelu (25e, pokój z tv, bez łazienki, śniadanie wliczone), po czym udaliśmy się na Piazza Oberdan zaliczyć jedyną linię tramwajową 2 wspinającą się do Villa Opicina przy pomocy doczepianego wagonika linowego. Troszkę nam zrzedły miny jak na przystanku końcowym zobaczyliśmy midibusa Breda na linii 2 do Opiciny. Postanowiliśmy jednak wjechać na górę, obejrzeć nieco trasy i zajezdnię. W kiosku obok przystanku zakupiliśmy cieniutką monografię tramwaju na Opicinę (4e) oraz zasięgnęliśmy informacji, że tramwaj w ogóle nie jeździ z powodu "reparazzione".
Linia autobusowa za tramwaj była też niczego sobie. Autobusik choć niewielki miał w sobie niesamowitą moc i ostry wjazd na Opicinę nie był dla niego żadnym wysiłkiem. Po drodze roztaczały się bajeczne widoki na całe miasto i na Adriatyk. Po zjeździe z Opiciny powłóczyliśmy się jeszcze po mieście z lekką nadzieją na znalezienie sklepu spożywczego. Ale gdzież tam! Otwarte były oczywiście sklepy z ciuchami, perfumerie, sklepy z biżuterią. W niedzielę wieczorem mogliśmy nawet kupić sobie motorynkę albo laptopa. Ale za nic w świecie nie kupilibyśmy czegokolwiek do żarcia. Ot taka włoska specyfika, w sumie dość znamienna dla tej części świata. Skończyło się na jakimś fast-foodzie w dworcowym snack-barze. W dodatku nie mogliśmy tego zjeść na miejscu tylko w biegu na stojaka :-|
We włoskiej telewizji pokazywali Tuska, ale na przemian z Kaczyńskim. Trudno było wyczuć kto wygrał w I turze. Oświecili nas znajomi SMS-ami. Pozostawało jeszcze dwa tygodnie nadziei... :-P


Triest
407 404

Triest
BMB M240N

10.10 poniedziałek (Linz)
Triest także opuściliśmy przed świtem. W ogóle zabieraliśmy już manatki z Włoch. Czas było przystąpić do realizacji drugiej części planu: Austria + Szwajcaria. Dodatkowym optymizmem napawała poprawa pogody. Poranek był jeszcze zimny, przejazd przez góry do Austrii pośród mgieł, ale już w Villach zaświeciło słoneczko. Humory się poprawiły, zwłaszcza po kawie i tostach. Wreszcie znaleźliśmy się w jakimś normalniejszym kraju, w kręgu znanej i oswojonej kultury germańskiej, w którym na dodatek idzie się dogadać.
Na popołudnie planowaliśmy dotrzeć do Linzu. Wybraliśmy linię kolejową przez Bischofshofen. Daleko jednak nie ujechaliśmy, bo od stacji Spittal trzeba było jechać zastępczym autobusem. Nie narzekaliśmy na to jakoś specjalnie, bo cały pociąg wpakował się do dwóch pierwszych autokarów, a my i jedna zakonnica mieliśmy cały trzeci dla siebie. Zapewne dlatego, że tamte oznaczono żółtymi kartkami, a nasz tablicą kierunkową "Bischofshofen", a kierownik pociągu oznajmiał wcześniej, że do Bischofshofen jadą tylko te z żółtą kartką za szybą :-)
Trasa była bardzo malownicza, choć prowadziła głównie autostradą, przez dwa kilkunastokilometrowe tunele alpejskie. Widoków na lodowce jeszcze nie było, ale raczej na takie typowe alpejskie zielone łąki z pasącymi się krówkami, znane z kalendarzy i reklam czekolady (tej ze świstakiem).
Po krótkiej przesiadce w Bischofshofen i Salzburgu, gdzie kupowanie batoników w automacie (nareszcie automaty z batonikami! - we Włoszech nic takiego nie było, a jak było to nie działało) o mało nie spowodowało spóźnienia się na pociąg, dojechaliśmy do Linzu.
Dworzec w Linzu od ostatniego mojego pobytu w 2002 roku uległ gruntownej przebudowie. Tramwaje jeżdżą już tunelem pod dworcem, linia na powierzchni została właśnie usunięta. Ponadto od 3.09.05 wydłużona została linia tramwajowa 2 do nowego osiedla Solar-City.
Poza Cityrunnerami, które przez 3 lata doszły od 002 do numeru 021, nic nowego w taborze nie zauważyłem. W autobusach i trolejbusach nie ma już tych najstarszych Steyrów a la nasze volvo #7370.
W Linzu działa sporo niedrogich hoteli. Wybraliśmy Jugendgästehaus Linz 3 przystanki od dworca trolejbusem 46 (Stanglhofweg 3), cena 21,75e od osoby za pokój 2-os. z łazienką bez tv, śniadanie wliczone. Właściwie było to duże schronisko młodzieżowe, przebywali w nim akurat jacyś sportowcy i austriacki czerwony krzyż.


Linz
MAN NG312

Linz
Volvo 7000AT

Linz
GT10

Linz
Cityrunner

11.10 wtorek (Gmunden, Graz)
Cały dzień w podróży po Austrii. W planie na ten dzień były dwa miasta: Gmunden i Graz. 
Gmunden jest malutkim miasteczkiem położonym pięknie nad górskim jeziorem. Do tego posiada jedną krótką linię tramwajową łączącą dworzec z centrum.
Straszliwe bluzgi posypały się w eter, gdy przed dworcem w Gmunden zobaczyliśmy Neoplanika N4009 z napisem Schienenersatzverkehr. Na szczęście z ogłoszeń wynikało, że od połowy trasy tramwaje kursują normalnie. I tak w jedną stronę całą trasę przeszliśmy na piechotę robiąc po drodze fotki. Z powrotem wróciliśmy tramwajem z przesiadką na neoplanika (jeden przejazd 1,40e; dobówka 2e!). Nadmiar czasu spędziliśmy jedząc Wurst i podziwiając widoki nad jeziorem Traunsee.
Z Gmunden pojechaliśmy dalej na południe przez piękne alpejskie doliny do Grazu. Miasto było nam obu dobrze znane, zaliczyliśmy tylko kawałki sieci przez mnie wcześniej nie przejechane, porobiliśmy fotki na słynnym węźle Jakominiplatz oraz przy równie słynnym drzewie rosnącym na środku torowiska. Na ciekłokrystalicznych ekranikach zamontowanych wewnątrz tramwajów pomiędzy różnymi reklamami miejscowego MZK i informacjami o trasie pojawiały się krótkie filmiki z serii La Linea (Balum! Balum!).
Blisko 600-kilometrową rundę po Austrii zakończyliśmy z powrotem w Linzu o godz. 23:00. Do schroniska dojechaliśmy ostatnim trolejbusem.


Gmunden
10 8

Gmunden
8

Graz
GT6

Graz
Cityrunner

Gmunden
8

Gmunden
8

Graz
GT8NF

Graz
drzewo

12.10 środa (Wiedeń)
Pora żegnać Linz. Rano skorzystaliśmy z darmowego śniadania - nawet dało się najeść. O 8:31 wyjechaliśmy pociągiem do Wiednia. Choć w Wiedniu każdy z nas był nie raz uznaliśmy, że miło znowu powłóczyć się po tym wspaniałym mieście.
Zaraz po przyjeździe zakupiliśmy bilety na nocny pociąg do Bregencji. Na bilecie widniał ciekawy dopisek: "objazd z powodu powodzi, opóźniony przyjazd na stację końcową". Fakt, deszcz padał cały poprzedni tydzień. Generalnie nie było się czym przejmować - plan następnego dnia nie był zbyt napięty. Tymczasem ruszyliśmy w miasto.
Piękny słoneczny jesienny dzień w Wiedniu poświęciliśmy na niezobowiązujące zaliczenie kilku linii w południowej części miasta. W międzyczasie złożyliśmy wizytę w infopunkcie na Karlsplatz, gdzie dokonaliśmy zakupu kilku gadżetów, książek i modeli. Jadąc 21 do Praterkai obserwowaliśmy jak komunikacja miejska radzi sobie z tłumem kibiców jadących na mecz reprezentacji z Irlandią Północną. Nie zostały uruchomione żadne dodatkowe linie, a jedynie wydłużono z Praterstern do Stadionu linie O i 5. W rejonie stadionu bardzo zaawansowana jest już budowa przedłużenia metra U2. 
Po zapadnięciu zmroku mieliśmy jeszcze trochę czasu na przejechanie kilkoma liniami, m.in. 46 do Ottakring, gdzie naszym oczom ukazała się całkiem inna zajezdnia niż znana nam do tej pory z tego miejsca. Otóż na miejscu starej remizy wybudowano blok mieszkalny, na którego parterze mieści się nowoczesna zajezdnia tramwajowa :-)
O 22:20 z dworca Westbahnhof wyruszyliśmy pociągiem EuroNight, który przemierza całą Austrię wzdłuż. Rano po 700 km jazdy mieliśmy wysiąść w Feldkirch, skąd pociągami mieliśmy dostać się do Zurychu w Szwajcarii. Zgodnie z tym co widniało na bilecie pociąg miał się spóźnić, ale konduktorka bagatelizowała sprawę. Trudno mi było sobie jednak wyobrazić jaką drogą pojedziemy skoro - jak się zdążyłem zorientować - zamknięta była strategiczna linia Innsbruck - Bregenz.


Wiedeń
ULF-A

Wiedeń
ULF-A

13.10 czwartek (Zurych)
Rano obudziliśmy się na stacji w Lindau w Niemczech :-) A to niespodzianka! A więc jedziemy od drugiej strony. Jadąca do Bregencji laska z naszego przedziału zanim zrozumiała co jest grane zaczęła robić panikę, że nikt jej w porę nie obudził. Jak już zrozumiała to i tak siedziała obrażona i w ramach protestu nie tknęła śniadania.
Wysiedliśmy na stacji Feldkirch z godzinnym opóźnieniem. Niestety pociąg do Szwajcarii pojechał sobie już dawno, a następny miał być dopiero popołudniu. Nie uśmiechało się nam to specjalnie, zwłaszcza że od Szwajcarii dzielił nas już niewielki dystans. Wpadliśmy zatem na genialny pomysł, aby do Szwajcarii wjechać zwykłym autobusem :-) Istotnie pomiędzy Feldkirch w Austrii a Buchs w Szwajcarii jeździł co godzinę autobus linii 70. Właśnie za parę minut miał odjeżdżać najnowszy MAN NU313. A żeby było śmieszniej na swojej trasie przejeżdżał w poprzek Księstwa Lichtenstein (bilet 2.30e).
Trochę się niepokoiliśmy czy nie będzie jakichś scen na granicy szwajcarskiej - kolesie z wielkimi plecakami jadą do Szwajcarii w niewiadomym celu - mogło to budzić podejrzenia. Nasze troski były jednak zbyteczne. Autobus linii 70 przejechał przez przejście graniczne bus-pasem przez nikogo nie niepokojony :-) Rozbawiła nas ta udawana szczelność szwajcarskiej granicy. Najwięksi szpiedzy komunikacyjni przedarli się do Szwajcarii udając pasażerów miejskiego autobusu ;-)
W drodze do Buchs mijaliśmy jakieś peryferia Lichtensteinu. Co ciekawe na głównej linii kraju - nr 1 - jeżdżą przegubowe mercedesy.
Z Buchs pojechaliśmy pociągiem do Sargans, a stamtąd już prosto do Zurychu. Słońce świeci, piękna pogoda, widoki miodne. W oddali majaczą już alpejskie ośnieżone granie.
Noclegu w Zurychu obawialiśmy się ze względu na spodziewane astronomiczne ceny. Chociaż po Rzymie nic już nas nie ruszało w tej materii. Zaplanowany hostel miał akurat przerwę obiadową, na szczęście obok natknęliśmy się na tani hotel otwarty cały dzień, dysponujący pokojami w takich samych cenach (49fr/osobę = 125 zł) - do dyspozycji tylko dwa łóżka i umywalka, ale za to widok na tramwaje i rzekę.
Do końca dnia z nieukrywanym zachwytem jeździliśmy zuryską komunikacją. Nie zdążyliśmy zaliczyć trzech linii tramwajowych i żadnej z kolejek linowych (innym razem). Część linii objechaliśmy już po ciemku. Zuryska komunikacja zrobiła na nas wielkie wrażenie - czystość, niezawodność, doskonałość w każdym calu. Po prostu jak w szwajcarskim zegarku. Poza gęstą i mocno rozbudowaną siecią tramwajową coś co zwala na kolana to podjazdy na niektórych liniach, momentami wręcz niewiarygodnie strome - zwłaszcza na linii 6 do ZOO. Ponadto niezwykła jest też linia 7 i 9 poprowadzona częściowo w tunelu jak premetro - ze względu na perony wyspowe ruch odbywa się lewym torem.
Tabor tramwajowy jak to w Szwajcarii - raczej archaiczny, chociaż jest sporo wagonów z lat 90-tych, niektóre z niską wstawką. Trolejbusy to bardzo sympatyczne przegubowe Mercedesy O405GTD. Jeżdżą na kilku liniach m.in. na 33 która okrąża całe centrum. Zaliczając tramwaje widywaliśmy ją wielokrotnie, a czasem nawet z niej korzystaliśmy. W najbliższym czasie mają zakupić kilkanaście trolejbusów trzyczłonowych.
W centrum znajduje się pętla linii S18. Jest to właściwie osobna kolejka podmiejska - Forchbahn - korzystająca na terenie miasta z torów tramwajowych. Ma jednak zupełnie inny tabor - nowoczesne jednostki elektryczne. Integracja taryfowa jest tu całkowicie oczywista.
Oprócz tramwajów niesamowite wrażenie w Zurychu robi też inna infrastruktura komunikacyjna - m.in. bardzo gęsta sieć kolejowa, poprowadzona w wielu miejscach w tunelach oraz zuryski dworzec kolejowy - kombinat obsługujący ponad 600 pociągów dziennie.
W końcu późnym wieczorem zmęczenie wzięło górę i razem z ostatnimi tramwajami udaliśmy się i my na spoczynek. Nazajutrz czekał nas dzień pełen wrażeń.


Liechtenstein
MAN NU313

Zurych
Be4/6

Zurych
Cobra

Zurych
Forchbahn

Zurych
MB O405

Zurych
Be4/4

Zurych
Be4/8

Zurych
CargoTram

Zurych
MB O405GT

Zurych
MB O405 /NAW

14.10 piątek (Kolej Retycka)
Na tym dniu chyba zależało mi najbardziej. Tzn. przede wszystkim na dobrej pogodzie w tym dniu. W planach był bowiem przejazd wąskotorowymi Kolejami Retyckimi - ponoć najwspanialszą górską linią kolejową Europy.
Z Zurychu do Chur wyjechaliśmy o 6:12. O 7:58 dzwoniąc zębami z zimna wsiedliśmy do pociągu RhB jadącego do St. Moritz. Początkowo krajobrazy typowe dla alpejskich dolin. Pociąg jednak wspinał się coraz wyżej, w oddali już majaczyły białe szczyty Alp. Przed stacją Filisur pokonaliśmy słynny Landwasserviadukt most prowadzący do tunelu w skale. W Filisur przesiedliśmy się w Heidi-Express jadący z Davos do Tirano - najpiękniejszą linią Kolei Retyckich. Pociąg był prawie pusty - mieliśmy cały wagon dla siebie. I bardzo dobrze, bo zaraz za Filisur rozpoczął się cyrk. Nasz czerwony pociąg zaczął się wspinać po serpentynach w górę i w górę pod przełęcz Albula. Lataliśmy od okna do okna wyszukując w dole torów którymi parę chwil wcześniej jechaliśmy. Najwspanialsze były pętle jakie wykonywał, aby wspiąć się jeszcze wyżej. Wreszcie wjechał w długi tunel i można było na chwilę odetchnąć od wrażeń. 
Kolejne doznania przyszły wraz ze zbliżaniem się do przełęczy Bernina (2232m). Wjechaliśmy w kompletnie pusty alpejski wysokogórski krajobraz. Gdzieniegdzie przy torach leżał śnieg. Na wyciągnięcie ręki mieliśmy słynne alpejskie jęzory lodowcowe. Za Ospizio Bernina zaczął się szalony zjazd do Tirano. Serpentynom nie było końca. Daleko w dole wciąż majaczyła zielona dolina do której jeszcze długo długo zjeżdżaliśmy. Pod koniec trasy w Brusio pokonaliśmy słynną pętlicę na wiadukcie. Wreszcie o 12:20 znów znaleźliśmy się we Włoszech, w Tirano. Nawet nie wychodziliśmy z dworca, aby uniknąć kontroli granicznej, za to zaraz ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem mozolnie pod górę na przełęcz, znów piękne widoki na czterotysięczniki, wreszcie zajechaliśmy do słynnego kurortu St. Moritz. Godzinkę czasu poświęciliśmy na pamiątkowe fotki i zakupy w Coopie. Pozostał nam już do przejechania powrotny odcinek przez dolinę Engadin otoczoną szpiczastymi ośnieżonymi trzytysięcznikami oraz przez niedawno wybudowany 19-kilometrowy tunel łączący ten region z resztą kraju. Przez cały dzień mieliśmy fantastyczną pogodę, więc z rozdziawionymi gębami pochłanialiśmy wspaniałe szwajcarskie krajobrazy. Tego dnia nie było żadnej komunikacji miejskiej, ale zdecydowanie był to najwspanialszy dzień wyprawy.


Kolej Retycka


Kolej Retycka


Kolej Retycka

Kolej Retycka


Kolej Retycka


Kolej Retycka

15.10 sobota (Lucerna + St. Gallen)
Pomału czas kończyć wyprawę. Na razie jednak jesteśmy w boskiej Szwajcarii i do wieczora tak jeszcze pozostanie. Na ostatni dzień w raju zaplanowaliśmy Lucernę i St. Gallen. Spośród wielu trolejbusowych miast te wybraliśmy nieprzypadkowo.
Lucerna jest obok Lozanny ostatnim miastem w Szwajcarii eksploatującym przyczepy do trolejbusów. Są one niskopodłogowe. Zakupiono je pod koniec lat 90. gdyż nie opłacalne było kupowane nowych pojazdów niskopodłogowych, skoro stare trzymały się jeszcze dobrze. To jest właśnie coś fantastycznego co odróżnia Szwajcarów od Niemców. Niemcy gonią za nowościami, musza mieć zawsze nowe, bo nowe to lepsze. Szwajcarom szkoda pieniędzy na gadżety. Jeśli stare i nowe spełnia swoją funkcję równie dobrze, to po co tracić pieniądze na nowe błyskotki.
W Lucernie objechaliśmy większość linii trolejbusowych. Nie były one jakoś szczególnie poruszające, ale wszędzie biła po oczach sterylna czystość i doskonałość w każdym calu (bilet dobowy - 9.5fr = 24zł).
Z Lucerny udaliśmy się do miasta St. Gallen. Od kilkunastu lat marzyłem o tym żeby zobaczyć ojczyznę trolejbusów, które kilka lat jeździły po Warszawie. W 1992 r. zastąpiono je tutaj przegubowcami Hess, które stanowią do dziś trzon taboru. Sieć trolejbusowa w St. Gallen składa się z bardzo długiej linii 1 rozdwajającej się na obu końcach. Uzupełnia ją linia 3 i linia 5 jadące nieco w poprzek jedynki i krzyżujące się z nią w węźle przy dworcu. 
Poza trolejbusami St. Gallen dysponuje jeszcze dwoma kolejkami: Appenzellerbahn i Trogenerbahn. Ta druga pełni rolę tramwaju podmiejskiego. W mieście jedzie dwutorowym odcinkiem w jezdni, poza miastem po jednotorze wzdłuż szosy przez piękne zielone pagórki do miasteczka Trogen. Po drodze roztaczają się boskie widoki (bilet dobowy - 7.00fr = 18 zł).
Tak zleciał ostatni dzień w Szwajcarii. Wieczorem wyruszyliśmy w drogę powrotną. W czasie przesiadki w Zurychu resztkę franków wydaliśmy na kebaba i na wizytę w sklepie monopolowym, wokół którego koncentrowało się chyba całe życie towarzyskie tego dość sennego miasta. Tuż przed północą jeszcze przesiadka w Bazylei wykorzystana na ostatnie spojrzenie na piękne szwajcarskie tramwaje.
O 23:24 wsiedliśmy w pociąg ICE jadący do Niemiec. Już prawie spaliśmy, gdy żywo zainteresowali się nami niemieccy celnicy. Bardzo podejrzanie dla nich wyglądały nasze paszporty. Oglądali je lupką, coś sobie pokazywali, strasznie chcieli żeby były sfałszowane, ale im bardziej chcieli tym bardziej one były autentyczne. W końcu po konsultacjach radiowych z centralą darowali sobie dalsze procedury. Jeszcze tylko kontrolnie spytali co robiliśmy we Włoszech i podziękowali żegnając się po polsku :-) Udaliśmy się na zasłużony spoczynek.


Lucerna
NAW / Hess

Lucerna
NAW-Hess + L&M-Hess

Lucerna
MB O405N

St.Gallen
Saurer / Hess

St.Gallen
NAW / Hess

St.Gallen
Saurer

St.Gallen
Trogenerbahn

16.10 niedziela (Wuppertal)
Dusseldorf o 6:30 w niedzielę rano nie robi dobrego wrażenia. Wszędzie pełno młodocianej hołoty wracającej z dyskotek. My jednak zatroskani coraz bliższym powrotem do szarej rzeczywistości wsiadamy w S-bahn do Wuppertalu.
Wuppertalu miłośnikom komunikacji nie powinno się przedstawiać. Miasto jest słynne ze swojej podwieszanej kolejki będącej kręgosłupem komunikacyjnym miasta. Chociaż byłem tu już w 2001 roku to z wielką ochotą jeszcze raz tu zajrzałem, przy okazji robiąc bogatszą dokumentację fotograficzną. Co prawda na początku wystąpiły małe trudności logistyczne: rano w niedzielę kolejka jeździła co 15 minut. Poza tym nie mieliśmy drobnych do automatu biletowego, a na całym dworcu w żadnym punkcie nie chcieli rozmienić banknotu - normalnie jak w Polsce - pierwszy raz z czymś takim się spotkałem na Zachodzie - zawsze z uśmiechem na ustach rozmieniali. W ogóle samo miasto tym razem wydało mi się jakieś takie podupadłe i zaniedbane, generalnie nie zasługujące na taką atrakcją jak kolejka. A już szczytem wszystkiego był trolejbus do Solingen odjeżdżający z końcowej stacji w Vohwinkel. Miałem nadzieję że sfotografuję jakiegoś najnowszego VanHoola, ale się srogo zawiodłem. W niedzielny poranek linia 683 kursuje co 60 minut! Nie dziwne zatem, że nie widzieliśmy żadnego Ikarusa 417. Jeden Ikarus 405 stał gdzieś w jakimś autokomisie :-(
Wuppertal należy do związku taryfowego miast Zagłębia Ruhry. W taryfie jest tam taka ciekawa oferta - bilet dobowy za 7 euro. I tu rekord świata - może na nim podróżować nawet 5 osób. 
Ostatni punkt programu zaliczyliśmy, nadszedł czas powrotu. Wsiedliśmy w ICE do Berlina, niestety mocno przepełnione - zostały nam miejsca w przedziale dla hodowców raka płuc.
Godzinkę przesiadki w Berlinie wykorzystaliśmy na spotkanie z naszym wspaniałym kolegą Czesiem rezydującym jeszcze wciąż na wysuniętej zachodniej placówce. Dzięki niemu (pozdrowienia!) skonsumowaliśmy dobrego kebaba oraz - co najważniejsze - odwiedziliśmy tani supermarket czynny w niedzielę popołudniu tuż obok dworca ZOO (nie wierzyliśmy własnym oczom - świat się kończy!).
Wreszcie o 16:26 wyruszyliśmy pociągiem BWE do Warszawy (35.20e), gdzie szczęśliwie dotarliśmy na 22:30. Po 16 dniach tułaczki trzeba było się znów przestawić na utarte szlaki. Zwłaszcza ostatnie dni w przepięknej Szwajcarii nastroiły nas bardzo pozytywnie, przez co jeszcze większy ból sprawiała myśl o powrocie do pracy.


Wuppertal
Schwebebahn

Wuppertal
Schwebebahn

Wuppertal
Schwebebahn

Wuppertal
Schwebebahn

Wuppertal
Schwebebahn

Wuppertal
Schwebebahn

Podsumowując przebyliśmy ponad 10000 km, prawie wyłącznie koleją. W pierwszym tygodniu niemal bez przerwy padało, w drugim mieliśmy murowaną słoneczną pogodę. 
Włochy, tak jak myślałem, okazały się krajem nie do końca cywilizowanym, zwłaszcza w porównaniu z Niemcami czy Szwajcarią. Ponieważ włoskie zabytki nie były priorytetem na tej wyprawie (trzeba sobie coś zostawić do oglądania na emeryturze) trudno mi się wypowiadać o pięknie Włoch przez ten pryzmat. Chociaż muszę przyznać, że oglądane nawet mimowolnie starówki Rzymu, Genui czy Palermo mają swój niepowtarzalny klimat i urok, nie mówiąc o samej Wenecji. Z pewnością do Włoch się jeszcze przyjedzie, choć niezbyt prędko. 
Co innego Szwajcaria. Przez moment mi nawet przeszło przez myśl, że teraz to już tylko do Szwajcarii będę jeździł na wyprawy, bo tu jest tak pięknie i tyle do oglądania. I nadal twierdzę, że nie ma w tym zbyt wielkiej przesady. Tylko jak znaleźć na to fundusze? ;-)
No i końcowa refleksja - jak przystało na wyjazd w kierunku zachodnim brakowało trochę improwizacji i elementu zaskoczenia, czego doświadcza się każdorazowo przy wyjeździe na wschód. Tutaj wszystko jest przewidywalne i ułożone na swoim miejscu, dlatego próżno szukać różnych śmiesznych i niecodziennych scenek i obserwacji tak licznie poczynionych np. na tegorocznym wyjeździ do Turcji.


© PRZEGUBOWIEC 1998-2008