|
3.05 środa
Tbilisi
Na granicy w Gardabani pociąg stał prawie 3 godziny, z czego tylko godzina była planowa. Nie wiadomo po co i w jakim celu. Gruzini twierdzili, że z Azerbejdżanu idzie wielki przemyt narkotyków i pociąg jest centymetr po centymetrze rewidowany. Nasze plecaki też musieliśmy otworzyć i okazać z grubsza ich zawartość. Przedłużający się postój mnie dobijał. Ból nogi nie minął, więc do Gruzji wjeżdżałem w nienajlepszym nastroju. Za oknem pochmurno, jakiś pusty wygon pełen dziur i kałuż, w oddali jakieś bloki, jakby niedokończone. W czasie przedłużającego się postoju Gruzini skombinowali wielką butlę piwa
Kazbegi, którą szybko obaliliśmy.
W końcu ruszyliśmy. Od granicy do Tbilisi daleko nie jest. Po drodze mijaliśmy miasto
Rustawi, do którego nazajutrz mieliśmy wpaść na trolejbusy. Zamknięta od 10 lat olbrzymia huta nie straszyła tak bardzo, jak okoliczne bloki. To miasto samych 10-piętrowych bloków wyrastające ze szczerego stepu jeszcze nazajutrz zrobi na nas piorunujące wrażenie.
Wjeżdżamy do Tbilisi. Za oknem mijamy zdewastowane bloki, totalny śmietnik, widać jakieś
Ziutki. Stajemy na dworcu Tbilisi Uzłowaja. Wielka nowoczesna hala dworcowa świeci pustkami i zionie brakującymi szybami. Tuż obok odbywa się wielki handel. Główna stacja w Tbilisi jest niewiele lepsza. Kiedyś była bardzo nowoczesna, teraz to kloaka gorsza niż Warszawa Centralna. Ogromny betonowy budynek stacyjny zajmują obecnie uchodźcy z Abchazji. Z okien zwisają sznurki, na których suszą się gacie.
Tbilisi to bardzo specyficzne miasto. Położone jest w głębokiej dolinie, przez co ciągnie się na długości ok. 30
km. W dolinie idzie linia kolejowa, główne ulice i metro. Od głównej doliny odgałęziają się w bok mniejsze dolinki. W jednej z nich leży dzielnica
Saburtalo, w której mieliśmy się zakwaterować u znalezionej w internecie rodziny przyjmującej na kwaterę turystów (a raczej podróżników, bo turyści tu nie zaglądają). Niniejszym przekazuję kontakt naszym następcom: vadim53[małpa]gol.ge. Szalenie mili ludzie: przenocują, nakarmią, pogadają, dokładnie poinstruują co zwiedzić w mieście - a wszystko za 15 euro za noc. Jak ktoś się wybiera do Tbilisi niech koniecznie wybierze ten wariant noclegu, bowiem z wszystkich ex-sowieckich gigantycznych hoteli typu Iweria czy Adżaria wysiedlono uchodźców z Abchazji i sprzedano je zachodnim sieciom typu
Radisson, które przystąpiły do ich kapitalnego remontu, wobec czego nie należy się spodziewać, aby kogokolwiek normalnego było stać w przyszłości na skorzystanie z ich oferty.
Przesłany nam mailem adres brzmiał następująco: Tbilisi, the First Lvov lane, the house 7. Wynikało z tego że chodzi o ulicę Pierwszą Lwowską i na taką kazaliśmy się zawieźć taksówkarzowi.
Pilotowani jeszcze przez przyjaciół z przedziału ograniczyliśmy działalność na dworcu do wymiany waluty (1 dolar = 1,82
lari) i udaliśmy się do taksówki. Gruzini zanim czule się z nami pożegnali dogadali się jeszcze z właścicielem wiekowego Żiguli, że ma nas zawieźć pod wskazany adres za 5 lari (9 zł), bo jak nie to oni go znajdą i będzie żałował ;-) Wpakowaliśmy plecaki do bagażnika i ruszyliśmy przez miasto. Tutaj też panował dziki chaos na ulicach. Wymuszanie pierwszeństwa i zmiana pasa bez sygnalizacji na nikim nie robiły wrażenia. Wiele samochodów nie miało zderzaków. Wśród licznych aut sprowadzonych z zachodu widzieliśmy też jakiegoś fiata z kierownicą po prawej stronie ;-) Pierwszą rzeczą, która od razu nam się w Tbilisi spodobała było coś czego nie mieli w Baku - prawdziwe autobusy. Po ulicach śmigały piękne żółte holenderskie
DAFy. Na linii 87 jeździły nawet przegubowce. Gdzieś tam bokami nieśmiało sunęły Ziutki i Skody 14Tr.
Po kilkunastu minutach z niewielką pomocą przechodniów zajechaliśmy na Lwowską. Uliczka była całkiem sympatyczna, małe domki i wille, niczym na Saskiej Kępie. Wyglądało zachęcająco. Niczego teraz tak nie pragnąłem jak odetchnąć, coś przegryźć i porozczulać się nad swoją bolącą nogą. Niestety nie zapowiadało się to prędko - szczęka mi opadła, gdy pod numerem 7 zastaliśmy Ambasadę Rumunii! Taksówkarz też się lekko zdziwił, ale może pamiętając przestrogi naszych przyjaciół z pociągu, postawił sobie za cel, że zawiezie nas do celu choćby nie wie co. Rozpoczął wywiad wśród sąsiadów, czy w okolicy jest jeszcze jakaś inna Lwowska 7. Uratowało nas to, że mieliśmy gdzieś zanotowany telefon do naszych gospodarzy. Szofer natychmiast zadzwonił i wszystko się wyjaśniło. Ulicą Lwowską pojechaliśmy jeszcze ze 2 kilometry dalej, po czym skręciliśmy ostro pod górę i zatrzymaliśmy się pod domem z adresem... Pierwyj Lwowskij Piereułok 7 :-D
Gospodarzami domu na Lwowskim Zaułku były dwie kobiety: Inga i jej teściowa Ałła. Sam Wadim pojechał na wycieczkę do Armenii z jakimiś turystami. Kobiety były szalenie miłe. Nakarmiły nas gruzińskimi specjałami. Zakochaliśmy się w gruzińskim serze, ale niezły był też sos ze śliwek i jakieś zielska, które Gruzini zjadają w całości z łodygami uprzednio obficie soląc. Zanim poszliśmy na miasto dostaliśmy szczegółowe instrukcje gdzie pójść i co zobaczyć. Lista zabytków jakie mieliśmy zobaczyć dochodziła do 30. Towarzyszył temu wykład z historii Gruzji. Przez grzeczność tylko przytakiwaliśmy, gdyż jako wielcy profani turystyki trampingowej w głowie nam były tylko tramwaje i trolejbusy. Polecano nam dojechać do centrum marszrutką, ale od razu zaznaczyliśmy, że jeździmy tylko dużymi autobusami, bo w busikach nam się nogi nie mieszczą. Pokierowano nas zatem do stacji metra
Samedicino.
I tak zrobiliśmy po swojemu. Stanęliśmy na pobliskim przystanku na ulicy Nutsubidze i oczekiwaliśmy trolejbusu, który wedle dostępnej lektury miał tamtędy jeździć. Istotnie jeździł, ale tylko w przeciwną stronę. W stronę centrum podjeżdżały tylko busiki i autobusy. Trochę czasu nam zajęło przekonanie się o tym. Co gorsza na przystanku zjawiła się nasza gospodyni i mocno się zdziwiła, że tak dawno wyszliśmy, a dopiero jesteśmy tutaj zamiast przy dwunastym zabytku z listy. Wytłumaczyliśmy się, że właśnie idziemy do metra. Ale stację metra minęliśmy i doszliśmy do kolejnej ulicy z trolejbusami. Jak się okazało tędy jeździły trajtki tylko do centrum, co nawet nam pasowało. Skodą na linii 5 pojechaliśmy pod dworzec. Po drodze wyjaśniło się czemu jeżdżą jednokierunkowo - jedno ze skrzyżowań jest zamknięte i odcinek sieci jest zdjęty. Zresztą jak się zorientowaliśmy w śródmiejskiej części sieci trolejbusowej pozostały już tylko dwie linie: 5 i 12. Myśleliśmy, że dwunastka pojedzie w jakieś ciekawsze rejony, ale okazało się, że jedzie z grubsza tak samo spod dworca do
Saburtalo, więc postanowiliśmy przejść do dania głównego, czyli tbiliskiego tramwaju. Z dość dużej sieci tramwajowej obecnie funkcjonuje tylko jedna peryferyjna linia 12, a i tak jej dni są policzone. Dwunastka zaczyna się przy stacji metra Didube i wiedzie generalnie na północ, najpierw szeroką aleją, później już aleją niedokończoną nadal pośród bloków, aż wreszcie przez jakieś wiochy do pętli na zupełnym zadupiu obok zajezdni Awczała. Końcowy odcinek trasy wmurował nas w twarde krzesełka. Bynajmniej nie jakimiś klimatycznymi widokami. Raczej wszechobecnym syfem i ruiną, jakie prezentowała sobą tamta dzielnica. Ulicę zastępował strumyk lub ogromne kałuże, na przemian z górami śmieci. W śmieciach psy, krowy i owce wyszukujące smakołyków. Wszędzie kręcą się niczym w Baku podejrzane typki. Same bloki mogłyby grać w horrorach. Podobnie jak w Baku balkony zabudowano "czym się da". Często przez okna wychodziła rura od piecyka węglowego, jako że centralne ogrzewanie przestało w Gruzji działać wraz z rozpadem ZSRR. Na większości klatek schodowych nie było okien, drzwi ani nawet framug. Zapewne poszły na opał którejś ostrzejszej zimy. Na parterach nie było też żadnych sklepów, pomieszczenia użytkowe stały puste, nieraz zdewastowane lub zabite czym się da. a już szczytem makabry były okolice zajezdni. Zajezdnia, oddana do użytku w 1986 roku, znajdowała się w stanie totalnego upadku. Biurowiec przerobiono na mieszkania dla uchodźców, ale część pomieszczeń była już zdewastowana lub wypalona. Podobnie wyglądała pobliska szkoła. Miejscowa dzieciarnia urządzała sobie zabawę skacząc z piętra na zaparkowany obok wóz wieżowy. Lokalne dresiki patrolowały okolice jakąś drogą bryką z doszczętnie rozbitą maską. Wyglądało to wszystko gorzej niż cygańskie slumsy w Czechach. Woleliśmy nie sprawdzać jak tutejsi mieszkańcy reagują na pojawienie się na ich terenie przybyszów z odległych cywilizacji. W głowie zapaliła się czerwona lampka z napisem "ewakuacja". Obok pokrytej przez wielką kałużę pętli tramwajowej pasła się ogromna tłusta świnia, której zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie z tramwajem w tle, po czym wsiedliśmy do tramwaju i wróciliśmy do stacji metra
Guramiszwili.
Tbiliskie metro składa się z dwóch linii, przy czym główna wiedzie w jedynie słusznym kierunku północ-południe
(Achmetelis teatri - Warketili), tak jak kształtuje się dolina, a druga od dworca
(Wagzilis Moedani) wiedzie na Saburtalo (Waża Pszawela) i ma zaledwie kilka stacji. Na schematach metra zaznaczają też uparcie trzecią kikutową linię
(Rustaweli - Wazisubani) z adnotacją "projektowana".
Robiło się późne popołudnie, więc pora była zobaczyć coś z zabytków, żeby nie wyjść na totalnych ignorantów. Udaliśmy się na główną ulicę -
Rustaweli. Przeszliśmy z poświęceniem całą jej długość, odnotowując przy okazji całkowity demontaż sieci trolejbusowej. Z jej końca chcieliśmy wrócić autobusem nr 6 jadącym do nas na ulicę
Nutsubidze, ale przez pół godziny nie przyjechał. Wsiedliśmy więc w inny, pierwszy lepszy, nr 61, z nadzieją, że gdzieś nas dowiezie, ale wywiózł nas w trochę inną stronę niż przewidywaliśmy. Ponieważ zrobiło się już ciemno woleliśmy nie ryzykować wywózki do dzielnic peryferyjnych, gdzie latarnie służą wyłącznie do przywiązywania do nich krów, a studzienki nie mają pokryw. Złapaliśmy taksówkę i kazaliśmy się zawieźć do domu. Kierowca okazał się totalnym debilem - nie wiedział w ogóle gdzie jest Lwowska, nie mówiąc nawet o Lwowskim Piereułku. A ponieważ wjechaliśmy do Saburtalo od drugiej strony, w dodatku po ciemku, to też sami nie bardzo wiedzieliśmy gdzie jesteśmy i nie mogliśmy mu pomóc. Dawaliśmy tylko wskazówki, że to "koło stacji metra" - sęk w tym, że nie znaliśmy jej niezapamiętywalnej nazwy. W końcu odnaleźliśmy miejsce, w którymi rano wsiadaliśmy w trolejbus i skręciliśmy z prawego pasa w lewo, aby zajechać na Lwowską. Taksówkarz tutejszym zwyczajem spytał się ile mu zapłacimy, co było tylko formalnością, bowiem i tak uznał, że 5 lari to za mało i że musi być 10 lari (18 zł). Zwymyślałem go, że 10 lari mu się nie należy, bo nie wiedział gdzie jest Lwowska i nie chciał wjeżdżać w dziurawe ulice, ale w końcu mu daliśmy na odczepnego, przeklinając go, podważając jego predyspozycje do zawodu i radząc by sobie znalazł łatwiejszą robotę. Problem w tym że wcale nie byliśmy na Lwowskim Piereułku, tylko w którymś miejscu na Lwowskiej. Napotkana grupka młodzieży okazała się w ogóle nie kumata w temacie języka rosyjskiego, niemniej jakoś sobie poradziliśmy i pod nasz adres trafiliśmy.
Przy kolacji musieliśmy się wyspowiadać co widzieliśmy z listy. Oczywiście mówiliśmy, że wszystko, ale chyba niezbyt przekonująco. Zwłaszcza za złe wzięto to, że nie widzieliśmy bani, w których - co podkreślano - kąpał się sam George W. Bush w czasie niedawnej wizyty w Tbilisi. Ale sprowadziliśmy rozmowę na inne tematy, m.in. na serial "4 Tankisty i Sobaka", w którym jednym z bohaterów był Gruzin Grigorij
Saakaszwili, noszący nazwisko obecnego prezydenta Gruzji.
|

Tbilisi
Skoda 14Tr

Tbilisi
DAF Den Oudsten B88

Tbilisi
DAF Den Oudsten B91

Tbilisi
Bogdan A091

Tbilisi
ZIU-682
Tbilisi
ZIU-682
Tbilisi
metro

Tbilisi
KTM-5

Tbilisi
KTM-5

Tbilisi
KTM-5

Tbilisi
KTM-5
|