STRONA GŁÓWNA > Podróże PRZEGUBOWCA > ZAKAUKAZIE 2006

Zakaukazie 2006

Warszawa - Moskwa - Baku - Sumgait - Baku - Tbilisi - Gori - Rustavi - Tbilisi - Erywań - Tbilisi - Kutaisi - Cziatura - Kutaisi - Ozurgeti - Batumi

Ta wyprawa marzyła mi się odkąd na początku 2001 roku znalazłem w internecie fantastyczne zdjęcia i mrożące krew w żyłach opisy z wyprawy jakichś niemieckich miłośników komunikacji. Wydawała się jednak zupełnie nierealna, bowiem wciąż do zobaczenia pozostawało wiele ciekawych miejsc leżących dużo bliżej domu. Poza tym nie było śmiałka, który by podzielał mój zachwyt i był gotowy tam jechać. Musiało zatem minąć jeszcze parę lat, trzeba było na wyjazdach przekraczać kolejne granice, zjeździć Bałkany, dotrzeć wgłąb Turcji, by stwierdzić, że jest się gotowym sprostać kolejnemu wyzwaniu. Tym bardziej, że zgłosiła się druga równie szalona dusza gotowa szukać przygód na końcu świata.
Ostateczna decyzja o kierunku wyprawy i terminie zapadła na początku roku. Przygotowania do wyjazdu kolejno obejmowały 1) załatwienie wizy rosyjskiej turystycznej (120 zł), 2) zakup biletu lotniczego w biurze Aerofłotu na lot Moskwa-Baku (494 zł), 3) załatwienie w ambasadzie wizy tranzytowej do Azerbejdżanu (20 USD + 10 zł; ważna 3 dni od wjazdu), 4) zakup ubezpieczenia zdrowotnego wymaganego przez miłościwie panujące władze Białorusi (chyba równowartość 7 USD), 5) zakup nowego plecaka, bo stary już mógł tego nie przeżyć (odbyło się to kilka godzin przed wyjazdem). Osobną kwestią było ułożenie planu podróży, co początkowo wydawało się wręcz niewykonalne, z uwagi na brak w internecie jakichkolwiek informacji do tego przydatnych. Jednak dociekliwość się opłaciła i na podstawie różnorakich relacji innych podróżników, lektury rosyjskojęzycznych forów dyskusyjnych oraz wizyt na setkach stron udało się nawet zaplanować całkiem zgrabny plan gry. I co ważne - udało się go zrealizować. Dużą pomocą były dla nas bardzo precyzyjne opisy sieci trolejbusowych z załączonymi mapkami, opublikowane kilka lat temu w "Trolleybus Magazine", a nadesłane przez nieocenionego Aare Olandera. Ponadto cały czas z uwagą czytaliśmy wszystkie relacje innych podróżników, relacje z frontu, anglojęzyczne wydania prasy gruzińskiej. Konflikt energetyczny gruzińsko-rosyjski nie napawał optymizmem, ale wszystko się uspokoiło. Okazało się też, że wiele opinii o Gruzji jest przesadzonych albo nieaktualnych.
Trwająca 21 dni wyprawa składała się zasadniczo z dwóch odmiennych części, zarówno pod względem geograficznym, jak i pod względem samego charakteru podróży. Poniżej opisana część pierwsza licząca 11 dni obejmowała generalnie Zakaukazie, a więc trzy dawne republiki radzieckie leżące na południe od Kaukazu: Azerbejdżan, Gruzję i Armenię. W regionie tym pojęcie turystyki jest raczej nieznane, toteż ta cześć wyprawy nosiła cechy survivalu i na każdym kroku obfitowała w niezapomniane wrażenia. Druga część, 10-dniowa, była częścią odpoczynkową po wrażeniach z pierwszej części i obejmowała takie sympatyczne kraje jak Turcja, Bułgaria i Serbia+Czarnogóra.

29.04 sobota
O 10:43 z dworca Warszawa Wschodnia odjeżdżał pociąg relacji Warszawa - Moskwa. Tak rozpoczęła się najdłuższa wyprawa połączonych sił Przegubowca i fotogalerii TWB. Trwała 21 dni, liczyła 10850 km i obejmowała wizytę w 7 krajach.
Razem z nami w przedziale (bilet Warszawa - Moskwa = 275,12 zł) jechał starszy Rusek. Od razu zarządził rozkładanie łóżek, po czym bez zażenowania zaczął się przy nas przebierać w dres. W końcu rozłożył się na najniższym łóżku, na które jak twierdził specjalnie wykupił bilet, bowiem zdrowie nie pozwalało mu wgramolić się na wyższy poziom. Tym sposobem przedział od początku przestał nadawać się do użytku dziennego. Niedługą drogę do Terespola spędziliśmy na korytarzu zanurzeni w długich rozmowach, potem na obserwacji zmiany zestawów kołowych, przetaczaniu skład tam i nazad. Zaraz za mostem na Bugu odbyła się kontrola graniczna, w trakcie której musieliśmy wypełnić kartę imigracyjną (wpisuje się tam adres zamieszkania w Rosji, należy ją pod tym adresem podstemplować i oddać przy wyjeździe!) i kultową białoruską deklarację celną, do której wpisuje się m.in. sumę posiadanej waluty - wpisałem nawet 10 dinarów jugosławiańskich (ok. 0,50 zł) bo miałem - a także zaznacza się w odpowiednich polach ewentualny przewóz broni, narkotyków materiałów rozszczepialnych itp. :-) Paszporty oczywiście na kilkadziesiąt minut wędrują z oficerem białoruskiej służby granicznej do obskurnego budynku z powszechnej tu cegły silikatowej. Jacyś Polacy w wagonie jadący na długi weekend do Moskwy i zapewne uważający się z tego powodu za wielkich survivalowców mocno chrząkali, że stracili z oczu swoje paszporty i jak to niewiele wspólnego ma z poszanowaniem praw obywatelskich. No cóż, trza było do Paryża sobie pojechać za prawami ;-) Aha, w deklaracji celnej i karcie imigracyjnej wpisaliśmy cel podróży: Moskwa, tak dla uniknięcia ewentualnych trudnych pytań.
Kontrola paszportowa przeszła bez najmniejszych problemów, obowiązkowego ubezpieczenia nikt nie sprawdził, pociąg wtoczył się w perony stacji Briest. Natychmiast zaroiło się od handlarzy. Nie przypominam sobie z poprzednich wyjazdów by w narodzie białoruskim panowała taka miłość do handlu. Widać Aleksandr musiał ich mocno wycisnąć i naród goni za każdym rubelkiem. Ten motyw wyprawy, zresztą wielokrotnie później spotykany, nazwaliśmy "żywym hipermarketem", bowiem każdy z handlarzy chodzących po pociągu stanowił osobną "alejkę w hipermarkecie". Była alejka z pieczywem, ze słodyczami, z pirożkami, z cigaretami, z alkoholem (po 50-procentowym zejściu z pierwotnej ceny skusiliśmy się na Bałtikę - złotówki też przyjmują), w końcu przyszła też alejka z prasą, a na koniec - totalna rozwałka - alejka z książkami. Okazało się, że nasz Rusek, który notabene często kursuje tym pociągiem jest stałym klientem żywej księgarni. W dodatku żywa księgarnia okazała się być żywym empikiem, a może nawet chodzącym "Pegazem", bowiem przez dwie godziny, jakie zeszły na manewry po stacji i na wymianę kół na szerokie, żywy empik żywo dyskutował o książkach z naszym Ruskiem.
Poza "strefą wolnego handlu w pociągu" inną oznaką pozytywnych przemian społecznych na Białorusi jest mniejszy rygor przy wymianie kół. Jeszcze niedawno krzywo patrzono się na każdego, kto w tym czasie wychylał się przez otwarte okno. Teraz wymianę kół można do woli fotografować, a panowie dokręcający śrubki traktują pasażerów jak powietrze - po prostu robią swoje. Ponadto po hali kręcą się "alejki w supermarkecie" i dopóki wagon nie pójdzie na podnośnikach w górę, oferują pasażerom dobra wszelakie. Podejrzewam, że gdyby nie surowy reżim bhp (po hali kursuje suwnica wożąc ciężkie sprzęgi lub całe koła) nikomu by nie przeszkadzało gdyby pasażerowie sobie w tym czasie wychodzili z wagonów.
Zauważyliśmy, że aby wymiana wózków doszła do skutku trzeba odkręcić jedną strategiczną śrubkę. Znajduje się ona w podłodze w pierwszym przedziale. Na początku i na końcu operacji zawitał tam pan śrubkowy.
Zanim ruszyliśmy dalej z Brześcia zrobiło się późne popołudnie. Zalegliśmy więc i my na swoich wyrkach i przez okno podziwialiśmy depresyjnie jednostajny krajobraz Białorusi. Na chwilę zwlekliśmy się by obejrzeć przez okno Mińsk. Uderzyła nas jedna ciekawa rzecz: na ulicach praktycznie nie było zaparkowanych samochodów. Osiedla składały się z zupełnie pustych ulic. 

30.04 niedziela 
Moskwa
Kierownik wagonu zakomunikował z rana, że spóźnimy się ponad godzinę. Jakoś ciężko mi było w to uwierzyć, bo za oknem już pomału rozwijała się Moskwa i za chwilę przemknęliśmy nad 12-pasową obwodnicą Moskwy. Za oknem słońce, ale temperatura raczej niska i na drzewach brak liści.
Z Dworca Białoruskiego udaliśmy się metrem do hotelu. Stacja Izmajłowski Park została rok temu z okazji 60-lecia Pobiedy zmieniona na Partizanską - doskonały sposób na zdezorientowanie turystów jeżdżących na Izmajłowo do jedynych sensownych hoteli w tym mieście. Nasz hotel, załatwiany jeszcze w Warszawie, tani nie był (64 euro za dwójkę), ale za to oferował luksusy, jakich nie doświadczyliśmy przez następne 3 tygodnie oraz dodatkowo pyszny widok z 27 piętra na całą Moskwę.
Praktycznie cały dzień poświęciliśmy na wizytację kilku ciekawostek komunikacyjnych Moskwy. Za żelazne punkty przyjęliśmy monorail na Ostankinie i lekkie metro na Butowie.
Tak się składało, że Ostankino z Izmajłowem łączył tramwaj 11. Zaopatrzyliśmy się w komplet biletów (9 rubli / 1,08 zł za jeden). We wszystkich pojazdach jakie widzieliśmy zainstalowano turnikety. Wchodzi się tylko pierwszymi drzwiami, kasuje bilet w kasowniku, co umożliwia przejście przez bramkę wgłąb pojazdu. Trzeba przyznać, że społeczeństwo dość karnie się stosuje do tego rozwiązania. "Zajce", czyli po tutejszemu gapowicze trafiają się rzadko.
Jedenastka moskiewskim tempem długo się toczyła na Ostankino. Wyskoczyliśmy więc po drodze przy napotkanej pętelce autobusowej porobić kilka zdjęć m.in. nowych przegubowych LIAZów oraz odwiedzić sklep "Produkty" a następnie spożyć po Starym Mielniku. Moskwa nam bardzo przypadła do gustu jako miejsce, gdzie nikt nie poluje na ludzi spokojnie pijących piwo na ulicy.
Przy stacji metra WDNCh zrobiliśmy większą sesję zdjęciową z udziałem m.in. Ikarusów w pięknym biało-czerwono-białym malowaniu. Z uznaniem odnotowaliśmy pojawienie się w Moskwie toalet publicznych. Są to ustawione w rzędzie plastikowe toi-toje. Jedna z kabin pełni rolę pomieszczenia socjalnego dla obsługi. Cena wstępu 10 rubli (1,20 zł), ale wyraźnie zaznaczono, że nie obowiązują ustawowe ulgi.
Przyszedł czas zakosztować jazdy monorailem. W 2004 roku Siemens wybudował 6-kilometrową linię kolei magnetycznej. Znaczenie komunikacyjne teoretycznie jakieś jest, ale po podróży podniebną kolejką doszliśmy do wniosku, że jest to tylko drogie i bezsensowne świecidełko. Już na wstępie spotkało nas niemiłe zaskoczenie. Pani w kasie kilka razy musiała nam powtarzać cenę biletu, bo nie mogliśmy uwierzyć - 50 rubli (6 zł). Długie oczekiwanie na wagonik wykorzystaliśmy na kilka fotek (obsługa nie robi żadnego problemu). W końcu nadjechał pociąg. Uczynił to bardzo powoli i ostrożnie, a całą wieczność zajął mu moment pomiędzy zatrzymaniem i otwarciem drzwi. Trwa to chyba ze 3-4 sekundy, zupełnie nie wiadomo po co. Podróż monorailem była wielkim rozczarowaniem. Na prostych odcinkach kolejka rozpędzała góra do 50 km/h, a na zakrętach prawie przystawała. Każda stacja to flegmatyczna sekwencja zatrzymywania i otwierania drzwi. Podejrzewam, że autobusem na tej trasie jechalibyśmy dużo szybciej. Nie dziwne, że jeździ tym garstka ludzi i to chyba głównie na zasadzie ciekawostki.
Z końcowej stacji monoraila przemieściliśmy się metrem na przeciwległy koniec Moskwy. Maszyniści metra moskiewskiego, podobnie jak w Budapeszcie, wiedzą jaka jest prędkość maksymalna wagonów serii 81, bowiem osiągają ją praktycznie między wszystkimi stacjami. Inna rzecz, że w Moskwie są dużo większe odległości między stacjami i gdyby jechali warszawskim tempem to zamiast przejechać całą linię w godzinę, zajęłoby im to 3,5 godziny.
Na stacji Bulwar Dymitra Donskiego rozpoczyna się linia butowska, czyli lekkie metro. Zaraz za stacją wyjeżdża na estakadę i już na niej pozostaje do końcowej stacji na osiedlu Nowoje Butowo. Kursują na niej nowoczesne wagoniki produkcji Mytiszczi. Aktualnie w budowie są kolejne linie tego typu - wszystkie na zasadzie przedłużenia normalnych linii ciężkiego metra.
Z Butowa przy pomocy krótkiego LIAZa na linii 101 udaliśmy się z powrotem do stacji metra Jaseniewo. W autobusie jakiś podpity jegomość brał nas za Niemców i nawet coś próbował szprechać, ale nie chcąc kontynuować tradycji TPPR daliśmy mu do zrozumienia, że jesteśmy Czechami i nie rozumiemy w żadnym języku.
Kolejnym punktem programu była sesja zdjęciowa na Ustinskim moście z pałacem kultury w tle i tramwajem na pierwszym planie. Dotarliśmy tam korzystając m.in. z linii trolejbusowej B. Jest ona o tyle ciekawa, że jeździ w kółko po śródmiejskiej obwodnicy (Sadowoje kolco). Sęk w tym, że obwodnica ta wiele skrzyżowań pokonuje tunelami. Efekt jest taki, że na skrzyżowaniach z głównymi arteriami linia B nie ma przystanków. Toteż wykorzystanie trolejbusów na tej trasie do dużych nie należy. Tym bardziej, że na zbliżonej trasie jeździ równolegle okrężna linia metra - chyba najbardziej obciążona linia metra w Moskwie.
Z Ustinskiego mostu trafiliśmy na plac Czerwony, przystrojony odświętnie na jutrzejsze majowe święto. Na pobliskim placu Rewolucji odnotowałem brak jednego wielkiego budynku z reklamą Samsunga, który stał tu jeszcze 3 lata temu. Stawiają na jego miejscu coś nowego. Poza tym wszędzie wkoło trwało jedno wielkie garden-party. Zebrała się chyba cała śmietanka towarzyska Moskwy. No cóż, już poprzednia wizyta pokazała brak sensownych lokali w tym mieście - trzeba pić na ulicy. Wśród towarzystwa krążyły złotozębne żywe hipermarkety oferując przeróżne produkty z alejki alkoholowej. Ogólnie atmosfera fajna - jeden wielki zaimprowizowany pub pod chmurką.
Resztę jasnego dnia poświęciliśmy na przejażdżkę przegubowym Ziutkiem przez Kutuzowski Prospekt do Parku Pobiedy. Zupełnie jak w czasach ZSRR cztery bloki na Prospekcie Kalinina przystrojono wielkimi banerami - po jednym znaku na blok: 1-m-a-ja ;-) W ogóle dawna główna handlowa ulica Moskwy zamieniła się teraz w zagłębie kasyn.
Tyle jeżdżenia po Moskwie. Jeszcze tylko "Produkty" (wśród nich "Sibirskaja Korona") i wracamy na 27 piętro. Jutro początek wielkiej przygody. Trzeba się wyspać.


Moskwa
metro - linia L1

Moskwa
monorail

Moskwa
LiAZ-6212

Moskwa
LiAZ-5256

Moskwa
Ikarus 280.33

Moskwa
Ikarus 280.33

Moskwa
Ikarus 280.33

Moskwa
Ikarus 415.33

Moskwa
MAZ-103

Moskwa
Trolza-5256

Moskwa
WMZ-5298

Moskwa
KTM-8M

Moskwa
Tatra T3

Moskwa
KTM-19

1.05 poniedziałek
Baku
O 10:30 wylatywał samolot do Baku. Trzeba było odpowiednio wcześnie zagęścić ruchy i dostać się na lotnisko Szeremietiewo-2 leżące na drugim końcu Moskwy. Metro, którym jechaliśmy, dojechało tylko do stacji Sokoł. Na szczęście był to tylko jeden z kursów skróconych i następnym pociągiem dojechaliśmy do końcowej stacji Riecznoj Wokzał, gdzie wskoczyliśmy w ruszający właśnie autobus 851 na lotnisko. Był to Ikarus 280 z 11. zajezdni, a więc na gaz. Po drodze wsiadła kontrola biletów. Na szczęście nie wymagała biletów na bagaż, co w Warszawie było kiedyś podstawową działalnością kanarów w autobusach jeżdżących na lotnisko. Wynaleźli jednak faceta, który co prawda miał bilet (inaczej by nie wsiadł), ale coś z nim było nie tak. Kazali mu wysiąść na przystanku w szczerym polu. Mieliśmy nadzieję, że nie był to pilot naszego samolotu ;-)
Po objechaniu całego lotniska od drugiej strony zajechaliśmy pod terminal. Rozpoczęliśmy procedurę odprawy. Po kolei zaliczaliśmy poszczególne etapy: rentgen bagażu, odprawa biletowa i przydział miejsc (panią niewiadomo czemu zainteresowało czy mamy wizy gruzińskie, choć przecież lecieliśmy do Azerbejdżanu), pożegnanie z dużym plecakiem, który odjechał taśmociągiem do luku bagażowego, kontrola paszportowa, w trakcie której okazało się że federalne służby graniczne mają u siebie w komputerze moje zdjęcie i wszystko o mnie wiedzą (przeszła bez problemów, zabrano tylko kartę imigracyjną podstemplowaną dzień wcześniej w hotelu), i wreszcie szczegółowa kontrola wykrywaczem metalu - tu trzeba było nawet zdjąć buty, a i tak wykrywacz zapiszczał zdradzając, że w kieszeni w spodniach mam jakiś rubelki. Potem już tylko oczekiwanie na krzesełkach i wreszcie wejście przez rękaw do samolotu niczym do rakiety kosmicznej. Chociaż pierwszy raz leciałem samolotem to jednak nie czułem strachu, za to wszystko mnie ekscytowało. Najmocniej się zdziwiłem, gdy zobaczyłem jak ciasne jest wnętrze samolotu (to był Tu-154). Naoglądał się człowiek różnych filmów amerykańskich to się spodziewał przestrzeni. Tymczasem szczytem wszystkiego były siedzonka zwane szumnie fotelami, na których ledwo się mieściłem. Czułem się jakbym jechał marszrutką, a nie leciał samolotem. Na szczęście to tylko 3 godziny.
Samolot zaczął kołować po płycie lotniska, w końcu ustawił się na początku pasa startowego, włączył pełną moc i wyrwał do przodu z ogromnym przyspieszeniem, w pewnym momencie odrywając się od ziemi i unosząc się pod dużym kątem w górę. Zatoczyliśmy koło nad przedmieściami Moskwy i polecieliśmy w świat. Gdzieś tam w dole majaczyły jakieś pola, drogi, zupełnie jakbym Google Earth przeglądał. Po godzinie już mieliśmy pod sobą tylko chmury. Przyniesiono jakiś beznadziejny poczęstunek. Po dwóch godzinach między chmurami było widać Morze Kaspijskie, nad którym dłuższy czas lecieliśmy. W końcu stewardessa zapowiedziała, że będziemy lądować i nasza maszyna zaczęła stopniowo tracić na wysokości. Wlecieliśmy nad Półwysep Apszeroński, po czym znad niego wylecieliśmy i zatoczyliśmy koło, by od południa wylądować na lotnisku im. Gajdara Alijewa. Lądowanie odbyło się wręcz niezauważalnie. Rękawem wyszliśmy do terminala. Odprawa paszportowa odbyła się bezproblemowo, po chwili mieliśmy już nasze bagaże. Pora wykonać pierwszy ruch na dalekiej obcej ziemi.
Podobno w Azerbejdżanie w ubiegłym roku odbyła się jakaś śmieszna denominacja. Jej ideą była wymiana na 1 nowy pieniądz 5000 starych. Tymczasem wszyscy nadal się posługiwali starymi manatami - cieżko się było zorientować co ile kosztuje. W każdym razie za 60 USD dostaliśmy w kantorze 268800 jednostek miejscowej waluty.
Jakieś mądre porady wyszukane w internecie twierdziły, że na lotnisko dojeżdża z Baku autobus nr 16. Spodziewaliśmy się w najgorszym razie jakiejś marszrutki. Po wyjściu z betonowego terminala zobaczyliśmy tylko pustynię, wielki parking i dziki tłum taksówkarzy, z których każdy natychmiast zapragnął zawieźć nas w dowolne miejsce w Azerbejdżanie. Naszą uwagę, że nie skorzystamy skwitowali śmiechem i pytaniem czy pójdziemy na piechotę (z lotniska do Baku jest ca. 25 km). Postanowiliśmy zastosować procedurę przetargową. Tak z 10 dolców zeszliśmy do 6 USD (19,80 zł) za podwiezienie do miasta i to prosto do jakiegoś sensownego hotelu. Zwycięzca przetargu swojej propozycji mało nie przypłacił zdrowiem, bowiem reszta szoferów zbulwersowała się jego dumpingową ceną i wybuchła karczemna awantura.
Z lotniska do hotelu jechaliśmy ok. pół godziny. Za oknem początkowo pustynia niczym na obrazkach telewizyjnych z Iraku. Potem długo jakieś tandetne przedmieścia, budki, warsztaciki, fabryczki. Drogi w bardzo dobrym stanie, ale ruch samochodowy iście szatański. Każdy gna przed siebie na oślep, nikt nie trzyma się żadnych pasów, ani nie patrzy na światła. Po drodze mijaliśmy sporo marszrutek, ale żadnego autobusu (poza jednym dalekobieżnym Ikarusem 256 z wielkim bagażem umieszczonym na dachu). W końcu wjechaliśmy w śródmieście i podjechaliśmy pod hotel. 
Jeszcze po drodze szofer dzwonił po znajomych hotelach i ustalał ceny. Najpierw chciał nas wieźć do jakiegoś hotelu dla kierowców ciężarówek, ale nie mógł się z nim skontaktować, więc przez komórkę zabukował dwójkę w Hotelu Azerbejdżan. Gdy wysiedliśmy z taksówki poszedł z nami na 4. piętro, załatwił wszystko u etażnej, po czym zaprowadzono nas do pokoju. Pokój był spory, z widokiem na Pałac Prezydencki i trochę na morze. Był telewizor i łazienka (z zimną wodą). Generalnie czasy świetności hotel ten miał za sobą jakieś 10 lat temu - widać, że wtedy przeprowadzono gruntowny remont, ale od tamtej pory nikt nic nie dotknął, nawet zepsutej klamki czy cieknącego kranu. Taki luksus kosztował 100 tys. manatów (73 zł) od łepka - zgodnie z założeniami. Zaskoczył nas za to nasz szofer. Po wręczeniu mu 6 USD oznajmił rozczarowany, że to bardzo mało i że 6 dolków to miało być od łepka. W sumie powinniśmy go w tym momencie olać, ale skoro tak mocno zaangażował się w zagospodarowanie nam pierwszych trudnych chwil w Azerbejdżanie i bezpieczne dowiezienie dosłownie do łóżek to już machnęliśmy ręką. Na wszelki wypadek wzięliśmy od niego telefon, gdyby nam przyszło do głowy pojeździć cały dzień taksą (40 USD za 8 godzin), ale w końcu nie skorzystaliśmy. A nuż by się okazało że to od łepka.
Szefowa piętra (a może i całego hotelu, bowiem w kilkunastopiętrowym gmachu miejsca noclegowe zajmowały obecnie chyba z jedno lub dwa piętra) posłała łóżka i zaznaczyła, że w każdej chwili może nam dostarczyć herbatę, kawę lub... masaż. Tego ostatniego woleliśmy nie próbować. Za to hotelowa herbata lub kawa potwierdziła nazajutrz rano, że Azerowie i Turkowie to jedna rodzina - złupiono nas za kawę na 5000 manatów (3,65zł).
Jak już trochę ochłonęliśmy, obejrzeliśmy w tv azerskie "Najsłabsze ogniwo", ruszyliśmy na miasto. Na Baku i pobliski Sumgait plan przewidywał 1,5 dnia. Na pierwszy ogień wzięliśmy więc Baku.

Półtoramilionowa stolica Azerbejdżanu w czasach ZSRR mogła się pochwalić dwoma liniami metra, kilkunastoma liniami tramwajowymi i ponad trzydziestką linii trolejbusowych. Rozpad imperium zaowocował cywilizacyjnym krokiem wstecz znajdującym swoje odbicie także w komunikacji miejskiej. Niedofinansowane, pozostawione na pastwę losu i kąsanie busikowej konkurencji tramwaje i trolejbusy z roku na rok oddawały walkowerem kolejne linie. Ostatnie tramwaje zlikwidowano na początku 2004 roku, więc pozostało nam jedynie poszukać jakichś ich pozostałości. Na osłodę miała jeździć jeszcze jedna linia trolejbusowa, ale nie było to takie pewne. Ponoć miała to być linia 10. W miejscu linii 10 niestety nie ujrzeliśmy ani kawałka druta. Obawiając się najgorszego postanowiliśmy poszukać trolejbusów w innych rejonach miasta. Wejścia do metra pilnowali znudzeni milicjanci i rewidowali podejrzanych (bakijskie metro było miejscem kilku spektakularnych zamachów bombowych). My byliśmy bardzo podejrzani, dlatego panowie dokładnie przeszukali plecaki. To jak bardzo byliśmy podejrzani potwierdzał fakt, że wszyscy wkoło się na nas gapili. Byliśmy sensacją stacji, a potem sensacją wagonu. Pasażerowie przestawali rozmawiać ze sobą, przestawali czytać, przy wyjściu wpadali na siebie, bowiem nie mogli oderwać od nas wzroku. Pośród morza identycznie uczesanych i ogolonych śniadych osobników odzianych w identyczne czarne skóry, identyczne czarne spodnie i identyczne czarne mokasyny z długimi noskami zobaczyli dwóch wysokich kolesi w jaskrawokolorowych koszulkach, w okularach, obciętych na krótko. Normalnie kosmici w Baku! Trzeba przyznać, że czuliśmy się dość nieswojo. Co gorsza takie niezdrowe zainteresowanie nami towrzyszyło nam praktycznie aż do wyjazdu z Gruzji i niełatwo nam było się do tego przyzwyczaić. Padła nawet propozycja, żeby stanąć na ulicy niczym okazy cyrkowe i pobierać za to kasę - niestety zakaukaskie społeczeństwa do bogatych nie należą, więc zarobek nie byłby satysfakcjonujący zapewne.
Podjechaliśmy metrem do stacji 28 Mai przy dworcu spodziewając się jakiegoś węzła komunikacyjnego. Baku to bardzo dziwne miasto - nie znaleźliśmy w nim żadnego centrum. Przy dworcu nie było nic poza wałęsającymi się bez celu kolesi w czarnych skórach, uważnie się nam przyglądającymi. W Polsce takie zainteresowanie odczytalibyśmy jednoznacznie: "Podoba mi się twój aparat fotograficzny" lub "Chcę pożyczyć od ciebie komórkę". I chociaż tutaj pewnie należało to odczytywać: "Na Allaha, co to za pajace" to jednak czerwona lampka w głowie wciąż się zapalała i czuliśmy się nieswojo.
Nie znajdując śladów jakiejkolwiek komunikacji poza marszrutkami ruszyliśmy szukać pozostałości linii tramwajowej. Niestety nie znaleźliśmy kompletnie nic. Tam gdzie jeszcze dwa lata temu jeździł tramwaj jest obecnie zwykła ulica z normalnym równym asfaltem. Za to poczyniliśmy obserwacje natury architektonicznej. Zgodnie z moją teorią liczba zabudowanych balkonów w blokach, jak i wałęsających się psów na ulicach jest wyznacznikiem ubóstwa danego miejsca. I tak w Niemczech nikt balkonu nie zabudowuje, w Polsce, a przynajmniej w Warszawie jest to rzadkość. W Rumunii i Rosji jednak robi się to powszechne, ale przy użyciu różnych szybek. To co robią z balkonami na Zakaukaziu kazało mi dodać jeszcze jedną kategorię do mojej skali - zabudowa balkonów "czym się da", przy czym szkła jest w tym najmniej albo wcale. Najczęściej jest to jakaś pordzewiała blacha ze śmietnika, dykta, deski, folia albo parę cegieł. Większa część Baku składa się z sowieckich bloków. I każdy z nich upstrzony jest takimi wytworami pomysłowości. Dodatkowo wiele bloków obwieszonych jest na zewnątrz dziesiątkami gumowych rur oraz setkami kabli i innych instalacji, których miejsce normalnie jest wewnątrz. Rury te łączą się z innymi rurami idącymi np. wzdłuż chodnika. Ciekawe co się stało z normalną instalacją skoro powstały takie prowizorki ;-) Ten ogromny nie do opisania slums, w jakim się znaleźliśmy wprowadzał dodatkowy niepokój, bowiem w naszej środkowoeuropejskiej świadomości w takich warunkach mieszka co najwyżej margines społeczny.
W poszukiwaniu zaginionego świata dotarliśmy do parku, w którym funkcjonowała kolejka dziecięca (czynna, choć tego dnia akurat nie jeździła). Lekko zmęczeni bezcelowym łażeniem zasiedliśmy w McDonaldzie. Klientelę stanowili tu głównie osobnicy w czarnych skórach. Co chwila któryś z nich przyjeżdżał lub odjeżdżał luksusową bryką, obowiązkowo z piskiem opon. Nawet pod okienko McDrive trzeba było podjechać z fasonem. Zapewne McDonald w tym sralniku to najbardziej topowy lokal.
Obok Maka rozciągał się wielki wygon - Gandżlik, czyli plac Młodości. Po jednej stronie znajdowało się wejście na ogromny stadion. Po drugiej stał jakiś wysoki dom, ale kompletnie zrujnowany, w jakimś wiecznym remoncie. Tak mnie zaintrygował i tak mu się długo przypatrywałem z oddali, aż w końcu u jego podnóża dostrzegłem jakieś druty, a sekundę potem nawet pałąki trolejbusowe. Hurra! Jest trolejbus!
Ostatnia linia trolejbusowa w Baku miała jednak numer 16. Prowadziła od placu Gandżlik do 7-8 Mikrorajonu. Wsiedliśmy w pierwszy wóz jaki podjechał. Była to Skoda 14Tr. W środku zastaliśmy obraz nędzy i rozpaczy. Porozwalane siedzenia, czasem same stelaże, dziurawa podłoga, niesprawne drzwi, popękane szyby, a wszystko pokryte makabryczną warstwą kurzu i brudu. Kierowca coś tam zamamrotał, że jedzie tylko do jakiegoś punktu. Na trasie trolejbus musiał co chwila walczyć z innymi użytkownikami drogi. Z racji swoich gabarytów stał na straconej pozycji względem marszrutek. W dodatku każdy zaparkowany przy chodniku pojazd wymuszał na nim ostrożne oddalanie się od poprowadzonej bezmyślnie przy samym krawężniku sieci trakcyjnej. W końcu na którymś przystanku kierowca oznajmił, że to już właśnie koniec i wszyscy wysiedli. Znaleźliśmy się na jeszcze bardziej makabrycznym osiedlu. Kierowca przełożył patyki na sąsiednie druty powyginane niemiłosiernie i powiązane na supełki, po czym zjechał swoim truchłem za bramę do zajezdni, a my zostaliśmy na skrzyżowaniu ulic stanowiącym jednocześnie bazarek z mięsem, klub dyskusyjny i miejsce do wałęsania się bez celu (ulubiona czynność Azerów). Oczywiście staliśmy się atrakcją numer 1, zwłaszcza jak wyciągnęliśmy aparaty w celu uwiecznienia nadciągającego z przeciwka trolejbusu. Czym prędzej więc ruszyliśmy pieszo na dalszą eksplorację sieci trolejbusowej. Przeszliśmy jeszcze kilka przystanków pośród tych zmurszałych rozpadających się bloków, porobiliśmy kilka fotek, po czym wsiedliśmy w trolejbus powrotny na Gandżlik. W kabinie u kierowcy siedział "kolega kierowcy" - standardy PKS Grodzisk Maz. w tym rejonie świata są powszechne, ale i uzasadnione - pomaga kierowcy inkasować za przejazd. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że w tym rejonie świata za przejazd płaci się przy wysiadaniu i zapłaciliśmy od razu. Na koledze kierowcy zrobiliśmy takie szokujące wrażenie, że całą drogę miał odwróconą głowę prawie o 180 stopni, żeby nam się przypatrywać.
Z Gandżlika po uprzedniej kontroli plecaków (wiadomo przecież, że terroryzm to domena białej rasy ;-) pojechaliśmy metrem na dworzec zakupić bilety. Oczywiście znów byliśmy atrakcją wieczoru w metrze. Co najmniej połowa Baku miała co opowiadać przy kolacji. Na dworcu zakupiliśmy na następny dzień bilety na nocny pociąg do Tbilisi (65 000 manatów / 47,50 zł). Mając już dosyć odstawiania show udaliśmy się do hotelu, zaliczając po drodze nabrzeże Morza Kaspijskiego, pełnego kaspijskiej ropy. Aby się tam dostać musieliśmy pokonać Bulwar Nafciarzy - sześciopasmową arterię pełną pędzących na zabicie i trąbiących samochodów i marszrutek, obudowaną jak większość azerskich ulic półmetrowej wysokości krawężnikami i pozbawioną w dużej części pokryw studzienek.


Baku
RWZ-6

Baku
PAZ-3205

Baku
Skoda 14Tr

Baku
Skoda 14Tr

Baku
Skoda 14Tr

Baku
Skoda 14Tr

Baku
Skoda 14Tr

Baku
Skoda 14Tr

Baku
Skoda 14Tr

Baku
Skoda 14Tr

Baku
Hyundai

2.05 wtorek
Sumgait + Baku
Pociąg do Tbilisi odjeżdżał o 20:25. Do tego czasu mieliśmy jeszcze czas na Azerbejdżan. W Baku nie za bardzo było co robić, pozostały jeszcze trzy inne miasta szczycące się ponoć sieciami trolejbusowymi w postaci jednej linii każde. Giandżę i Mingeczaur od razu wykreśliliśmy jako leżące za daleko. Pozostał oddalony o 30 km na północ Sumgait. Za czasów ZSRR był to największy ośrodek przemysłowy Azerbejdżanu gromadzący w jednym miejscu przenajróżniejsze rafinerie, huty, zakłady chemiczne i inne tego typu industrialne atrakcje, co powodowało że miasto to było jednym z najbardziej zatrutych w Sojuzie. 15 lat temu trucie się skończyło - wszystkie fabryki upadły. Została kilkusettysięczna metropolia bezrobotnych. W 2004 roku zlikwidowano jedyną linię tramwajową. Pozostała jedna linia trolejbusowa, dla której tam pojechaliśmy.
Do Sumgaitu najlepiej się dostać marszrutką odjeżdżającą ze stacji metra 20 Janwar (20 Stycznia). Problemem okazało się dostanie do tej stacji. Zgodnie z posiadanymi schematami metro bakijskie składa się z dwóch linii krzyżujących się przy dworcu (28 Mai). Dojechaliśmy więc do 28 Maja i przesiedliśmy się na drugą linię. Trochę nas zdziwiło że pociąg odjechał w tę samą stronę z której przyjechał. Jeszcze bardziej byliśmy zaskoczeni, gdy po dojechaniu do następnej stacji i krótkim postoju zmienił kierunek i wrócił na 28 Maja. Okazało się, że wsiedliśmy do jeżdżącego na odcinku 28 Mai - Hataj wahadła. To gdzie w takim razie jest linia do 20 Stycznia? Wyszliśmy na powierzchnię i zeszliśmy innym wejściem, ale znów byliśmy na 28 Maja. Zaczęliśmy wypytywać milicjantów sprawdzających plecaki - okazali się bardzo mili i skierowali nas na peron 28 Maja, na który przyjechaliśmy. Nic nie rozumieliśmy. Na peronie inny milicjant pokazał nam, z którego toru jechać. Okazało się, że na 28 Maja (właściwie to stacja na tej linii nazywa się Dżafar Dżabbarli) główna linia się rozgałęzia i pociągi z jednego toru odjeżdżają na przemian do Baki Soveti i do Memar Adżemi przez 20 Stycznia.
Przy stacji 20 Stycznia ogromne rondo. Zaraz przy wyjściu z metra dziesiątki marszrutek. Od razu trafiamy na starego gazowego PAZ-a jadącego do Sumgaitu (1000 manatów / 0,75zł). Śmierdzącym jak zapalniczka wehikułem pędzimy wzorowo utrzymaną dwupasmówką znów przez jakieś tandetne domki i warsztaciki. W końcu wysiadamy w centrum Sumgaitu.
Na pierwszy rzut oka centrum miasta prezentuje się w miarę - dużo zieleni i same bloki. Wszędzie widzimy zdemontowaną sieć trolejbusową. Niestety zaczyna mnie boleć noga w stopie, przez co spada mi nastrój. Nie pomagają nawet różowe tabletki zaordynowane przez panią magister w azerskiej aptece. W tym stanie nie uśmiecha mi się łażenie po mieście szukając trolejbusu. Pytamy taksiarza czy jeżdżą jeszcze trolejbusy. Twierdzi że jeden lub dwa jeszcze jeżdżą, więc każemy się zawieźć do zajezdni. Wiezie nas szerokimi ulicami pośród nędznych bloków, aż w końcu skręca między jakieś garaże i naszym oczom ukazuje się plac z kilkunastoma Ziutkami. W zajezdni też nie ma sieci, więc wygląda na to, że już nie jeżdżą. Mówimy że chcemy porobić zdjęcia. Zawołał jakichś cieci - nie robili przeszkód. Obfotografowaliśmy wszystkie Ziutki, łącznie z tymi wrakami co stały na cegłach. Ciecie poinformowali nas, że trolejbusy nie jeżdżą od 1 stycznia 2006 i że w tym roku byli tu nawet jacyś kolesie z Anglii i też robili zdjęcia.
Po odwiedzinach w zajezdni wróciliśmy do centrum, uregulowaliśmy rachunki z taksiarzem (5000 manatów / 7,30 zł) i wsiedliśmy do marszrutki jadącej do Baku. Tym razem był to Ford Transit jadący kursem przyspieszonym, a więc opłata była droższa (1500 manatów / 1,10 zł), a do tego busik musiał zostać wypełniony do ostatniego miejsca. Zajęte były nawet dodatkowe rozkładane miejsca w korytarzyku. Nie muszę chyba pisać, że jechaliśmy niczym kartofle na targ. Dobrze, że pędził na złamanie karku i w Baku byliśmy po półgodzinie.
Postanowiliśmy odwiedzić pobliski dworzec autobusów dalekobieżnych w nadziei na fotkę Ikarusa 256 z dobytkiem na dachu. Trochę pobłądziliśmy zanim tam dotarliśmy, ale nie znaleźliśmy nic godnego uwagi. Rozbudziły nam za to wyobraźnię relacje niektórych autobusów np. Baku - Moskwa albo Baku - Jekaterynburg - 3 dni w Ikarusie 256, to musi być dopiero przeżycie :-)
Mając nadwyżkę czasu postanowiliśmy jeszcze raz popodniecać się jedyną linią trolejbusową. Nie pożałowaliśmy. Zaraz po wyjechaniu z pętli Gandżlik trolejbus stanął. Przed nim stały trzy inne Skody. Wyglądało to na jakąś awarię. Zagajeni kierowcy oznajmili że "Toka niet". Wyglądało na to, że słynne przerwy w ruchu trolejbusów wywołane kryzysem energetycznym są nie tylko gruzińską specjalnością. Kierowcy zaprosili nas do środka na pogawędkę i przez godzinkę pogadaliśmy sobie o komunikacji w Baku i wymieniliśmy doświadczenia. Z rozrzewnieniem wspominali czasy, gdy po Baku jeździły 32 linie trolejbusowe. Pytali podejrzliwie czy my nie żurnalisty i tłumaczyli zawiłości finansowania komunikacji w Baku (dla nas i tak to nie ma prawa funkcjonować). Okazało się też, że jeden z kierowców służył w Armii Radzieckiej w Magdeburgu w NRD. Wspominał jak dobrze się handlowało z Niemcami ;-) Zachęceni przez kierowców udaliśmy się następnie zwiedzić zajezdnię, gdzie wczoraj zjechał nasz trolejbus. Uznaliśmy, że skoro i tak już jesteśmy na ustach całego Baku, to co nam zaszkodzi zlądować jeszcze w trolejbusnym parku. Po kolei więc szokowaliśmy swoją obecnością ciecia na bramie, zbyt przyjaznego nawalonego mechanika, panią kierowcę szykującą się do wyjazdu, aż w końcu samego pana naczelnika, po którego natychmiast zadzwoniono i który po kwadransie przyjechał udzielić zgody na fotografowanie. A w zajezdni było co focić. Z niegdysiejszej liczby 300 trolejbusów obecnie sprawnych jest 8. Kilka innych stoi oszabrowanych w zajezdni. Z naczelnikiem zajezdni też ucięliśmy pogawędkę. Co dziwne on sam nie był w stanie orzec jak długo jeszcze pojeździ ostatni trolejbus. Wspominał coś, że w Gandży już trolejbusy nie jeżdżą. Oczywiście pytał się jak wygląda komunikacja trolejbusowa w Polsce. Żeby było im miło mówiliśmy, że też mamy Skody 14Tr. Podziękowaliśmy grzecznie zastanawiając się na co liczył naczelnik przybywając na nasze powitanie. Może myślał, że delegacja z Europy przywiozła walizki pieniędzy na nowy tabor? ;-)
Okazało się, że toka niet, bo naprawiano kawałek sieci. Pojechaliśmy więc z jednym z zapoznanych kierowców do pętli i z powrotem (gratis ;-)). Następnie udaliśmy się w poszukiwaniu zajezdni tramwajowej, o której kierowcy mówili, że stoją tam jeszcze tramwaje. Gdzieś w podwórkach pomiędzy odnowioną synagogą, a budową 15-pietrowego bloku odnaleźliśmy halę zajezdni. Wszystkie tory wokół były wyrwane, część terenu zajmowały już nowe wysokie bloki, których pełno się w Baku buduje. Niestety zajezdnia była zamknięta na cztery spusty, a tramwaje mogliśmy sobie pooglądać przez szpary we wrotach. Nikt w okolicy niestety nie posiadał klucza. Pozostało nam jedynie sfotografowanie wagonu RVZ stojącego przed halą na trawie jako zabytek.
Agonia bakijskiej komunikacji nieco nas przygnębiła, więc zrobiliśmy zakupy i spożyliśmy je na czymś co kiedyś było przystankiem. Odkryliśmy, że tylko na linii 106 jeździ coś większego niż marszrutki - czasami pojawiał się Mercedes O305, ewentualnie jakiś Hyundai. W końcu złapaliśmy taksę i wróciliśmy do hotelu po bagaże. Potem drugą taksą pojechaliśmy na dworzec. Po drodze zobaczyliśmy jak się jeździ w korku w Baku, bowiem na czas przejazdu prezydenta część ulic została zamknięta.
Pociąg Baku - Tbilisi już stał. Ledwo stanęliśmy w drzwiach naszego przedziału już usłyszeliśmy wesołe "Zachoditie, riebiata". W środku siedziało i ucztowało trzech Gruzinów. W toku dalszych niekończących się rozmów dowiedzieliśmy się, że jeżdżenie na handel z Gruzji do Azerbejdżanu to jedyne co trzyma ich przy życiu, że wbrew naszym informacjom w Gruzji już normalnie jest prąd, że w Tbilisi jest całkiem bezpiecznie i działają nocne kluby, że Gruzini lubią Ruskich tak samo jak wszystkich innych (nie wierzę). Ponadto otrzymaliśmy dokładne instrukcje co trzeba zobaczyć w Tbilisi i jakich innych miejsc w Gruzji nie wolno ominąć. Jeden z nich - gość w moim wieku - pochwalił się zdjęciami swojego licznego potomstwa, z którego najstarsze dziecię miało już 11 lat (ojoj! co ja przez tyle czasu robiłem!). Poczęstowali nas też swoimi specjałami, czyli głównie lokalną kiełbasą. Absolutnie niezastąpieni okazali się przy wypełnianiu gruzińskich deklaracji celnych napisanych w tym ich śmiesznym alfabecie. Dobrze, że chociaż można było je wypełnić cyrylicą. 


Sumgait
ZIU-9

Sumgait
ZIU-9

Sumgait
ZIU-9

Sumgait
ZIU-9

Sumgait
ZIU-9

Sumgait
ZIU-9

Sumgait
PAZ-672

3.05 środa
Tbilisi
Na granicy w Gardabani pociąg stał prawie 3 godziny, z czego tylko godzina była planowa. Nie wiadomo po co i w jakim celu. Gruzini twierdzili, że z Azerbejdżanu idzie wielki przemyt narkotyków i pociąg jest centymetr po centymetrze rewidowany. Nasze plecaki też musieliśmy otworzyć i okazać z grubsza ich zawartość. Przedłużający się postój mnie dobijał. Ból nogi nie minął, więc do Gruzji wjeżdżałem w nienajlepszym nastroju. Za oknem pochmurno, jakiś pusty wygon pełen dziur i kałuż, w oddali jakieś bloki, jakby niedokończone. W czasie przedłużającego się postoju Gruzini skombinowali wielką butlę piwa Kazbegi, którą szybko obaliliśmy.
W końcu ruszyliśmy. Od granicy do Tbilisi daleko nie jest. Po drodze mijaliśmy miasto Rustawi, do którego nazajutrz mieliśmy wpaść na trolejbusy. Zamknięta od 10 lat olbrzymia huta nie straszyła tak bardzo, jak okoliczne bloki. To miasto samych 10-piętrowych bloków wyrastające ze szczerego stepu jeszcze nazajutrz zrobi na nas piorunujące wrażenie.
Wjeżdżamy do Tbilisi. Za oknem mijamy zdewastowane bloki, totalny śmietnik, widać jakieś Ziutki. Stajemy na dworcu Tbilisi Uzłowaja. Wielka nowoczesna hala dworcowa świeci pustkami i zionie brakującymi szybami. Tuż obok odbywa się wielki handel. Główna stacja w Tbilisi jest niewiele lepsza. Kiedyś była bardzo nowoczesna, teraz to kloaka gorsza niż Warszawa Centralna. Ogromny betonowy budynek stacyjny zajmują obecnie uchodźcy z Abchazji. Z okien zwisają sznurki, na których suszą się gacie.
Tbilisi to bardzo specyficzne miasto. Położone jest w głębokiej dolinie, przez co ciągnie się na długości ok. 30 km. W dolinie idzie linia kolejowa, główne ulice i metro. Od głównej doliny odgałęziają się w bok mniejsze dolinki. W jednej z nich leży dzielnica Saburtalo, w której mieliśmy się zakwaterować u znalezionej w internecie rodziny przyjmującej na kwaterę turystów (a raczej podróżników, bo turyści tu nie zaglądają). Niniejszym przekazuję kontakt naszym następcom: vadim53[małpa]gol.ge. Szalenie mili ludzie: przenocują, nakarmią, pogadają, dokładnie poinstruują co zwiedzić w mieście - a wszystko za 15 euro za noc. Jak ktoś się wybiera do Tbilisi niech koniecznie wybierze ten wariant noclegu, bowiem z wszystkich ex-sowieckich gigantycznych hoteli typu Iweria czy Adżaria wysiedlono uchodźców z Abchazji i sprzedano je zachodnim sieciom typu Radisson, które przystąpiły do ich kapitalnego remontu, wobec czego nie należy się spodziewać, aby kogokolwiek normalnego było stać w przyszłości na skorzystanie z ich oferty.
Przesłany nam mailem adres brzmiał następująco: Tbilisi, the First Lvov lane, the house 7. Wynikało z tego że chodzi o ulicę Pierwszą Lwowską i na taką kazaliśmy się zawieźć taksówkarzowi.
Pilotowani jeszcze przez przyjaciół z przedziału ograniczyliśmy działalność na dworcu do wymiany waluty (1 dolar = 1,82 lari) i udaliśmy się do taksówki. Gruzini zanim czule się z nami pożegnali dogadali się jeszcze z właścicielem wiekowego Żiguli, że ma nas zawieźć pod wskazany adres za 5 lari (9 zł), bo jak nie to oni go znajdą i będzie żałował ;-) Wpakowaliśmy plecaki do bagażnika i ruszyliśmy przez miasto. Tutaj też panował dziki chaos na ulicach. Wymuszanie pierwszeństwa i zmiana pasa bez sygnalizacji na nikim nie robiły wrażenia. Wiele samochodów nie miało zderzaków. Wśród licznych aut sprowadzonych z zachodu widzieliśmy też jakiegoś fiata z kierownicą po prawej stronie ;-) Pierwszą rzeczą, która od razu nam się w Tbilisi spodobała było coś czego nie mieli w Baku - prawdziwe autobusy. Po ulicach śmigały piękne żółte holenderskie DAFy. Na linii 87 jeździły nawet przegubowce. Gdzieś tam bokami nieśmiało sunęły Ziutki i Skody 14Tr.
Po kilkunastu minutach z niewielką pomocą przechodniów zajechaliśmy na Lwowską. Uliczka była całkiem sympatyczna, małe domki i wille, niczym na Saskiej Kępie. Wyglądało zachęcająco. Niczego teraz tak nie pragnąłem jak odetchnąć, coś przegryźć i porozczulać się nad swoją bolącą nogą. Niestety nie zapowiadało się to prędko - szczęka mi opadła, gdy pod numerem 7 zastaliśmy Ambasadę Rumunii! Taksówkarz też się lekko zdziwił, ale może pamiętając przestrogi naszych przyjaciół z pociągu, postawił sobie za cel, że zawiezie nas do celu choćby nie wie co. Rozpoczął wywiad wśród sąsiadów, czy w okolicy jest jeszcze jakaś inna Lwowska 7. Uratowało nas to, że mieliśmy gdzieś zanotowany telefon do naszych gospodarzy. Szofer natychmiast zadzwonił i wszystko się wyjaśniło. Ulicą Lwowską pojechaliśmy jeszcze ze 2 kilometry dalej, po czym skręciliśmy ostro pod górę i zatrzymaliśmy się pod domem z adresem... Pierwyj Lwowskij Piereułok 7 :-D
Gospodarzami domu na Lwowskim Zaułku były dwie kobiety: Inga i jej teściowa Ałła. Sam Wadim pojechał na wycieczkę do Armenii z jakimiś turystami. Kobiety były szalenie miłe. Nakarmiły nas gruzińskimi specjałami. Zakochaliśmy się w gruzińskim serze, ale niezły był też sos ze śliwek i jakieś zielska, które Gruzini zjadają w całości z łodygami uprzednio obficie soląc. Zanim poszliśmy na miasto dostaliśmy szczegółowe instrukcje gdzie pójść i co zobaczyć. Lista zabytków jakie mieliśmy zobaczyć dochodziła do 30. Towarzyszył temu wykład z historii Gruzji. Przez grzeczność tylko przytakiwaliśmy, gdyż jako wielcy profani turystyki trampingowej w głowie nam były tylko tramwaje i trolejbusy. Polecano nam dojechać do centrum marszrutką, ale od razu zaznaczyliśmy, że jeździmy tylko dużymi autobusami, bo w busikach nam się nogi nie mieszczą. Pokierowano nas zatem do stacji metra Samedicino.
I tak zrobiliśmy po swojemu. Stanęliśmy na pobliskim przystanku na ulicy Nutsubidze i oczekiwaliśmy trolejbusu, który wedle dostępnej lektury miał tamtędy jeździć. Istotnie jeździł, ale tylko w przeciwną stronę. W stronę centrum podjeżdżały tylko busiki i autobusy. Trochę czasu nam zajęło przekonanie się o tym. Co gorsza na przystanku zjawiła się nasza gospodyni i mocno się zdziwiła, że tak dawno wyszliśmy, a dopiero jesteśmy tutaj zamiast przy dwunastym zabytku z listy. Wytłumaczyliśmy się, że właśnie idziemy do metra. Ale stację metra minęliśmy i doszliśmy do kolejnej ulicy z trolejbusami. Jak się okazało tędy jeździły trajtki tylko do centrum, co nawet nam pasowało. Skodą na linii 5 pojechaliśmy pod dworzec. Po drodze wyjaśniło się czemu jeżdżą jednokierunkowo - jedno ze skrzyżowań jest zamknięte i odcinek sieci jest zdjęty. Zresztą jak się zorientowaliśmy w śródmiejskiej części sieci trolejbusowej pozostały już tylko dwie linie: 5 i 12. Myśleliśmy, że dwunastka pojedzie w jakieś ciekawsze rejony, ale okazało się, że jedzie z grubsza tak samo spod dworca do Saburtalo, więc postanowiliśmy przejść do dania głównego, czyli tbiliskiego tramwaju. Z dość dużej sieci tramwajowej obecnie funkcjonuje tylko jedna peryferyjna linia 12, a i tak jej dni są policzone. Dwunastka zaczyna się przy stacji metra Didube i wiedzie generalnie na północ, najpierw szeroką aleją, później już aleją niedokończoną nadal pośród bloków, aż wreszcie przez jakieś wiochy do pętli na zupełnym zadupiu obok zajezdni Awczała. Końcowy odcinek trasy wmurował nas w twarde krzesełka. Bynajmniej nie jakimiś klimatycznymi widokami. Raczej wszechobecnym syfem i ruiną, jakie prezentowała sobą tamta dzielnica. Ulicę zastępował strumyk lub ogromne kałuże, na przemian z górami śmieci. W śmieciach psy, krowy i owce wyszukujące smakołyków. Wszędzie kręcą się niczym w Baku podejrzane typki. Same bloki mogłyby grać w horrorach. Podobnie jak w Baku balkony zabudowano "czym się da". Często przez okna wychodziła rura od piecyka węglowego, jako że centralne ogrzewanie przestało w Gruzji działać wraz z rozpadem ZSRR. Na większości klatek schodowych nie było okien, drzwi ani nawet framug. Zapewne poszły na opał którejś ostrzejszej zimy. Na parterach nie było też żadnych sklepów, pomieszczenia użytkowe stały puste, nieraz zdewastowane lub zabite czym się da. a już szczytem makabry były okolice zajezdni. Zajezdnia, oddana do użytku w 1986 roku, znajdowała się w stanie totalnego upadku. Biurowiec przerobiono na mieszkania dla uchodźców, ale część pomieszczeń była już zdewastowana lub wypalona. Podobnie wyglądała pobliska szkoła. Miejscowa dzieciarnia urządzała sobie zabawę skacząc z piętra na zaparkowany obok wóz wieżowy. Lokalne dresiki patrolowały okolice jakąś drogą bryką z doszczętnie rozbitą maską. Wyglądało to wszystko gorzej niż cygańskie slumsy w Czechach. Woleliśmy nie sprawdzać jak tutejsi mieszkańcy reagują na pojawienie się na ich terenie przybyszów z odległych cywilizacji. W głowie zapaliła się czerwona lampka z napisem "ewakuacja". Obok pokrytej przez wielką kałużę pętli tramwajowej pasła się ogromna tłusta świnia, której zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie z tramwajem w tle, po czym wsiedliśmy do tramwaju i wróciliśmy do stacji metra Guramiszwili.
Tbiliskie metro składa się z dwóch linii, przy czym główna wiedzie w jedynie słusznym kierunku północ-południe (Achmetelis teatri - Warketili), tak jak kształtuje się dolina, a druga od dworca (Wagzilis Moedani) wiedzie na Saburtalo (Waża Pszawela) i ma zaledwie kilka stacji. Na schematach metra zaznaczają też uparcie trzecią kikutową linię (Rustaweli - Wazisubani) z adnotacją "projektowana".
Robiło się późne popołudnie, więc pora była zobaczyć coś z zabytków, żeby nie wyjść na totalnych ignorantów. Udaliśmy się na główną ulicę - Rustaweli. Przeszliśmy z poświęceniem całą jej długość, odnotowując przy okazji całkowity demontaż sieci trolejbusowej. Z jej końca chcieliśmy wrócić autobusem nr 6 jadącym do nas na ulicę Nutsubidze, ale przez pół godziny nie przyjechał. Wsiedliśmy więc w inny, pierwszy lepszy, nr 61, z nadzieją, że gdzieś nas dowiezie, ale wywiózł nas w trochę inną stronę niż przewidywaliśmy. Ponieważ zrobiło się już ciemno woleliśmy nie ryzykować wywózki do dzielnic peryferyjnych, gdzie latarnie służą wyłącznie do przywiązywania do nich krów, a studzienki nie mają pokryw. Złapaliśmy taksówkę i kazaliśmy się zawieźć do domu. Kierowca okazał się totalnym debilem - nie wiedział w ogóle gdzie jest Lwowska, nie mówiąc nawet o Lwowskim Piereułku. A ponieważ wjechaliśmy do Saburtalo od drugiej strony, w dodatku po ciemku, to też sami nie bardzo wiedzieliśmy gdzie jesteśmy i nie mogliśmy mu pomóc. Dawaliśmy tylko wskazówki, że to "koło stacji metra" - sęk w tym, że nie znaliśmy jej niezapamiętywalnej nazwy. W końcu odnaleźliśmy miejsce, w którymi rano wsiadaliśmy w trolejbus i skręciliśmy z prawego pasa w lewo, aby zajechać na Lwowską. Taksówkarz tutejszym zwyczajem spytał się ile mu zapłacimy, co było tylko formalnością, bowiem i tak uznał, że 5 lari to za mało i że musi być 10 lari (18 zł). Zwymyślałem go, że 10 lari mu się nie należy, bo nie wiedział gdzie jest Lwowska i nie chciał wjeżdżać w dziurawe ulice, ale w końcu mu daliśmy na odczepnego, przeklinając go, podważając jego predyspozycje do zawodu i radząc by sobie znalazł łatwiejszą robotę. Problem w tym że wcale nie byliśmy na Lwowskim Piereułku, tylko w którymś miejscu na Lwowskiej. Napotkana grupka młodzieży okazała się w ogóle nie kumata w temacie języka rosyjskiego, niemniej jakoś sobie poradziliśmy i pod nasz adres trafiliśmy.
Przy kolacji musieliśmy się wyspowiadać co widzieliśmy z listy. Oczywiście mówiliśmy, że wszystko, ale chyba niezbyt przekonująco. Zwłaszcza za złe wzięto to, że nie widzieliśmy bani, w których - co podkreślano - kąpał się sam George W. Bush w czasie niedawnej wizyty w Tbilisi. Ale sprowadziliśmy rozmowę na inne tematy, m.in. na serial "4 Tankisty i Sobaka", w którym jednym z bohaterów był Gruzin Grigorij Saakaszwili, noszący nazwisko obecnego prezydenta Gruzji.


Tbilisi
Skoda 14Tr

Tbilisi
DAF Den Oudsten B88

Tbilisi
DAF Den Oudsten B91

Tbilisi
Bogdan A091

Tbilisi
ZIU-682
Tbilisi
ZIU-682
Tbilisi
metro

Tbilisi
KTM-5

Tbilisi
KTM-5

Tbilisi
KTM-5

Tbilisi
KTM-5

4.05 czwartek
Gori + Rustawi
Po co do Gori? - pytała się nasza gospodyni. Zobaczyć Stalina - odrzekliśmy, choć Wielki Józef nie był wcale najważniejszą kwestią, która nas tam ciągneła. Rano ciężko nam było się zmobilizować - za oknem padał deszcz. Autobusem 86 pojechaliśmy na dworzec autobusowy Didube. Aby przejść od przystanku znajdującego się obok pętli tramwajowej i stacji metra musieliśmy pokonać wielki bazar. Dla ochrony kupujących przed deszczem alejki pomiędzy straganami były nakryte folią. Szkoda tylko że na wysokości 1,60 m. Ładnych kilka minut szliśmy zgięci niczym w jaskini. Sam dworzec tonął w błocie i kałużach. Wszędzie słychać było nawoływania kierowców busików: Saczchere!, Batumi!, Gori! itp. Busik do Gori (4 lari / 7,20 zł) odjeżdżał za chwilę. W Transicie zapełniły się oczywiście wszystkie miejsca. Główna droga Tbilisi - Batumi jest całkiem przyzwoita. Jedynie na krótkim kawałku gdzie trwa remont jedzie się prawie że po polu.
Już na wjeździe do Gori zauważyliśmy, że trolejbusy jeżdżą. Zaliczyliśmy linię do Tinischidi, zapadłej wiochy kwadrans drogi za miastem oraz jedynkę w drugą stronę do dzielnicy Kwernaki (1 bilet = 0,20 lari / 0,36 zł). Trolejbusy na linii 2 (Dworzec - Centrum - Tinischidi) jeżdżą co ok. 10 minut, na jedynce jeździ jeden wóz co ok. godzinę. Zajezdnia leży na trasie linii 3, która jednak nie jest obsługiwana. Pozostałe dwie linie dawno nie jeżdżą, a sieć jest zwinięta. Tabor trolejbusowy (ZIU, Skoda 9Tr, 14Tr) sprawie przyzwoite wrażenie jak na Gruzję. Częste są przypadki wypadania pałąków z sieci.
O ile w Tbilisi już trochę odpoczęliśmy od natrętnych spojrzeń, o tyle w Gori byliśmy sensacją dnia - wszystkie oczy patrzyły się na nas niczym na murzynów w różowych marynarkach. Znudzeni kolesie na rogach ulic byli szczególnie zainteresowani - trudno było jednak odczytać ich intencje, dlatego na wszelki wypadek po sesji zdjęciowej pod pomnikiem Józefa Dżugaszwili zarządziliśmy odwrót.
Drugą część dnia zarezerwowaliśmy na Rustawi leżące na południe od Tbilisi. Dlatego musieliśmy skrócić wizytę u ziomków Józka i wrócić do Tbilisi. Na dworcu stał Ikarus 256 z dziwnymi oknami, jakby z innego autobusu. Z tabliczki odszyfrowaliśmy, że jedzie do Tbilisi. Musieliśmy jeszcze trochę w nim posiedzieć, bo do odjazdu dzieliło nas jakieś 40 minut, ale zawsze ten plus że pojedziemy autobusem a nie jakimś podskakującym gówenkiem (3,50 lari / 6,35 zł).
Choć mówiono nam, że do Rustawi jeżdżą marszrutki tylko spod tbiliskiego dworca kolejowego, udało nam się taką złapać także na dworcu Didube. Busik jechał do Gardabani przez całe Tbilisi i przez Rustawi (1 lari / 1,80 zł). Przy okazji z okien Transita obejrzeliśmy trochę zabytków z obowiązkowej listy, m.in. słynne banie, w których kąpał się George W. Bush.
W Rustawi wysiedliśmy na wjeździe do miasta, przy pętli trolejbusowej. Stały na niej dwa ateńskie Ziutki. Pętlę stanowiło rondo po środku którego znajdowała się rzeźba dwóch koni. Pod rondem rozciągał się labirynt przejść podziemnych - sęk w tym że zalanych wodą. Samo Rustawi nie zrobiło na nas tak szokującego wrażenia jak się spodziewaliśmy. Bo czego można się spodziewać po mieście samych bloków, których mieszkańcy nie mają żadnej pracy. Obudowane czym się da domy w Rustawi nie wyglądały jeszcze jak ostatni slums. Ich wspólną cechą był brak jakichkolwiek okien na klatkach schodowych.
W Rustawi miały jeździć dwie linie trolejbusowe. Okazało się, że jest też trzecia uruchomiona po kilku latach zawieszenia, którego przyczyną był katastrofalny stan ulic. Ulice w części wyremontowano i na kawałku linię 5 przywrócono. Jednak 2/3 sieci jest wciąż nieużywane lub całkowicie zdemontowane. Na istniejącej linii występuje taki przykry mankament - socrealistyczne miasto obfituje w różne większe i mniejsze place. Ruch na nich odbywa się jednak na przestrzał. Z wyjątkiem trolejbusów, które muszę objechać cały plac przy krawężniku, bowiem tylko tam jest możliwość zawieszenia sieci trakcyjnej. W efekcie trolejbus jedzie powoli i zalicza wszystkie największe dziury. Zagadnęliśmy kierowcę ateńskiego Ziutka - oznajmił że mają 12 maszin, z czego jedna Skoda (ex-Tbilisi) i reszta Ziutki. 
W posiadanych materiałach dydaktycznych znaleźliśmy ciekawą informację. W Rustawi istniały kiedyś dwie sieci trolejbusowe - drugą stanowiła wewnętrzna linia na terenie kombinatu metalurgicznego. Do jej obsługi sprowadzono z Moskwy kilka Ikarusów 280T. Po zamknięciu huty jeden z nich jeździł jeszcze parę lat po sieci miejskiej. Obecnie nie ma po nim śladu. Podobno wraki pozostałych Ikarusów stoją nadal na terenie huty.
Zaliczyliśmy linię do kombinatu prowadzącą główną ulicą miasta. Następnie złapaliśmy Ziutka jadącego wskrzeszoną trasą i pojechaliśmy zobaczyć, do którego miejsca dojedzie. Na samej zawrotce Ziutek wpadł w tak ekstremalne dziury, że poświęciliśmy temu miejscu sesję zdjęciową. Na ulicy pomiędzy blokami, niczym Belgradzkiej na Ursynowie, dziury i kałuże zajmowały ponad połowę powierzchni. Trolejbus pokonywał je z minimalną prędkością. Musiał dodatkowo uważać, bo wielu studzienkom brakowało pokryw. Zauważyłem że żadna z latarni nie ma żarówek. Dobrze, że do zmroku zostało jeszcze trochę czasu.
O ile do Tbilisi czy do Gori czasem jacyś globtroterzy zaglądają, o tyle Rustawi z pewnością nie znalazło się jeszcze na niczyjej trasie, bowiem nie ma tu absolutnie nic co mogłoby kogokolwiek zainteresować. Dlatego też nie chcąc budzić sensacji wróciliśmy rozklekotaną marszrutką do Tbilisi (1 lari / 1,80 zł). Wysiedliśmy jednak na rogatkach, aby zlustrować przynajmniej pobieżnie południową sieć trolejbusową skupioną wokół stacji metra Isani. Okazało się, że ponieważ była już godz. 19 wszystkie trolejbusy kierowały się do zajezdni. Jednak z tego co zauważyliśmy to w tej części żadne cięcia nie nastąpiły. Rzuciliśmy za to okiem na zajezdnię tramwajowo-trolejbusową, w której stały pokaźne ilości wagonów wycofanych z dawnej linii 7. Bardzo udany dzień zakończyliśmy browarkiem na skwerku koło stacji metra Isani. Ponurym metrem wróciliśmy w nasze rewiry i ciemnymi ulicami dotarliśmy pod nasz adres. W domu trwało właśnie przyjęcie urodzinowe naszej gospodyni.


Gori
Skoda 9Tr

Gori
Skoda 14Tr

Gori
Skoda 14Tr

Gori
Skoda 14Tr

Gori
Skoda 14Tr

Gori
ZIU-682

Rustavi
ZIU-682

Rustavi
ZIU-682

Rustavi
ZIU-9

Rustavi
Skoda 14Tr

5.05 piątek
Radio Erewan
O 6 rano pobudka. Wybieramy się do Armenii. Jako najlepszy środek komunikacji polecono nam marszrutkę. Ponoć są też autobusy, ale mówiono o nich z niejaką pogardą - widać są przeżytkiem dawnego systemu. O pociągu nawet nie wspomniano, bowiem jeździ jeden pociąg nocny co dwa dni. Wyliczyliśmy zatem, że pojedziemy do Erywania w dzień, przenocujemy, pozwiedzamy i wieczorem wrócimy do Gruzji kontynuować wyprawę.
Po śniadaniu pożegnaliśmy się czule z naszymi gospodyniami i zeszliśmy na przystanek. Taksówkarzowi kazaliśmy jechać na Awtowokzał Didube (5 lari / 9 zł). Pędziliśmy jakąś nabrzeżną arterią przez zupełnie puste ulice - Gruzini chyba lubią długo spać. W radio leciała piosenka Tatu "Połczasa" - dobrze dopasowywała się do ponurego poranka. Na dworcu Didube okazało się że autobusy "w Jerewan" odjeżdżają z innego dworca na drugim końcu miasta. Natychmiast obległa nas chmara taksówkarzy gotowych tam pojechać. Z pomocą przybiegł szofer, który nas przywiózł i wziął za to ku naszemu zaskoczeniu tylko 5 lari. Zaprosił nas do swojego żiguli, a pozostałych cwaniaczków, którzy mieli jakieś wąty opieprzył, że skoro on nas tu przywiózł to i on nas stąd zabierze. Nas pytał się czemu od razu nie powiedzieliśmy, że jedziemy do Erywania, bo tamten kierunek obsługuje dworzec Ortaczała. Przejechaliśmy wzdłuż całego miasta (15 lari / 27 zł), znowu obok słynnych bani, w których bawił George W. Bush. Na dworcu podjechaliśmy pod samą marszrutkę do Erywania, która jak dowiedział się od razu szofer miała jechać tam góra 4 godziny. Ku naszej wielkiej radości tuż obok marszrutki stał Ikarus 256 z zatkniętą za pękniętą szybę tabliczką "Erewan" napisana w cyrylicy. Widząc dwóch kolesi z wielkimi plecakami ekscytujących się wiekowym pojazdem obsługa autobusu bezbłędnie zrozumiała, że oto nadeszli kolejni chętni do podróży. W ogóle nie protestowaliśmy kiedy prowadzono nas do kas po bilety (15 lari / 27 zł - dwukrotnie taniej niż marszrutka). Co prawda po ich zakupie okazało się, że do odjazdu jeszcze półtorej godziny, a autobus trasę 300 km pokonuje w 7-8 godzin, ale i tak rozpierała nas radość, że oto kroi się niezła przygoda. Istotnie. Radio Erewań zaczynało audycję ;-)
Czas do odjazdu poświęciliśmy na fotografowanie przejeżdżających obok dworca trolejbusów. Tempo likwidacji tbiliskiej sieci kazało nam dokumentować wszystko co się rusza. W międzyczasie postanowiłem zaradzić na bolącą nogę coś więcej niż proszki przeciwbólowe (te azerskie w ogóle nie działały). O miejscowej służbie zdrowia wolałem nawet nie myśleć - zapewne jedynym środkiem na moją dolegliwość byłaby amputacja, a i za taki zabieg jeszcze trzeba by sporo zapłacić. Udałem się na poszukiwanie apteki. Długo nie szukałem - biznes farmaceutyczny w Gruzji, jak mało który, ma się dobrze. Apteki zupełnie jak w Warszawie znaleźć można na każdym rogu i większość jest czynna 24 godziny na dobę. Sęk w tym, że rano apteka niby była otwarta, a jednak zamknięta. W środku był personel, ale drzwi były zamknięte. Z panią magister mogłem sobie pogadać przez domofon. Trzeba przyznać, że był to z mojej strony niezły wyczyn lingwistyczny opisać swoje dolegliwości i objawy i jeszcze zrozumieć w chrypiącym domofonie co na to pani magister. Na szczęście na całym Zakaukaziu po rosyjsku można się dogadać z każdym kto wygląda na co najmniej 25 lat. Reszta populacji niestety ogarnięta jest w tej materii analfabetyzmem i nic poza swoim przypominającym makaron alfabetem nie zna.
Pani magister zaordynowała mi Voltaren Emulgel (5,50 lari / 10 zł). Co ciekawe wyjęła tubkę z pudełka i kazała mi przed zakupem przeczytać ulotkę. W ulotce natrafiłem tylko na informację, że poprawa może nastąpić za około 7 dni :-| Niemniej specyfik wziąłem i przez najbliższy tydzień stosowałem. Istotnie po tygodniu zacząłem odczuwać lekką poprawę. Do tego jednak czasu moja mobilność była lekko ograniczona.
O 9:30 nasz autobus zapełnił się praktycznie w całości. Plecaki należało umieścić pod siedzeniami, gdzie jak zauważyliśmy z niesmakiem, dość dawno nikt nie sprzątał. Ruszyliśmy w trasę. Od samego Tbilisi aż do granicy armeńskiej (120 km) droga pnie się bez przerwy w górę. Jak wiadomo Ikarus nie jest stworzeniem górskim, więc rzadko kiedy przekraczaliśmy 30 km/h. Zapowiadane 8 godzin zaczynało mieć w tym momencie realne wytłumaczenie. Tym bardziej, że autobus zatrzymywał się co chwila i jeszcze dobierał chętnych. Niestety już jakieś 50 km za Tbilisi rozległ się huk. Złapaliśmy gumę w bliźniaku. Po wstępnych oględzinach kierowca i pomocnicy uznali, że mogą jeszcze kilkanaście kilometrów przejechać. W końcu w środku gór, w okolicach Dmanisi, zarządzili postój, w trakcie którego wymienili koło. Postój trwał około godziny. Chyba jednak nie wystarczył na dokładne wykonanie zadania, bowiem godzinę później znów coś strzeliło. Tym razem prawdopodobnie jakieś śruby od koła. Teraz postój techniczny trwał już 1,5 godziny. Im bliżej granicy tym ciekawsza stawała się sama droga. Wjechaliśmy już w niezłe góry, a droga miała już na sobie coraz mniej asfaltu. Właściwie przypominała jakąś drogę leśną. Ruch na niej był prawie zerowy, raz na jakiś czas mijaliśmy marszrutkę. Wreszcie po 6 godzinach (120 km) zbliżyliśmy się do granicy. Zaraz za na wpół opustoszałą wsią Guguti stanęliśmy na środku górskiej łąki pod szlabanem. Gruziński pogranicznik zebrał paszporty i poszedł do budki stemplować. Po kwadransie po autobusie rozeszła się wieść, że wołają jakichś Polaków. Bez trudu nas zdemaskowano i wyszliśmy z autobusu. Oddano nam paszporty i poproszono o przejście do armeńskiego szlabanu w celu zakupu wizy. Tak też zrobiliśmy. 200 metrów dalej stał armeński szlaban, a obok niego budka z wizami, budka pogranicznika i budka dezynfekcyjna. Pierwszym punktem zabawy było wypełnienie wniosku wizowego. Zastanawiałem się co wpisać w pole 'occupation'. Oficer wydający wizy podpowiedział żebym wpisał "swoju proffesiju". Wpisałem zgodnie z zajmowanym stanowiskiem 'inspector'. Pan się lekko przeraził, ale go uspokoiłem że "inspektor gorodskogo transporta". "Znaczy kanar?" - usłyszałem ;-) Wnioski wizowe były jednak tylko formalnością, bo tak naprawdę w całej tej zabawie chodziło tylko o to, żeby w kasetce u pana oficera znalazł się banknot 20-dolarowy (66 zł) za wydanie wizy. Wiza ładnie się wydrukowała z komputera i oficer z aptekarską precyzją wkleił ją do paszportu. Jeszcze tylko pozostało mu wpisać nas do księgi wjeżdżających i mogliśmy wracać do kontroli granicznej. W tym czasie nasz autobus podjechał już do armeńskiego szlabanu i rozpoczęła się odprawa. Odprawa przeciągała się w nieskończoność. Po kilka razy otwierano bagażniki, wyciągano stamtąd jakieś zielsko, po autobusie chodzili co chwila jacyś mundurowi. W międzyczasie jeszcze raz wywołano Polaków. Wołał nas oficer wydający wizy. Okazało się, że miał problem z transkrypcją na język armeński naszych adresów, a zwłaszcza miasta Wałbrzych. Musieliśmy mu to dokładnie przeliterować. Po powrocie do autobusu pasażerowie z przejęciem nas pytali "No i co? Wszystko dobrze?" Wyglądało na to, że bardziej przeżywają całą akcję niż my. Postój na granicy trwał prawie 3 godziny. W końcu wjechaliśmy do Armenii. Pasażerowie z ulgą przystąpili do konsumpcji zapasów. To samo uczyniliśmy i my. Tymczasem droga pogorszyła się drastycznie. 10 kilometrów do najbliższego miasta Taszyr składało się z wielkich i małych dziur, kraterów i kałuż. Zaniepokoiliśmy się, że jeśli takie drogi są w całej Armenii to do Erywania dojedziemy nazajutrz rano. Po drodze w szczerym polu na skrzyżowaniu dwóch makabrycznie dziurawych dróg zobaczyliśmy przystanek autobusowy. Wyposażony był w murowaną wiatę, pod którą zmieściło by się chyba ze 100 pasażerów. Takich gigantycznych przystanków w nicości widzieliśmy później jeszcze sporo.
Taszyr, pierwsze miasto w Armenii, przedstawiało sobą taki upadek, jakiego jeszcze nigdzie nie widziałem. Większość domów opuszczona lub niedokończona, wszędzie błoto, dziury i ruiny. Na skrzyżowaniach sygnalizatory niedziałające zapewne od czasów Sojuza. Główna ulica, nazwana wciąż imieniem Kirowa, usiana wielkimi dziurami niczym droga na najgorszej wsi. Na szczęście za miastem sytuacja uległa poprawie i im bliżej Erywania tym stan dróg był lepszy. Jednak miasto Taszyr do dziś pamiętam jako senny koszmar.
W drodze do Erywania mijaliśmy Stepanawan, Kirowakan (obecnie Wanadzor) i Spitak - miasta nawiedzone przez trzęsienie ziemi w 1988 roku. Widać było, że próbowano je jakoś przywracać do życia, odbudowywać, ale w momencie rozpadu Sojuza wszelkie działania zarzucono. Za Spitakiem nasz Ikarus miał do pokonania przełęcz o wysokości 2153 mnpm. Kopcił przy tym z wysiłku niczym parowóz. Za przełęczą ukazał się wspaniały widok na pokryty śniegiem Aragac - najwyższą górę Armenii (4090 m). Od tego momentu było już z górki. Do tego stopnia, że w Ikarusie zaczęły smażyć się hamulce. W końcu, gdy już zaszło słońce, na horyzoncie zamajaczyły światła wielkiego miasta. Wjechaliśmy do Erywania. Na ulicach tętniło życie, otwarte były wszystkie sklepy, latarnie normalnie świeciły, ulice były równe - nie mogliśmy uwierzyć że nadal jesteśmy na Zakaukaziu. Mimo zmroku Erywan robił diametralnie lepsze wrażenie niż to co widzieliśmy w pierwszych chwilach w Armenii. O 22:30 autobus skończył jazdę w bliżej nieznanym nam punkcie Erywania. Wbrew temu co oczekiwaliśmy nie zaatakował nas tłum taksówkarzy. O szukaniu o tej porze kwater prywatnych raczej nie było co marzyć. Należało znaleźć jakiś sensowny hotel. W końcu zainteresował się nami jeden gość. Naświetliliśmy mu problem czego potrzebujemy. Zaprowadził nas do innego gościa w czerwonym dresie z napisem CCCP, który natychmiast przerwał grę w karty i zaprosił nas do swojej nowej wołgi, uprzednio z niej zdejmując tabliczkę Stepanakert. Trzeba tu bowiem wspomnieć, że na Zakaukaziu marszrutki nie są najmniejszym środkiem transportu. Na niektórych trasach można jeszcze pojechać taksówką, tudzież prywatnym samochodem. Koleś jeżdżący wołgą z Erywania do Stepanakertu (320 km) w słynnym Górnym Karabachu od razu wzbudził u nas respekt. Z dwóch hoteli na które mieliśmy namiar jeden - jak twierdził koleś w dresie - był w remoncie. Drugi również okazał się w remoncie, co koleś naocznie sprawdził wchodząc do zrujnowanej recepcji. W końcu sam zaproponował Hotel Szakir (nazwa od regionu Armenii, a nie od cycatej piosenkarki). Dwójka kosztowała w nim 59 USD (195 zł), ale tak zagadał z recepcjonistką, że zapłaciliśmy hotelowi 50 USD, a jemu 10 USD za taksi i szczerą pomoc w trudnej sytuacji.
Hotel Szakir była bardzo przyzwoity, w pokoju łazienka z ciepłą wodą i telewizor, rano śniadanie - szwedzki stół, można było jeść do nieprzytomności.
Do snu posłuchałem sobie Radia Erewan. Nie zrozumiałem czy mowa była o rowerach na placu Czerwonym. Znalazłem jakąś stację z kaukaską muzyką etniczną i przypominając sobie przy niej obrazki z podróży Ikarusem zasnąłem.


Tbilisi - Erywań
Ikarus 256

Tbilisi - Erywań
Ikarus 256

Tbilisi - Erywań
Ikarus 256

6.05 sobota
Erywań
Po obfitym śniadaniu i pozostawieniu bagaży w hotelu należało się zorientować gdzie właściwie nas wieczorem dowieziono. Dość szybko odnaleźliśmy się na planie miasta i ruszyliśmy na podbój. Gdzieniegdzie przemykały jakieś Skody 14Tr, także nie było źle. Choć całe miasto opanowane było przez marszrutki na kilku liniach jeździły autobusy normalnych rozmiarów: na 1 były to renówki SC10 z Lyonu, na 3 Menarini i DeSimony z Florencji, a na 17 jakieś niemieckie MANy w żółtych barwach. Po rozległej niegdyś sieci tramwajowej pozostały tylko torowiska w ulicach. W trolejbusach oprócz Skód znaleźliśmy kilka Renault ER112 z Lyonu. W trakcie jeżdżenia po mieście okazało się, że 1/3 sieci trolejbusowej już jest nieużywana albo zdemontowana. Pozostałe linie nie cieszą się zbyt dużym wzięciem, gdyż kursują dość rzadko - co 20-30 minut.
Zanim zaczęliśmy zaliczanko sieci udaliśmy się na dworzec zakupić bilety na wieczorny pociąg do Tbilisi. Ogromny dworzec, jak cały Erywań socrealistyczny, obecnie odprawiał 4 pociągi na dobę, w tym jeden co dwa dni. W związku z tym był pusty i bez trudu nas na nim zauważono. Wypatrzyła nas kasjerka i wyczytała z naszego wyglądu, że jedyne czego szukamy na dworcu to bilety do Tbilisi. Zaprosiła do swojego okienka i wypisała nam bilety (7000 dram / 52 zł) - jak twierdziła - w najlepszym wagonie. Najlepszym, bo będącym kwaterą kierownika pociągu. Właściwie to ich nie wypisała tylko powycinała z jakiegoś diagramu, bowiem do Erywania nie dotarły (a może raczej już dawno się zepsuły) komputery radzieckiego systemu rezerwacji.
Pojechaliśmy trolejbusem na pętlę Muzei Erebuni, stamtąd na drugi koniec miasta, na położone na wysokości 1300 m osiedle Nork. Do pętli nie dojechaliśmy, bowiem kierowca zarządził zawracanie poprzez fly-shunting. To dość popularne zjawisko w tych rejonach świata służy do kierowania trolejbusem w relacjach pozbawionych sieci trakcyjnej i wymaga udziału dwóch osób. Jedna powinna mieć uprawnienia do prowadzenia trolejbusu, a druga krzepę w rękach i nogach. Osoba pierwsza rozpędza trolejbus i zaczyna nim skręcać w żądanym kierunku, osoba druga biegnie za trolejbusem trzymając w dłoniach sznurki od pałąków. W odpowiednim momencie, gdy pojazd odjeżdża spod sieci, ciągnie je w dół ściągając w ten sposób pałąki. Ze ściągniętymi pałąkami trolejbus siłą rozpędu przejeżdża kilkadziesiąt metrów bez zasilania, a gdy już znajdzie się w zasięgu innych przewodów zatrzymuje się i asystent podnosi pałąki do sieci. 
Korzystając z uroków ładnej pogody, w oczekiwaniu na Ziutka do zdjęcia uraczyliśmy się napojami chłodzącymi. Obcą mowę wyczaiły jakieś dwie laski i zaczęły się chwalić, że były w Polsce w Kaliszu. Od słowa do słowa i okazało się, że rozmawiamy ze świadkami Jehowy. Na szczęście zaraz przyjechał trolejbus i pojechaliśmy nim w inne rejony miasta. Na tamtejszym targu spożywczym wypatrzyliśmy różne egzotyczne dla nas owoce, ale także truskawki, ryby, raki itp. W kolejnym trolejbusie jakiś klient zaczął do nas gadać po polsku. Okazało się, że parę lat mieszkał w Polsce, w Płocku. Zapewne prowadził jakieś nieczyste interesy, bo nawet siedział w polskim więzieniu. Rozmowa miło się toczyła, klient co chwila wybuchał śmiechem. Robił to też jego koleś chociaż nic nie kumał z polskiej mowy :-) Na koniec stwierdził, że jesteśmy jego gośćmi i zapłaci za nas za przejazd. Myśleliśmy, że po prostu przy wysiadaniu wrzuci do czapki kierowcy więcej, ale on jeszcze przyleciał z powrotem i wręczył nam prawdziwe bilety Ergortransu, których tu nikomu nie wydawano :-)
Na koniec przyszła jeszcze pora na metro. Wejścia do stacji są głęboko zamaskowane, tym bardziej, że przejścia podziemne zamieniono w wielkie targowiska. Gdzieś między pirackimi płytami, a tandetnymi zegarkami znaleźliśmy jakieś drzwi na peron. Pani z lizakiem na peronie uprzedziła nas, że "sorry, no photo!", chociaż metro tak szybko nadjechało, że nawet nie zrobiliśmy zdjęcia. Składało się tylko z trzech wagoników. W metrze znowu cyrk - wszyscy na nas patrzą jakby przyjechała do nich Pamela Anderson. Wróciliśmy do hotelu, zabraliśmy bagaże, pojechaliśmy taksą na dworzec. Jeszcze tylko zakupy na drogę, wymiana resztki waluty i w drogę z powrotem do Gruzji.
Generalne wrażenie z Erywania: najprzyzwoitsze miasto na Zakaukaziu. Ormianie zakochani w Rosji czerpią stamtąd całą swoją wiedzę o życiu. W związku z tym Erywań wygląda jak przeciętne rosyjskie miasto, co stawia go dużo wyżej niż Tbilisi czy Baku, które po rozpadzie Sojuza stoczyły się na azjatyckie dno.
W pociągu mieliśmy przedział dla siebie, choć w środku nocy ktoś przyszedł przespał się i wyszedł. Pociąg toczył się 30 km/h i bujał się niemiłosiernie na krzywych torach. Armeńska prowincja przedstawiała sobą obraz nędzy i rozpaczy. W oddali majaczył ośnieżony biblijny Ararat (5165 m), symbol Armenii, niestety aktualnie, ku wielkiej złości Ormian, leżący na terenie Turcji. Jakiś czas pociąg jechał wzdłuż granicy tureckiej - w telefonie pojawił się nawet zasięg. Warto bowiem nadmienić, że z telefonem sieci Orange nie ma po co jechać do Armenii, straci zasięg zaraz za granicą - brak roamingu z sieciami armeńskimi.
Nasz wagon, chociaż kierowniczy, był tak samo brudny jak pozostałe. W ogóle kolej armeńska obsługująca 4 pociągi pozostawiała wiele do życzenia. Mijająca się z nami elektriczka Giumri - Erywań mogłaby grać w wielu horrorach - w oknach nie było szyb, albo były dykty lub blachy. Na stacjach na wierzchołkach masztów bociany uwiły gniazda.
W przedziale obok jechało dwóch japończyków. Jeden nawet dobrze gadał po rosyjsku - wszedł w kontakt z jakimś emerytowanym armeńskim kolejarzem. Na granicy, w przeciwieństwie do nas, mieli jakieś problemy. Co dziwne, jedyni spotkani w tym rejonie świata obcokrajowcy mieli nienagannie uprasowane koszule, ułożone fryzury i walizeczki na kółkach. Zastanawialiśmy się jak te walizeczki sprawują się na dziurawych zakaukaskich chodnikach oraz czy przybysze z Japonii budzą tu większe zainteresowanie niż ci z Europy ;-)


Erywań
marszrutki

Erywań
Ikarus 260

Erywań
Renault SC10

Erywań
Menarini 201

Erywań
Skoda 14Tr

Erywań
Skoda 14Tr

Erywań
Skoda 14Tr

Erywań
Renault ER112

Erywań
ZIU-9

Erywań
Skoda 9Tr

7.05 niedziela
Przez całą Gruzję
Spałem fatalnie. Pociągiem bujało jak na statku. Koła łomotały, czop skrętu niemiłosiernie skrzypiał i w ogóle było zimno. Po ciepłych wrażeniach z Armenii ciężko się wjeżdżało z powrotem do gruzińskiego sralnika. Na granicy żadnych problemów, żadnych deklaracji ani rewizji, ale znowu 3-godzinne spóźnienie, które i tak przespaliśmy.
W Tbilisi od razu wsiedliśmy w metro do znanego dworca Didube. Pora się przenieść do zachodniej części Gruzji, konkretnie do miasta Kutaisi. Daliśmy się naciągnąć na marszrutkę jadącą do Batumi, choć zdecydowanie korzystniej byłoby pojechać jakimś normalnym autobusem. Podróż miała trwać "najwyżej 3 godziny", ale miejscowym zwyczajem przeciągnęła się do pięciu (254 km / 11 lari / 20 zł). Jeszcze przed Gori złapaliśmy gumę - normalna sprawa na gruzińskich drogach. Busik wraz z pasażerami został podniesiony na lewarku, koło wymieniono i po pół godzinie był sprawny do dalszej jazdy. Po kwadransie jazdy znów awaria - złapaliśmy kolejną gumę. Tym razem sprawa była poważniejsza, nie mieliśmy już zapasu. Ekipa techniczna dzwoniła gdzie mogła, okazało się też że w zasięgu wzroku jest popularny w tym rejonie świata biznes - zakład wulkanizacyjny. Problem w tym, że pusty. Po godzinie oczekiwania pojawił się jakiś samochód, z którym jeden z obsługi busika pojechał gdzieś i wrócił z kluczem do zakładu. Nowe koło do Transita się znalazło. Wymieniono je i pojechaliśmy dalej.
Kolejny postój nastąpił za Chaszuri. Obsługa udała się do przydrożnej knajpki na obiad. My też już trochę zgłodnieliśmy i zamówiliśmy szaszłyka z piwem, plackami o ostrym sosem (7 lari / 12,60 zł).
Przejazd przez pasmo górskie dzielące na pół Gruzję odbywa się tunelem. Tuż przed nim stoi posterunek, na którym policja sprawdza pasażerów i bagaże. Dokładnie obmacano nasze plecaki i pozwolono jechać dalej. Kontrolowane przed nami żiguli nagle ruszyło z piskiem opon otwartym bagażnikiem. Chyba musieli mieć coś na sumieniu, bo policjanci zaczęli do nich strzelać. Strzelanina przed tunelem lekko nas sparaliżowała, nie wiedzieliśmy czy już chować głowy pod siedzenia, ale pasażerów marszrutki najwyraźniej rozbawiła.
Późnym popołudniem dojechaliśmy do celu, do drugiego pod względem wielkości gruzińskiego miasta Kutaisi. Już na wjeździe zauważyliśmy trolejbusy, także Skody 9Tr, w dodatku w dokładnie takim tragicznym stanie jak na zdjęciach z internetu. Jest dobrze.
Od rana pogoda była słaba, a w Kutaisi regularnie lał deszcz. Wysiedliśmy z busika przy dworcu autobusowym. Od razu wzięliśmy taksę do hotelu (5 lari / 9 zł). Jechaliśmy z 10 minut dziurawymi drogami do centrum, gdzie zatrzymaliśmy się obok jakiegoś lokalu. Okazały budynek z lat 30-tych mieścił Hotel Kutaisi. Wewnątrz widać było, że ma za sobą wspaniałą przeszłość. Obecnie jednak był w zaawansowanym stopniu ruiny. W recepcji przy słabej lampce siedziała pani, którą mocno zszokował widok jakichkolwiek turystów. Doba w pokoju dwuosobowym z łazienką kosztowała 35 lari za pokój (63 zł) - cena uwzględniała rabat wynikający z braku ciepłej wody.
Nasz pokój zrobił na nas piorunujące wrażenie - trzypokojowy apartament ze stylowymi meblami, fotelami, szafą i sekretarzykiem. W łazience wszystko co trzeba. Szybko okazało się, że to tylko pozory. W żadnym kontakcie nie było prądu (dlatego nie działała terma, ani lodówka), prawdopodobnie spalona była instalacja w ścianach, za to w łazience i w jednym pokoju dzięki poprowadzonym po ścianach kabelkom świeciły pojedyncze żarówki. W łazience mimo widocznej niedawnej wymianie rur woda występowała tylko zimna i tylko w jednym kranie. Spłukiwanie klozetu odbywał się wiadrem.
Przestało padać więc wyszliśmy jeszcze połazić po mieście. Ale spacer przybił nas jeszcze bardziej. Miasto prezentowało się gorzej niż najbardziej zapadła polska mieścina. Nieliczni szwendający się ludzie patrzyli na nas podejrzliwie, dość gęsto za to kręciły się policyjne radiowozy. Na pętli linii 2 nie uświadczyliśmy żadnego trolejbusu, za to na okrężnej linii autobusowej 1 co 10 minut śmigał jakiś ładny autobus ściągnięty każdy z innego kraju Europy: a to z Grecji, a to z Hiszpanii, a to z Holandii lub Niemiec. Wszechobecna melancholia pomału zaczęła dopadać i nas, więc zakupiliśmy stosowne produkty na kolację i wróciliśmy do ponurego hotelu.


Kutaisi
Skoda 9Tr

Kutaisi
Skoda 9Tr

Kutaisi
ZIU-9

Kutaisi
ZIU-682

Kutaisi
Ikarus 260

Kutaisi
LAZ-4202

Kutaisi
MAN SL 202

Kutaisi
DAF SB230

Kutaisi
MAN SL 202

Kutaisi
Mercedes / ELBO

Kutaisi
Pegaso

8.05 poniedziałek
Cziatura
Pora na wycieczkę na najsłynniejszą gruzińską sieć trolejbusową - linię międzymiejską Cziatura - Saczchere. Rano udaliśmy się na dworzec autobusowy. Po drodze porobiliśmy parę zdjęć Skód 9Tr i Ziutków. Jeden Gruzin starej daty zachował rewolucyjną czujność. Być może był w przeszłości oficerem jakiejś służby i niejedno w życiu widział, więc nie zdziwiły go nasze zachodnie mordy, za to jego podejrzenie wzbudził fakt, że fotografujemy trolejbusy. Spytał się czy mamy pozwolenie od dyrekcji trolejbusów. Nie doczekał odpowiedzi, bo właśnie z okrzykami ekstazy pobiegliśmy fotografować kolejną przejeżdżającą Skodę ;-)
Na dworcu wsiedliśmy do starego ŁAZ-a jadącego do Saczchere przez Cziaturę (4,50 lari / 8,50 zł). Jazda przez góry trwała około 2 godzin. Niemiłosiernie nabity pojazd ledwo podjeżdżał pod górki, kierowca siłował się z kierownicą bez wspomagania, a dodatkowego klimatu dodawała gęsta mgła. Niekiedy zza mgły na środku drogi wyłaniała się krowa, albo stadko owiec. W końcu mgła się podniosła, a my zjechaliśmy bardzo stromo do doliny w której leży Cziatura.
Miasto Cziatura wraz z okolicami jest gruzińskim odpowiednikiem Górnego Śląska, z tą różnicą że zamiast węgla wydobywa się tu rudy manganu. Właściwie to tylko obecność w tym miejscu bogactw naturalnych spowodowała, że w tak niedostępnym terenie powstały jakiekolwiek siedziby ludzkie. Cziatura jest bowiem położona w głębokim kanionie. Ponieważ nie wszystko mieści się na jego dnie część miasta, głównie nowe osiedla i niektóre kopalnie i fabryki leżą nad kanionem. Można się do nich dostać naokoło bardzo stromymi i dziurawymi drogami, a można też jedną z osiemnastu pasażerskich kolejek linowych. Większość z nich wciąż funkcjonuje łącząc dolną część Cziatury ze szpitalem, z kopalniami, osiedlami itp. Funkcjonuje też nadal linia trolejbusowa do oddalonego o 14 km miasta Saczchere. Linia prowadzi przez niezwykle malowniczą dolinę, wyżłobioną w skałach przez rzekę Kwirilę. Na niektórych przystankach można się przesiąść z trolejbusu do kolejki linowej. Wzdłuż trasy również zlokalizowane są kopalnie i zakłady przetwórcze, a także niewielkie osiedla przykopalniane składające się z w dużej mierze opustoszałych bloków. Jeśli ktoś kojarzy ponure klimaty rumuńskie i tamtejszy bajzel, to niech to pomnoży razy dziesięć. Gruziński Górny Śląsk robi piorunujące wrażenie.
Z głębokiego kanionu wyjeżdża się dopiero przed samym Saczchere. Dodatkową atrakcją są kursujące tu wyłącznie Skody 9Tr. Dopiero w ostatnim czasie pojawiły się wycofane z Tbilisi 14Tr, przy czym większość stanowi źródło części do jedynej jeżdżącej. Intrygujące dla nas były dwie Skody 9Tr odbiegające na plus od reszty taboru wyglądem i inną numeracją - prawdopodobnie dotarły tu nie dawno, nie wiemy jednak skąd. Jedną z nich nr 3 jechaliśmy do Saczchere. Stamtąd zachciało nam się wracać kolejną brygadą, aby porobić trochę zdjęć. Kolejny kurs przyjechał po blisko godzinie, w dodatku popsuła się pogoda. Za to to czym wracaliśmy z Saczchere - Skoda 9Tr nr 53 - warte było czekania i obfotografowania. Karoseria wyglądała jakby autobus brał udział w jakimś Camel Trophy, cała poobijana, pordzewiała i przeraźliwie brudna. Wewnątrz nie było lepiej. Zamiast części siedzeń same stelaże, reszta zamiast tapicerki miała nieheblowane deski. Niestety na zdjęcia z trasy, na które po cichu liczyliśmy, na wizytę w zajezdni oraz na zaliczanie kolejek linowych nie było już czasu. O 17 trolejbusy zjeżdżały do zajezdni, ponieważ nie miały oświetlenia, a my mieliśmy jeszcze 80 kilometrów powrotu do hotelu w Kutaisi. Sporo czasu zajęło nam znalezienie dworca autobusowego ukrytego gdzieś z boku pośród skał. Wedle informacji zaczerpniętej przy zakupie biletu w kasach (5 lari / 9 zł) autobus do Kutaisi miał przyjechać "skoro". Czekaliśmy i czekaliśmy, ale nic nie przyjeżdżało. Podejrzewaliśmy że marszrutki jadą pełne i nie wjeżdżają w ogóle na dworzec. Za godzinę znów poszliśmy po informację, ale znowu usłyszeliśmy że "skoro budiet". W ogóle sam dworzec w Cziaturze wyglądał na całkiem nowoczesny, można rzec wypasiony. Jednak 15 lat totalnej rozpierduchy zrobiło z niego slums i ruinę. Długie oczekiwanie na transport umilali nam trochę na siłę przedstawiciele cziaturskiej młodzieży. Jacyś gimnazjaliści od razu wyczuli w nas innostrańców i zaczęli nas zamęczać pytaniami po angielsku i po niemiecku: Jak macie na imię? Skąd przyjechaliście? Co robicie w Cziaturze? Jak Wam się podoba Cziatura? Śmialiśmy się potem, że dzieci miały życiową radochę z porozmawiania w obcym języku z kimkolwiek innym niż z nauczycielem na lekcji. Choć trzeba przyznać, że jak na takie brzdące z samego końca świata, to mówiły w obcych językach nienagannie.
W końcu na dworzec wtoczył się upragniony Ford Transit z tabliczką Kutaisi. Zapełnił się pasażerami dokumentnie. Znów jechaliśmy jak kartofle na targ. Busik gdy tylko wytoczył się z cziaturskiej nory na powierzchnię zaczął pędzić ile fabryka mu pozwoliła. Kilka razy raptownie hamował przed krowami, bądź też przed większymi dziurami na drodze.
Z marszrutki wysiedliśmy na rogatkach Kutaisi, gdzie kończyła trasę linia trolejbusowa nr 8. Z dawnej rozległej sieci pozostała w zasadzie tylko ta jedna jadąca przez całe miasto od Traktornego Zawodu do Awtozawodu, ale zostawiając z boku Stare Miasto. Funkcjonują jeszcze dwie inne linie 6 i 7 rozpoczynające bieg przy trasie ósemki i jadące około 4 kilometrów w kierunku granic miasta do jakichś byłych fabryk. Oczywiście obecnie wszystkie fabryki są zamknięte i zrujnowane. Wojna domowa na początku lat 90. i ciągłe problemy energetyczne sprawiły, że praktycznie przestała istnieć w tym kraju gospodarka. Fabryki przestały pracować, urzędy przestały funkcjonować, sklepy upadły, a jedynym zajęciem dla ludzi stało się handlowanie na bazarku lub jeżdżenie taksówką bądź marszrutką. O ile obecnie sporo z tego się ustabilizowało i pomału kraj się podnosi, o tyle zamknięte fabryki będą jeszcze długo niemym świadkiem dawnego bogactwa tych ziemi i ich późniejszego bolesnego upadku.
O godzinie 19 wszystkie trolejbusy zjeżdżały do zajezdni. Stanęliśmy przy bramie i podziwialiśmy kolejny efektowny fly-shunting. Jacyś kolesie, chyba pilnujący interesu, zaprosili nas do środka i nie sprzeciwiali się robieniu zdjęć, więc opstrykaliśmy jak najwięcej trolejbusów w zajezdni, głównie Skód 9Tr. Jedna z hal zajezdni w ogóle była zawalona. Razem z trolejbusami do zajezdni zjeżdżały też europejskie autobusy, a zamiast nich na trasach pojawiały się marszrutki. W oczekiwaniu na taką marszrutkę zorientowaliśmy się że stoimy pod sklepem spożywczym. Nie miał on z zewnątrz żadnego szyldu, wyglądał nawet jak nieczynny, a w przestronnym wnętrzu pod sufitem dyndała jedna żarówka. W rogu pomieszczenia stały cztery półki z artykułami i dwie panie ekspedientki. Chyba nigdy w życiu nie pomyślały, że jacyś innostrańcy do nich przyjdą.



Cziatura
Skoda 9Tr

Cziatura
Skoda 9Tr

Cziatura
Skoda 9Tr

Cziatura
Skoda 9Tr

Cziatura
Skoda 9Tr

Cziatura
Skoda 9Tr

Cziatura
Otomarsan O303

Cziatura
kolejki linowe

9.05 wtorek
Ozurgeti Batumi
Przez moment rozważaliśmy, by o jeden dzień przedłużyć pobyt w Gruzji i zajrzeć do Poti. Jednak niepewność komunikacji, jakiej na co dzień doświadczaliśmy oraz spartańskie warunki hotelowe w Kutaisi odwiodły nas od tej idei. Zwłaszcza, że Poti z jedną krótką linią trolejbusową i trzema Ziutkami na stanie mogło już po cichu udać się na tamten świat, a nam zajęłoby to cały dzień. Nasze obawy były całkiem uzasadnione, bowiem później dowiedzieliśmy się, że trolejbusy w Poti nie funkcjonują już od 2004 roku.
Realizowaliśmy zatem plan wyprawy, który przewidywał na ten dzień dojazd do tureckiej granicy w Batumi poprzez Ozurgeti. W obydwu miastach funkcjonowały kiedyś sieci trolejbusowe.
Na dworcu wypatrzyliśmy Transita do Batumi. Na pytanie czy jedzie przez Ozurgeti kierowca skrzywił się, jakby chciał odrzucić od siebie jakieś traumatyczne skojarzenia, po czym wskazał na jakiegoś zdezelowanego mercedesa. Ten drugi istotnie jechał przez Ozurgeti (80 km / 5 lari / 9 zł).
Do wyekspediowania busika w trasę potrzebnych było czterech chłopa, którzy go popchną. Tak samo wyglądało jego odpalanie na dalszych postojach. Początkowo jechał główną drogą nie przekraczając 50 km/h. W międzyczasie zdołał zatankować paliwo nie wyłączając silnika. Przejeżdżaliśmy przez Samtredię, mocno zniszczoną w czasie wojny domowej, gdzie nadal wisi sieć trolejbusowa. Za Samtredią busik lekko się rozpędził, ale za chwilę już musiał zwolnić, bo zaczęło się to, przed czym tak się wzdrygnął poprzedni kierowca. Aby dotrzeć do Ozurgeti musiał zjechać z głównej drogi w góry. Kolejne 15 kilometrów do Czochatauri - na mapie piękna czerwona kreska - to zwykła górska droga, z wielkimi dziurami i kałużami. Zrobiła się ładna pogoda. W oddali zamajaczyły ośnieżone szczyty Adżarii (Sakornia - 2755 m). Za miasteczkiem droga się wyrównała i polepszyła, choć co jakiś czas trafiały się odcinki specjalne. W dodatku co chwila ktoś wsiadał i wysiadał, a pasażerowie marszrutki kopcili papierosa za papierosem. Za oknem pojawiły się herbaciane pola należące do jakiegoś zlikwidowanego kołchozu. Po kilku kolejnych zakrętach minęliśmy stojący na łące pośród pasących się krów wrak Ziutka, a nad szosą pojawiły się druty. Poprosiliśmy kierowcę o zatrzymanie i wysiedliśmy. Łąka z Ziutkiem okazała się dawną zajezdnią, a właściwie placem służącym jako zajezdnia, bowiem trolejbusy w Ozurgeti przez 26 lat istnienia nie dorobiły się prawdziwej bazy. Poza jednym wrakiem plac był pusty, choć sieć wisiała. 
Nie zostało nam nic innego niż zaczekać na cokolwiek, aby dostać się do centrum miasta. Mógł to być trolejbus gdyby jeździł. Ale po kwadransie nadjechała marszrutka (1 lari / 1,80 zł). Chociaż w środku miejsc nie było to jakoś ponaglani przez wesoły personel wpakowaliśmy się do środka. Po drodze na poboczu widzieliśmy kolejnego Ziutka. W centrum gdzie wysiedliśmy stały odstawione dwa Ziutki i Skoda 14Tr. Ta ostatnia nie miała już powietrza w oponach. Udaliśmy się w kierunku dworca autobusowego, zaliczając pieszo resztę jedynej linii trolejbusowej w Ozurgeti (pozostałe zamknięto wiele lat temu), a przy okazji budząc powszechną sensację wśród mieszkańców. Nigdzie nie natrafiliśmy na działający trolejbus. Poza czterema niesprawnymi pojazdami nic już więcej w Ozurgeti nie było w tej materii. Pojawiło się więc fundamentalne pytanie: czy w Ozurgeti działają jeszcze trolejbusy?
Na dworcu autobusowym stała marszrutka do Batumi (4 lari / 7,20 zł). Brakowało jej jeszcze dwóch osób do kompletu. Trochę obsłudze średnio się podobały nasze wielkie plecaki, ale z pewnością spotkali w życiu większe problemy, bo i ten w mig jakoś rozwiązali pakując plecaki pod siedzenia. Ruszyliśmy w dalszą drogę do Batumi. Droga przez góry znów przypominała tę z rana. Nadawała się raczej dla Jeepa niż dla Forda Transita. Zastanawialiśmy się jak takie miasto może funkcjonować skoro wszystkie drogi dojazdowe są w takim stanie. Możliwe, że jednak trzecia droga od strony Poti jest trochę lepsza. Na szczęście po kilku kilometrach przejechaliśmy granice Republiki Autonomicznej Adżarii i droga zdecydowanie się poprawiła. Serpentynami, pośród malowniczych pól herbacianych zjechaliśmy nad samo Morze Czarne do Kobuleti. Ostatnie 30 kilometrów do Batumi droga wiodła przez gruzińską riwierę. Adżaria, jako samodzielna i lekko izolująca się od Tbilisi republika, odróżnia się od reszty kraju zdecydowanie na plus. Tutaj po prostu widać pieniądze (zarobione na kontrabandzie z Turcją). Drogi są w dobrym stanie, buduje się nowe. Nad morzem stoją piękne rezydencje i hotele (w niektórych jednak nadal koczują uchodźcy z Abchazji). Tymi pięknymi drogami dojechaliśmy do samego centrum Batumi, gdzie kazano nam wysiadać. Od razu z pomocą przylecieli taksówkarze. Twierdzili że w Batumi nie ma dworca autobusowego, ale oni chętnie zawiozą do granicy tureckiej, chociaż wcale o nią nie pytaliśmy. Być może mieli rację z tym dworcem, dlatego postanowiliśmy granicę przekroczyć pieszo i w Turcji złapać transport w dalszym kierunku. Tymczasem ruszyliśmy szukać trolejbusu. Pogoda była ładna, ale nadciągały ciężkie chmury. Na ulicach wisiały jakieś sznurki, ale próżno było szukać drutów. Rzut oka na plan utwierdził nas w smutnym przekonaniu, że w centrum trolejbusów absolutnie już nie ma. Wsiedliśmy w stare żiguli i zrobiliśmy sobie taksówkową wycieczkę do Chelwaczauri i z powrotem, wzdłuż dawnej linii trolejbusowej. Praktycznie wszędzie sieć była zdemontowana, a zajezdnia wedle słów taksiarza zamieniona na wytwórnię asfaltu. Samo miasto nie urzekło nas tak, jak to kiedyś zespół Filipinki, że aż zaśpiewał o nim piosenkę. Poza centrum dominowały koszmarne slamsowate bloki, pomiędzy którymi łopotało suszące się pranie. Śmialiśmy się, że z okazji Dnia Zwycięstwa włączyli wodę i całe miasto zrobiło pranie.
Po upewnieniu się że w Batumi niestety nie ma trolejbusów przyszedł czas na małe conieco, wymianę kasy i udanie się marszrutką linii 142 do granicy tureckiej w Sarpi (15 km / 1,50 lari / 2,70 zł). Na granicy deszcz rozpadał się na dobre. 
Po 9 dniach nadszedł czas pożegnać Zakaukazie. Z jednej strony było to stanowczo za mało, aby dokładnie poznać komunikacyjne niuanse tego regionu - do kilku miast w ogóle nie dotarliśmy i nawet nie wiemy czy w ogóle coś tam funkcjonuje. Na niektóre miasta jak Tbilisi czy Cziatura było zdecydowanie za mało czasu. Z drugiej strony nadmiar wrażeń bywał momentami męczący, a dziesiątki wpatrujących się jak w kosmitę oczu potrafiły wyprowadzić z równowagi. Sama komunikacja miejska w tym rejonie świata, a właściwie trolejbusy, które stanowiły dla nas najważniejszy punkt programu łapią już ostatni oddech. Być może jakiś czas jeszcze pojeżdżą trolejbusy w Gori albo w Cziaturze, może południowa sieć w Tbilisi się uchowa. Wszystko inne zmierza ochoczo ku zagładzie i któregoś dnia na Zakaukaziu nie wyjedzie na trasy ani jeden tramwaj ani trolejbus.
Gruzińska kontrola graniczna przebiegła sprawnie i z wbitą pieczątką ruszyliśmy na stronę turecką. Nadeszła pora by rozpocząć drugą, dużo bardziej lajtową część wyprawy obejmującą Turcję, Bułgarię i Serbię.
część druga

SMUTNY EPILOG
Opisywana ostatnia linia trolejbusowa w Baku przestała kursować kilka tygodni po naszej wizycie.
Pół roku po naszej wizycie, w grudniu 2006 r. ostatecznie zlikwidowano tramwaje i trolejbusy w Tbilisi, a zaraz potem w styczniu 2007 r. przestały funkcjonować trolejbusy w Kutaisi.
Trolejbusy w Ozurgeti, które przestały jeździć tuż przed naszą wizytą, nigdy już nie zostały uruchomione.
Na początku 2008 roku zamknięto trolejbusy w Cziaturze, a w sierpniu 2008 r. w wyniku działań wojennych przestały jeździć trolejbusy w Gori.


Ozurgeti
ZIU-9

Ozurgeti
ZIU-9

Ozurgeti
Skoda 14Tr

Batumi
Bogdan A091

 


© PRZEGUBOWIEC 1998-2006