STRONA GŁÓWNA > Podróże PRZEGUBOWCA > BAŁKANY 2006

Bałkany 2006

Batumi - Hopa - Stambuł - Bursa - Stambuł - Stara Zagora - Gabrowo - Sofia - Pernik - Sofia - Nisz - Bar - Belgrad - Nowy Sad - Budapeszt - Warszawa

Rozpoczynamy ciąg dalszy trzytygodniowej wyprawy na Zakaukazie i Bałkany. Przez ostatnie 11 dni poruszaliśmy się w klimatach radzieckich. Nadszedł czas wtopić się w nutę bałkańską. Pora na Turcję, Bułgarię i Serbię. Opowieść zaczynamy na gruzińsko-tureckim przejściu granicznym w Sarpi nad Morzem Czarnym.

9.05 (wtorek)
Po tureckiej stronie pierwszą nieodzowną czynnością było uzyskanie wizy. Jedynym warunkiem jaki trzeba spełnić do jej uzyskania jest wpłacenie w okienku 15 UD (50 zł). Do paszportu wklejany jest niewielki znaczek z półksiężycem i gwiazdą i już przez najbliższe 30 dni można wielokrotnie wjeżdżać do Turcji.
Po uzyskaniu wiz poszliśmy do innego okienka z pieczątką, potem do okienka celnika i pomału skierowaliśmy się do wyjścia z terenu przejścia. Jeszcze tylko na końcu kolejny mundurowy zajrzał w paszporty, zapewne aby w przypadku jakichś przekrętów także i jemu należała się stosowna dola. Spostrzegłszy, że ma do czynienia z Polakami zaczął coś z entuzjazmem seplenić, co po dłuższym wsłuchiwaniu się okazało się nazwiskami słynnych polskich piłkarzy. Udało mi się tylko zrozumieć nazwisko Szymkowiak ;-) 

Ledwo wyszliśmy za bramę przejścia do ponoć lepszego świata, od razu rzucił się ku nam tłum taksówkarzy. Oznajmiliśmy, że wolimy jechać busikiem - natychmiast skierowali nas do busika robiąc przy okazji dyslokację pasażerów, tak aby zmieściły się też nasze plecaki, jednocześnie nie ograniczając przestrzeni pasażerskiej. Busik jeszcze z pół godziny stał, bo dla tureckiego szofera to jest grzech ciężki odjechać choćby z jednym pustym miejscem. W deszczowe popołudnie mało kto przechodził przejściem granicznym, więc każdy wychodzący był natychmiast atakowany przez taksówkarzy i przez busiarza. Na ostatnie dwa miejsca nasz szofer znalazł pasażerów już prawie wyciągając ich z taksówki. Wreszcie ruszyliśmy. Potrzeba nam było podjechać 30 km do miasta Hopa, skąd odjeżdżały autobusy do Stambułu. Przejazd kosztował 2,50 USD i trwał około 20 minut. Busik pędził równiutką nadmorską szosą, po czym wyrzucił nas na jakimś węźle drogowym. Wysadzeni Gruzini twierdzili, że tu właśnie na poboczu trzeba czekać na autokar do Stambułu. Jakieś podejrzane busikowo-taksówkowe typki przytakiwały, twierdząc że do dworca autobusowego w Hopie jest stąd 5 kilometrów. Niespecjalnie nas to zniechęciło i pomału ruszyliśmy w kierunku wskazywanym przez drogowskaz ‘OTOGAR’. Okazało się, że miarka w oku tureckich cwaniaczków była 10-krotnie przeskalowana, bo dworzec autobusowy znaleźliśmy już po 500 metrach. Zanim jednak tam doszliśmy zrównał się z naszym krokiem jakiś turecki młodzieniec i ni w ząb nie znając angielskiego próbował się dowiedzieć dokąd jedziemy. Próbowaliśmy go olać, bo nie potrzebowaliśmy w tym momencie niczyjej pomocy, a zwłaszcza węszącego we wszystkim interes Turka, ale nie odstępował nas na krok. Tak we trójkę doszliśmy do żwirowego placyku z baraczkiem noszącym dumny napis HOPA OTOBUS TERMINALI. Towarzyszący nam młodzieniec od razu bezbłędnie wskazał do której kasy mamy się udać w celu zakupu biletów, ale jego plan spalił na panewce. W holu dworca znalazło się kilkunastu innych równie obrotnych przedstawicieli różnych przewoźników. Jak bowiem pamiętamy z eskapady Turcja-2005 tureckie linie dalekobieżne obsługują setki różnych mniejszych i większych firm, z których każda walczy jak lew o każdego jednego pasażera. W obliczu takiej możliwości wyboru próbowaliśmy się dowiedzieć który odjeżdża pierwszy. I tu gdy jeden z nich odrzekł, że za godzinę, reszta nie mając lepszych argumentów, udała się na herbatę. Autobus firmy Artvin odjeżdżał o godz. 17:00. Bilet kosztował 60 YTL (135 zł), ale nadmieńmy, że opiewał na przejazd przez całą Turcję, a więc 1410 km. Podstawiono nam eleganckiego Mercedesa O403. W autobusie zapełniło się z 1/3 miejsc i tak już pozostało.
Dłuższy czas jechaliśmy wzdłuż wybrzeża Morza Czarnego. Nadmorska droga jest w fazie zaawansowanej przebudowy na dwupasmówkę. Budowane są obwodnice miast, w ciasnych miejscach przebijane są tunele, a nowe odcinki przypominają najlepsze drogi w Szwajcarii. W komfortowym pustawym autobusie nie było problemem ułożenie się do snu.

10.05 (środa)
Rano usłużny steward tradycyjnie zaproponował kawkę lub herbatkę. Za oknem piękna pogoda, nawet robi się gorąco. Szerokimi autostradami wjeżdżamy do Ankary. Gdzieś w oddali dostrzegamy czerwone Ikarusy. Na gigantycznym dworcu okazuje się, że nasz autokar kończy tutaj bieg, chociaż mamy bilety do Stambułu. Turcy, choć wiele im można zarzucić, są jednak takimi ludźmi, że nikogo nie zostawią z problemem. Zaraz podleciał do nas jakiś klient i zakomunikował, że jeśli chcemy do Stambułu to tam właśnie 38 stanowisk dalej stoi odpowiedni autobus. To nic, że innej firmy i prawie cały pełny. Widocznie mają jakieś umowy między sobą. Teraz jechaliśmy Setrą S417HDH, lekko już przechodzoną i ze słabą klimatyzacją. Po autobusie ganiały rozwydrzone muzułmańskie dzieci, przy czym niektóre łaziły korytarzykiem, a inne przeciskały się pod fotelami. W autobusie również co jakiś czas serwowano kawę. Postanowiliśmy dojechać w Stambule aż do głównego dworca autobusowego w europejskiej części. Do Europy wjechaliśmy koło godziny 15, a więc prawie dobę po wyjeździe z Hopy.
Pierwszą czynnością na ogromnym dworcu autobusowym w Stambule, poza skorzystaniem z bankomatu, była oczywiście konsumpcja kebaba. Zaraz potem zakupiliśmy żetony na metro i pojechaliśmy nim do centrum, do stacji Aksaray. Stąd jeszcze kwadrans zatłoczonym tramwajem i znaleźliśmy się w okolicach Sultanahmet, gdzie znajdował się najtańszy polecany hotel.
Hotel rzeczywiście był wybitnie tani jak na samo centrum Stambułu - pokój dwuosobowy kosztował 25 YTL (56 zł). Ale też nie oferował nic więcej poza ciemnym pokoikiem o wymiarach 3 na 3 z umywalką. Kibelek (a raczej dziura w podłodze) i prysznic (z ciepłą wodą z piecyka gazowego podłączonego do butli) znajdowały się na korytarzu. Ale i tak do Hotelu Kutaisi było mu daleko.
Ogromny Stambuł ze swoją kryjącą wiele zagadek komunikacją, a przede wszystkim z ogromną ilością Ikarusów był dla nas na tyle kuszący, że postanowiliśmy zmodyfikować pierwotny plan i przedłużyć wizytę nad Bosforem o jeden cały dzień. Wobec czego kilka wieczornych godzin z pierwszego dnia poświęciliśmy na bezowocne próby zrobienia kilka zdjęć autobusów w centrum miasta. Bezowocne, bo skutecznie przeszkadzał w tym zamiarze chaotyczny ruch samochodów i pieszych. Dlatego szybko sobie darowaliśmy to zajęcie i poszliśmy szukać kafejki internetowej, aby przekazać światu wiadomość że żyjemy. Znaleziona kafejka dysponowała słabiutkim transferem uniemożliwiającym nawet sprawdzenie poczty, więc nie zagrzaliśmy tam długo miejsca. Wróciliśmy do hotelu, posilając się po drodze w pobliskiej kebabiarni i robiąc zakupy w pobliskim sklepie, którego staliśmy się z czasem stałymi klientami.

11.05 (czwartek)
Bursa
150 km od Stambułu leży milionowe miasto Bursa. Postanowiliśmy pojechać do niego na wycieczkę jednodniową. Wiodła nas do tego miasta potrzeba spotkania z Ikarusami oraz nowoczesne lekkie metro jakie powstało tam w ubiegłych latach.
Do Bursy co chwila kursują wspaniałe tureckie autokary. Popłynęliśmy przez Bosfor na dworzec Harem (1 YTL / 2,25 zł), gdzie popełniliśmy karygodny błąd. Daliśmy się namówić naganiaczowi do zakupu biletu na autobus do Bursy (15 YTL / 33,75 zł). Po zakupie okazało się, że kupiliśmy bilet na autobus odjeżdżający za godzinę z kawałkiem, podczas gdy autobusy w kierunku Bursy odjeżdżały niemal co 10 minut. Drugą spektakularną wpadkę zaliczyliśmy zamawiając kebab w ogródku kebabowym, w efekcie czego dostaliśmy poszatkowane mięso wołowe na talerzu, w dodatku dużo droższe niż tego oczekiwaliśmy (8,50 YTL / 19,10 zł). Zrzucając wszystko na kark zmęczenia i wczesnej pory resztę czasu czekania poświęciliśmy na kilka fotek Ikarusów.
Autobus do Bursy był już trochę wyeksploatowany, ale podróż zabrała nie więcej jak 2,5 godziny, z czego pół godziny zajęło płynięcie promem.
Dworzec autobusowy (bo kolej tu nie dociera) leży tureckim zwyczajem daleko poza miastem. Kursują do niego specjalne autobusy oznaczone jako Terminal Otobusu z numerami linii od 90 do 96. Pojawił się problem, który z nich jedzie do centrum miasta, gdzie pewnikiem spotkamy też metro. Intuicja podpowiadała nam, że 90 i jak się okazało był to słuszny wybór. Stary Mercedes O302 po półgodzinie dowiózł nas na jakieś ważne skrzyżowanie (1,50 YTL / 3,40 zł), gdzie co chwila przejeżdżały różne inne autobusy, w tym także piękne czerwone Ikarusy.
Po sesji fotograficznej i konsumpcji kebaba przyszła pora na znalezienie metra. Nie okazało się to zadaniem nad wyraz trudnym, bo choć trzeba było kawałek podejść, to wejście do stacji swoimi rozmiarami dominowało nad otoczeniem.
Metro w Bursie zostało oddane do użytku w 2001 roku jako inwestycja pod klucz wykonana przez firmę Siemens. Dlatego jest pod każdym względem wierną kopią typowych niemieckich stadtbahnów jakich pełno np. w Zagłębiu Ruhry. Nawet wagony, choć z nowocześniejszą elektryką i zbudowane w kooperacji z przemysłem tureckim, wyglądają tak samo jak kolońskie jednostki B80D z początku lat 90. A co najfajniejsze, tak samo szybko jeżdżą jak w Kolonii.
Poranne opóźnienia sprawiły, że zaliczyliśmy tylko jedną z dwóch odnóg metra. Zdążyliśmy jeszcze porobić kilka zdjęć w centrum (spotkaliśmy tam m.in. fiata 126p) i trzeba było wracać 90-tką na otogar.
Na dworcu autobusowym od razu ominęliśmy naganiaczy i poszliśmy na perony gdzie natrafiliśmy na pierwszy z brzegu autobus z tablicą Istanbul, który właśnie szykował się do odjazdu. W środku było zaledwie kilka osób, bilety bez problemu kupiliśmy u stewarda (15 YTL / 33,75 zł).
Podróż powrotna przebiegła równie sprawnie, prawie nie czekaliśmy na prom. Przezornie zaopatrzyłem się rano w rozkład jazdy promów pływających po Bosforze, dzięki czemu wiedzieliśmy, że ostatni prom z Haremu płynie o 21.30. Autobus jechał na tyle szybko, że już przed 21 wjeżdżaliśmy do Stambułu. A w Stambule jak zwykle gigantyczne korki, o tej porze głównie w kierunku od centrum. Specjalnie na naszą prośbę podjechano na Harem, gdzie jeszcze zdążyliśmy na przedostatnią łajbę (1 YTL / 2,25 zł).
Przed snem jeszcze zaszliśmy do naszego kebaba (2 YTL / 4,50 zł) i do naszego sklepu prowadzonego przez starego Turka i jego syna, z których ten drugi nawet próbował coś mówić po angielsku (znajomość języków obcych u Turków jest bliska zeru, jeśli nie ujemna).


Hopa
dworzec autobusowy

Bursa
metro

Bursa
metro

Bursa
Ikarus 280

Bursa
Ikarus 260

Bursa
Ikarus 260

Bursa
Mercedes O302

Bursa
Mercedes O302

Bursa
MAN SL200

Bursa
Mercedes O302

Bursa
dolmusze

12.05 (piątek)
Stambuł
Zeszłoroczna wizyta w Stambule pozostawiła u mnie duży niedosyt. Była zdecydowanie za krótka, aby przynajmniej liznąć wszystkie atrakcje, a do tego słabo przygotowana pod kątem tego co warto zobaczyć. Teraz przyszła pora to naprawić z nawiązką.
Po informacje o systemie komunikacyjnym Stambułu odsyłam do opisu wyprawy Turcja-2005. Dla nas podstawowym zadaniem było dokładniejsze zaznajomienie się z układem komunikacyjnym Stambułu, wykonanie dokumentacji fotograficznej pojazdów, zwłaszcza Ikarusów, zaliczenie szybkiego tramwaju oraz starego tramwaju po azjatyckiej stronie.
Początkowo w wykonaniu zadania przeszkadzał nam deszcz. Popłynęliśmy promem pasażerskim do Kadikoy, gdzie znajdują się dwie największe pętle obsługujące linie autobusowe po azjatyckiej stronie. Wśród zdominowanego przez niebiesko-czerwone Ikarusy taboru dostrzegliśmy pokaźne ilości tegorocznych Mercedesów Citaro. Zaliczyliśmy pseudo-zabytkową linię tramwajową 20, wybudowaną kilka lat temu wokół lokalnej dzielnicy handlowej, po której jeżdżą sprowadzone z byłej NRD dwuosiowe Gothy. Korzystają z niej sami miejscowi emeryci, którzy z poświęceniem gramolą się do wysokopodłogowego wagonu. Przyszła pora na przedostanie się do części europejskiej. Postanowiliśmy tego dokonać przy użyciu autobusu. Okazało się, że z obydwu wielkich pętli w tym kierunku jedzie tylko linia 110 - niestety nie obsługiwana Ikarusami. Pojechaliśmy zatem jakimś tureckim wynalazkiem. Przebijaliśmy się początkowo przez dzielnice prawobrzeżne, wyglądające zupełnie jak jakieś przedmieścia niemieckich miast. Następnie wjechaliśmy na most, a potem przy użyciu rozmaitych wielopoziomowych ślimaków zajechaliśmy na plac Taksim. Stamtąd szybko zjechaliśmy Ikarusem linii 80T do Aksaray. Przyszedł czas na zaliczenie całego tramwaju aż do Zeytinburnu. Jedna funkcjonująca linia tramwajowa w zależności od długości odcinka jaki pokonuje nosi numer 37, 39, 46 albo 47 - lekki nonsens.
Przy końcowej stacji, gdzie możliwa jest przesiadka na metro, zauważyliśmy ciekawy patent. Obok normalnych schodów zamontowano schody ruchome. Problem w tym, że były za krótkie i zaczynały się dopiero od pierwszego spocznika. Postanowiłem uwiecznić ten nonsens na zdjęciu i w tym momencie jak spod ziemi wyrośli jacyś agenci pytając po angielsku (!) po co robię zdjęcia, że to jest zabronione. Przypomniało mi się, że właśnie kilka minut wcześniej w najlepsze fotografowałem na trasie przejeżdżające pociągi metra i nikt się nie zainteresował. Wytłumaczyłem, że spodobała mi się ta koncepcja częściowych schodów ruchomych. Trochę ich to uspokoiło, bo sami dostrzegli idiotyzm tego rozwiązania. Podjechaliśmy metrem na otogar. Była godzina 16:00 i pomału zaczęły się nam wyczerpywać pomysły na Stambuł. Posiedzieliśmy godzinę w internecie - nareszcie chodził jak należy. Zaniepokoiłem się dlaczego nie mogę wejść na Przegubowca. Dopiero po jakimś czasie odkryłem, że turecka klawiatura w miejscu literki ‘i’ ma swoje tureckie ‘i bez kropki’. ‘I z kropką’ trzeba było szukać gdzieś w okolicach przecinka.
Do wieczornego pociągu do Bułgarii było jeszcze parę godzin. Wpadł nam wtedy do głowy wariacki pomysł. Zakupiliśmy kilka biletów autobusowych i postanowiliśmy pojechać pierwszym lepszym autobusem do pętli nie znając kompletnie 10-milionowego miasta. Przegubowy Ikarus na linii 28 niestety nam uciekł, ale za to wsiedliśmy w 20-letniego przegubowego Manasa na linii 86O. Stambulskie linie ze względu na liczne warianty tras są dodatkowo oznaczane literkami. 86O było wariantem linii 86 jadącym na Otogar.
Autobus wyjechał z dworca jakimiś śmiertelnie zakręconymi ślimakami, po czym jak się zdołałem zorientować zaczął jechać w kierunku zachodnim, potem skręcił w stronę południową, po czym znów na zachód. Raz się zapełniał, a raz pustoszał. Za oknem nieprzerwanie ciągnęło się miasto. Gdzieś po godzinie jazdy zaczęliśmy się zastanawiać czy to już nie dojeżdżamy do granicy bułgarskiej. W końcu przecięliśmy jakieś tory kolejowe i zorientowaliśmy się, że dojechaliśmy do Kucukcekmece. W panice zarządziliśmy ewakuację z wozu. Przeszliśmy na przystanek po drugiej stronie i z wielką ulgą odnotowaliśmy nadjeżdżający autobus linii 145 z napisem Aksaray. Powrót do centrum zajął ponad godzinę. Kilkakrotnie stawaliśmy w korku, który akurat w stronę centrum był spowodowany robotami drogowymi lub kolizją na przeciwległym pasie, na którym w piątkowy wieczór trwał nieustanny korek. W ogóle korki w Stambule, jak wszystko w tym mieście jest w nieporównywalnie innej skali niż znane z miast europejskich, i to pomimo bardzo rozwiniętej sieci szerokich dróg. To miasto to prawdziwe piekło - za dużo jest tu wszystkiego, ludzi, samochodów, domów. 10-milionowe miasto opierające się praktycznie wyłącznie na komunikacji kołowej to porażka.
Z autobusu 145 wysiedliśmy przy Topkapi, obejrzeliśmy zajezdnię tramwajów, w której mieści się może kilka składów (gdzie zatem nocuje reszta? wychodzi na to że na mieście). Do hotelu wróciliśmy tramwajem, zabraliśmy plecaki i poszliśmy na pociąg do Bułgarii, zaglądając po drodze do naszego sklepu i na kebaba.
Wrażenia z Turcji wywiozłem lepsze niż w zeszłym roku. Nauczony już doświadczeniem czego unikać praktycznie udało mi się nie zostać nigdzie naciągniętym. Kilkudniowe obserwacje wykazały, że Turcja jest krajem o bardzo rozwiniętej infrastrukturze drogowej, ale zupełnie zacofanej komunikacji szynowej. Trochę się to od paru lat zmienia, budowany jest właśnie tunel kolejowy pod Bosforem oraz linia dużych prędkości z Ankary do Stambułu. W miastach tureckich cały czas buduje się nowe domy, a właściwie bloki. Takie miasta jak np. Trabzon, przez który przejeżdżaliśmy autobusem z Hopy, ciągną się potem przez wiele kilometrów. Za tym całym rozwojem nie nadąża społeczeństwo. Ponad połowa kobiet chodzi po ulicy w chustach (stwierdziliśmy że to odpowiednik „moherowego beretu”), kilka razy dziennie muezin wyje z meczetu, po czym na ulicy przed świątynią wszyscy zaczynają bić pokłony w stronę Mekki. Choć muszę przyznać, że każdorazowo gdy z minaretu dobywał się bełkotliwy skowyt, coś mnie lekko elektryzowało i nachodziła mnie refleksja, że te modlitwy są w tym miejscu niezmiennie od setek lat powtarzane. Wokół zgiełk, tłok, korki, klaksony, normalne życie, a tu jak od wieków wołanie do modlitwy. Ma to swój jakiś nieuchwytny klimat, ten dźwięk zapada w pamięć na długo.
O 22:00 wyjechaliśmy pociągiem Stambuł - Bukareszt z biletami do Starej Zagory (447 km / 33,70 YTL / 75,80 zł - razem z miejscem w kuszetce).


Stambuł
metro

Stambuł
tramwaj

Stambuł
Reko TZ70

Stambuł
Ikarus 260

Stambuł
Ikarus 260

Stambuł
MAN SL200

Stambuł
MANAS SG192

Stambuł
Mercedes O345

Stambuł
Guleryuz Cobra

Stambuł
...

Stambuł
Guleryuz Cobra

13.05 (sobota)
Stara Zagora + Gabrowo
Wjechaliśmy do słonecznej Bułgarii. Pierwszym miastem na naszym szlaku była Stara Zagora. W tym 200-tysięcznym mieście nadal funkcjonują trolejbusy, choć z pięciu linii wciąż zaznaczanych na planie miasta faktycznie od paru dobrych lat funkcjonują tylko dwie. W taborze dominują Ziutki, ale są też jakieś ochłapy Skód 14Tr. Ciekawszy jest za to tabor autobusowy. Poza kultowymi czerwonymi Ikarusami przegubowymi jeździ tu zbieranina ze Szwajcarii, a więc różne prastare śmieszne konstrukcje typu Saurer, NAW, Berna itp.
Skrócony przez spóźnienie pociągu czas w Zagorze wykorzystaliśmy na zaliczenie linii trolejbusowej do Stadionu (bilet: 60 stotinek / 1,20 zł).
Na 11:30 ustawiliśmy się na autobus do leżącego po drugiej stronie gór Gabrowa (85 km / 6 BGL / 12 zł). Na dworcu co chwilę ktoś nas zaczepiał pytając dokąd jedziemy i udzielając cennych porad, chociaż wcale o to nie prosiliśmy. W Bułgarii zupełnie jak w Turcji - nikt nie pozwoli, żebyś miał problemy ;-) To jest właśnie piękne w tym kraju, że choć tonie w pierdzielniku i stagnacji, to jednak ludzie zachowują niezwykłą pogodę ducha i dodają tym ziemiom niezwykłego kolorytu.
Lekko spóźniony przyjechał królujący na bułgarskich szosach typ autobusu - turystyczna Setra. Był to dalekobieżny kurs Momcziłgrad - Ruse. Po drodze przejeżdżaliśmy przez miasto Kazanłyk, gdzie parę lat temu zlikwidowano trolejbusy. Sieć trakcyjna wciąż wisiała nad ulicami, po ulicach jeździły stare mercedesy.
Gabrowo to 75-tysięczne przemysłowe miasto położone w dolinie rzeki Jantry. Co ciekawe w bułgarskiej kulturze pełni ono funkcje analogiczne jak w Polsce Wąchock. Nam jednak nie było do śmiechu, bo od wjazdu do miasta nie zauważyliśmy żadnego trolejbusu. Nad ulicami wisiała dobrze utrzymana sieć trakcyjna, ale przez 3 godziny pobytu w Gabrowie ani jeden trolejbus na trasie się nie pojawił. Sporadycznie za to jeździł autobus - dwudrzwiowy Ikarus 260 sprowadzony z NRD. Skojarzyłem wówczas relacje jakiegoś Niemca, który narzekał że w niektórych miastach w Bułgarii trolejbusy wyjeżdżają tylko na pojedyncze kursy w ciągu dnia w celu dowiezienia pracowników do fabryk. Wszystko wskazywało na to, że dotyczyło to Gabrowa, bowiem mieliśmy właśnie sobotę i nikt się do fabryki nie wybierał.
Gorycz rozczarowania ugasiliśmy w jednej z wielu sympatycznych knajpek, jakich pełno w centrum Gabrowa. Zamówiliśmy do jedzenia „pile arena” - fantastyczny gulasz z warzywami i oczywiście Zagorkę (7,50 BGL / 15 zł)
Nie mając za wiele do roboty w Gabrowie wsiedliśmy w autobus do Sofii (10 BGL / 20 zł). Jechaliśmy dobrze nam znanym Mercedesem O403. Droga przebiegała zupełnie z dala od jakichkolwiek miast. Przed Sofią wskoczyliśmy na największą dumę bułgarskich drogowców - zalążek autostrady Sofia - Warna. Nawet całkiem niezłe wrażenie robią te wiadukty i tunele.
Pod wieczór wjechaliśmy do Sofii. Po kilku dniach w miarę rozwiniętej cywilizacyjnie Turcji przyjazd do Sofii był lekkim szokiem. Pierwsze bloki i ulice jakie zobaczyłem jednoznacznie skojarzyły mi się z przedmieściami Tbilisi. Brakowało tylko zwierząt gospodarskich.
Zajechaliśmy na wspaniały nowy dworzec autobusowy zlokalizowany tuż obok kolejowego i udaliśmy się pod znany nam adres - Hotel Mariot (noc w pokoju 4-osobowym - 10 EUR).
Gospodyni niezmiernie ucieszyła się na nasz widok, bo pamiętała nas z ubiegłorocznych wizyt. W hostelu pomieszkiwało jakieś dziwne zagraniczne towarzystwo - wręcz był komplet. Poszliśmy jeszcze do GrillBaru na dobre żarcie, skąd obserwowaliśmy zarówno klimatyczne zrupieciałe tramwaje, jak i zjawiskowe bułgarskie piękności.


Stara Zagora
ZIU-9

Stara Zagora
ZIU-9

Stara Zagora
ZIU-9

Stara Zagora
Berna

Stara Zagora
Mercedes

Stara Zagora
Ikarus 280.04

Stara Zagora
Saurer

Stara Zagora
Mercedes O307

Gabrowo
Ikarus 260.43

Gabrowo
Setra S215SL

14.05 (niedziela)
Sofia
Jak przystało na wzorowych obywateli postanowiliśmy siódmy dzień tygodnia wykorzystać na odpoczynek. Jako element odpoczynkowy wybraliśmy wyprawę na górujący nad miastem masyw Witoszy. Aby jednak nie tracić zbyt dużo czasu i energii postanowiliśmy wykorzystać do tego celu kolejkę linową. Pojechaliśmy zatem tramwajem 14 do pętli Hładilnika (najładniejsza trasa tramwajowa w Sofii), aby stamtąd autobusem 123 dojechać do „kabinkowego liftu”. Choć na pętli czekała masa ludzi chętnych spędzić czas za miastem, autobus 123 nie przyjeżdżał. Na oknie ekspedycji autobusowej znaleźliśmy informację, że kabinkov lift w maju nie pracuje z powodu przeglądu technicznego. Na szczęście działał wyciąg krzesełkowy (sedalkov lift) docierający w nieco mniej efektowne partie górskie, na Goły Wierch, ale - jak uznaliśmy - mogący również urozmaicić naszą wyprawę.
Do dolnej stacji krzesełek w Dragalewci dojeżdżał autobus linii 93. Ostro pnącą się pod górę trasę pokonywały krótkie Mercedesy O302. Część pasażerów wiozła w zatłoczonym autobusie nigdy nie myte z błota rowery górskie nic sobie nie robiąc z tego, że na każdym zakręcie któryś z pasażerów dostawał w głowę albo w brzuch kierownicą.
Sedalkov lift na Goły Wierch (Goli vrah) jest czynny tylko w sezonie, a w maju tylko w piątki, soboty i niedziele, także możemy mówić o pewnym szczęściu. Sezon właśnie się zaczął, krzesełka ruszyły, ale wyglądało na to, że od poprzedniego sezonu jedyną czynnością obsługi było naciśnięcie guzika START. Wszędzie bowiem panował totalny bałagan i brud. Same krzesełka, dwuosobowe, nie budziły zaufania. Był to jeszcze przedpotopowy typ wyciągu z wsiadaniem na krzesełka przy pomocy nadstawiania tyłka i wyczekiwania aż krzesełko podjedzie. Nie mniej cieszyły się dużym powodzeniem, zwłaszcza rowerzystów, bo aby się do niego dostać staliśmy 40 minut w kolejce. Bilet na wyciąg kosztował 5 lewa (9,90 zł). Sama trasa składała się z dwóch części - w połowie trasy następowała przesiadka. Pod sam koniec trasy prawie już nie było lasu i zrobiło się strasznie zimno. Zaraz jak wysiedliśmy ubraliśmy się ciepło i udaliśmy się nie niedługą wędrówkę zachęceni tym że wokół stacji kolejki leżał jeszcze śnieg. Co ciekawe czując pod stopą wysokie góry moja noga zupełnie zapomniała, że ma mnie boleć - szkoda że dopiero teraz. 
Nacieszywszy oczy górską przyrodą i posiliwszy się w górskim bufecie, zjechaliśmy wyciągiem do cieplejszych dzielnic Sofii, aby zakosztować nieco uciech komunikacyjnych.
Z Hładilnika pojechaliśmy autobusami do dzielnicy Iztok. W jednym Mercedesie z automatyczną skrzynią biegów odnotowaliśmy, iż bułgarski styl jazdy automatem nie uległ żadnej zmianie jakościowej. Nadal stosuje się wyłączanie biegu na klawiaturze przy dojeżdżaniu do przystanku lub świateł.
Dzielnica Iztok to taki trochę sofijski Ursynów, zaopatrzony w zajezdnię tramwajowo-trolejbusową i autobusową. Bułgarskie bloki jednak wypadają zdecydowanie na niekorzyść, nawet momentami mają wiele cech tych widzianych na Zakaukaziu.
Z Iztoka trolejbusem i tramwajami udaliśmy się na przeciwległy kraniec miasta, do dzielnicy Owcza Kupel, gdzie po splocie torów 1009 mm i 1435 mm dojeżdża tramwaj 22 i gdzie znajduje się wąskotorowa zajezdni tramwajowa. Na dworcu autobusowym sprawdziliśmy, że autobusy do Pernika odjeżdżają kilka razy na godzinę, po czym po sesji zdjęciowej z udziałem linii tramwajowej 5 wróciliśmy do centrum. Resztę wieczoru spędziliśmy w GrillBarze i kafejce internetowej. Tak minął najbardziej relaksowy i leniwy dzień całej wyprawy.


Sofia
924

Sofia
932

Sofia
501

Sofia
718

Sofia
828

Sofia
Tatra T4D

Sofia
Ikarus 280T

Sofia
Ikarus 280T

Sofia
Tramkar-Cobra

Sofia
Ikarus 280.04

Sofia
Mercedes O302T

Sofia
Mercedes O345

15.05 (poniedziałek)
Pernik i Sofia
30 km na zachód od Sofii przy linii kolejowej do Grecji leży górnicze miasto Pernik. Ze względu na kursujące tam ponoć trolejbusy wzbudziło nasze zrozumiałe zainteresowanie. Można tam dojechać pociągiem, ale dużo efektywniejsza na tej trasie jest komunikacja autobusowa. Co 10-15 minut do Pernika jedzie autobus z dworca Owcza Kupel. Dlatego też tam skierowaliśmy nasze kroki. Były to już dość późne kroki, bo ranek spędzaliśmy na długim wstawaniu, wizycie na targu i zakupie serii planów bułgarskich miast.
Do Pernika zawiózł nas wiekowy Czawdar w wersji turystycznej (25 km / 2 BGL / 3,96 zł). Wysiedliśmy na skraju miasta, na osiedlu Iztok, gdy tylko zauważyliśmy druty trolejbusowe. Długi czas żaden trolejbus nie nadjeżdżał, pojawił się jedynie jakiś autobus Iveco sprowadzony z Triestu we Włoszech. W końcu na przystanek przyjechał ZIU-9. Z autopsji wynikało, że w Perniku z 4 niegdysiejszych linii funkcjonują tylko dwie: 10 i 20. Pozostałe są co prawda odrutowane, ale jeżdżą na nich autobusy - głównie Ikarusy 260 i kultowe stare Czawdary. Trolejbusy to same radzieckie Ziutki, ale jeździł też jeden bułgarsko-rumuński Czwadar-DAC. Poza Pernikiem takich już się nie spotyka. Częstotliwości trolejbusowe są bliżej nie określone - gdy tylko zaczailiśmy się na fotki trolejbusów, nastąpiła niewytłumaczalna blisko godzinna przerwa w kursowaniu. Później już jeździły w miarę normalnie co ok. 20 minut. 
Pewien problem pojawił się, gdy nasze żołądki zgłosiły potrzebę zapełnienia. Nauczeni pozytywnymi doświadczeniami z Warny czy Gabrowa zaczęliśmy się rozglądać za jakąś miła jadłodajnią. Centrum Pernika stanowiła sympatyczna strefa ruchu pieszego, więc widać że miasto choć robotnicze, to jednak dość kulturalne. Niestety wszystkie odwiedzone lokale okazywały się chamskimi drink-barami z wysokoprocentowymi alkoholami i bananowo-dresiarską młodzieżą przesiadującą tamże w oparach papierochów. Rozczarowani tym stanem rzeczy skazaliśmy się na pseudopizze z plastikowej budki (1,10 BGL / 2,20 zł).
Z Pernika wróciliśmy do Sofii setrą. Wysiedliśmy przy obwodnicy, aby przesiąść się na jeżdżącą nią linię 111. Wbrew moim sceptycznym przypuszczeniom ta niby peryferyjna linia jeździła z oszałamiającą częstotliwością poniżej 10 minut. Obsługiwały ją same najnowsze Mercedesy Conecto. Prawdopodobnie swój byt i popularność zawdzięcza budującym się coraz obficiej wzdłuż obwodnicy hipermarketom. Linią 111 dojechaliśmy do dzielnicy Lulin na zachodzie miasta. Udało nam się tam sfotografować najnowszy sofijski trolejbus zbudowany na bazie tureckiego autobusu Cobra. 
Z Lulina do centrum wróciliśmy tramwajem 8. Jest to dość osobliwa linia, bowiem została wybudowana kilkanaście lat przed otwarciem metra, a wiedzie praktycznie po tej samej trasie. Czyżby zawiodło planowanie? Przez jakiś czas jeździła przez to bardzo rzadko - ostatnio jednak otrzymała dobrą częstotliwość i obsługiwana jest pojedynczymi Tatrami T4, przez co cieszy się popularnością jako dowozówka do metra. Co ciekawe na swojej trasie jedzie ulicą, która przechodzi tunelem pod Parkiem Zachodnim.
Wieczorem zawitaliśmy jeszcze do jednej księgarni, gdzie udało się skompletować plany wszystkich bułgarskich miast z komunikacją trolejbusową.


Pernik
Czawdar 317TR

Pernik
ZIU-9

Pernik
ZIU-9

Pernik
ZIU-9

Pernik
ZIU-9

Pernik
Czawdar 11GS

Pernik
Steyr SS11

Pernik
Iveco 471.10

Pernik
Ikarus 260

Pernik
Ikarus 260

16.05 (wtorek)
Nisz
Pomału nadszedł czas kończyć najlżejszą część wyprawy. Do południa jeszcze leniwie szwendaliśmy się po centrum i masowo fotografowaliśmy trolejbusy-Ikarusy. Najlepszym miejscem okazał się słynny wjazd do tunelu na Bulwarze Generała Skobelewa. W końcu nadszedł czas udać się na dworzec na jedyny pociąg jadący przez przejście graniczne Kalotina - Dimitrowgrad do Serbii.
Na dworcu zaczepił nas jakiś dziad w kolejarsko-robociarskim odzieniu z pytaniem w czym nam może pomóc, bowiem akurat szukaliśmy kas międzynarodowych. Zaprowadził nas tam, kupiliśmy bilety do Niszu w Serbii (184 km / 13 BGL / 25,75 zł), po czym od razu oznajmił, że pociąg odjeżdża z peronu 4 oraz którędy na ten peron się udać. Ponieważ było jeszcze trochę czasu nie zamierzaliśmy tam iść, co go trochę zdziwiło, lecz jakoś nie odstępował od nas. Wreszcie wydusił z siebie, że chciałby za swoją pomoc jakąś kasę. Dostał 1 lewa na odczepkę.
Za resztę drobniaków nakupiliśmy mactostów z macdonaldowego okienka na dworcu.
Pociąg do Belgradu przez Nisz wiózł komplet. W naszym przedziale rozgościli się serbscy przemytnicy wiozący badziewie z Turcji. Pamiętając realia polskich granic sądziliśmy, że wiozą jakieś hurtowe ilości papierosów czy alkoholu, ale jak zaczęli po kontroli granicznej z ulgą przepakowywać „towar” to aż mi się ich żal zrobiło - wieźli jakieś totalne dziadostwo, jakieś zabawki, sznurówki, cukierki, mnóstwo tureckiej tandety i to w ilościach śmiesznych - po 5-10 sztuk. Pewnie potem rozłożą gazetę na chodniku w Nowym Belgradzie i będą tym handlować.
W pociągu spotkaliśmy mocno przestraszonego Polaka. Opowiedział nam, że musiał skrócić urlop w Grecji i dlatego zamiast autokarem jedzie pociągiem już drugi dzień. Jakiś bułgarski taksówkarz nastraszył go, że na dworcu w Sofii można stracić życie z rąk cyganów i zawiózł do najbliższego hotelu na noc. Facet prosto z hotelu przyszedł na dworzec i wsiadł w pociąg. Nie mógł uwierzyć w nasze pełne zachwytu opowieści o Sofii. A jak usłyszał skąd wracamy to już w ogóle chyba uznał, że ma do czynienia z samobójcami.
Na granicy w Kalotinie pogranicznicy, zarówno bułgarscy, jak i serbscy bardzo mili. I jak zwykle niczym nie uzasadniony długi postój. Do Niszu dojechaliśmy spóźnieni o 2 godziny. Jawny to znak, że jesteśmy w Serbii.
Z Niszu mieliśmy jechać nocnym pociągiem do Baru nad Adriatykiem w Czarnogórze, a stamtąd przez dzień do Belgradu ponoć fantastyczną linią kolejową (próbowałem tego dokonać już rok wcześniej, ale nie wyszło). Pociąg miał odjeżdżać o 20:40, więc zostawiliśmy plecaki na dworcu i poszliśmy w miasto szukać kantoru. Po długich poszukiwaniach udało się wymienić kasę i robiąc fotki wróciliśmy na dworzec kupić bilety. Po drodze widzieliśmy gdzieś w oddali jakieś niesamowite 3-osiowe Sanosy, więc obiecaliśmy sobie je wytropić i uwiecznić. Na dworcu rzuciliśmy okiem na rozkład i okazało się, że pociąg 20:40 do Baru „nesaobraca” czyli nie kursuje. Co gorsza w tej sytuacji najbliższy pociąg w jakimkolwiek sensownym kierunku odjeżdżał w południe nazajutrz. Plan się lekko sypał, zaczynaliśmy już myśleć o noclegu w Niszu, ale udaliśmy się po informację do kasjera. A tu pełna niespodzianka - pociąg do Baru jak „saobraca”. Tyle że odjeżdża 2 godziny wcześniej, czyli za 20 minut! Nie zastanawiając się długo zakupiliśmy bilety i miejsca do leżenia (871 km / 2033 YUD / 102 zł). Odebraliśmy bagaże z przechowalni, zakupiliśmy suchy prowiant i mokre picie i ulokowaliśmy się w pociągu. Trzyosiowe Sanosy megatransy pozostały nie rozwikłaną zagadką, niczym Yeti.
Pociąg Nisz - Bar odjeżdżał 2 godziny wcześniej, gdyż z powodu remontu torów jechał dłuższą drogą, a ponieważ się po drodze łączył z jadącym do Baru z Belgradu więc nie mógł się opóźniać. W pociągu był komplet. W naszym przedziale jechały dwie studentki, jakiś serbski młodzian, który jednak cały wieczór bawił w przedziale obok, przychodząc co jakiś czas wznosić toasty i nalewając sobie kolejne stakany z dwulitrowej butelki piwa, oraz jeden tajemniczy z początku gość, zabawiający nasze studentki rozmową po angielsku. Wydało nam się to dość podejrzane w tym rejonie świata. Co gorsza z podsłuchanej rozmowy dowiedzieliśmy się, że koleś jest z Polski. Początkowo myśleliśmy, że to może jakiś miłośnik kolei jedzie do Baru - zresztą trochę nawet jak miłośnik kolei wyglądał. Ale rozmowa ze studentkami toczyła się na tematy polityczne. W końcu nie wytrzymaliśmy i włączyliśmy się do rozmowy. Okazało się, że tajemnicza postać jest dziennikarzem Gazety Wyborczej i została na ten koniec świata zrzucona, by relacjonować referendum niepodległościowe w Czarnogórze. Samolotem przyleciał do Sofii, potem autobusem do Niszu i teraz jedzie pociągiem do Podgoricy, stolicy Czarnogóry.


Nisz
Sanos S200

Nisz
Ikarus 160

Nisz
Renault SC10

 

17.05 (środa)
Bar
Niby wyprawa się ma ku końcowi, a tu na koniec jeszcze takie niespodzianki. No ale to w końcu Serbia, więc nie ma lekko. Jazda pociągiem do Baru była dla mnie koszmarem. W nocy potwornie zmarzłem, pasażerowie w przedziale chrapali, co chwila się budziłem. W końcu gdy już było szaro za oknem nie wytrzymałem i wyszedłem na korytarz. A tam szok. Pociąg pędzi serpentynami przez jakieś wysokie góry. Co chwila tunele, wiadukty nad żlebami, cały czas prawie po ścianie jakiegoś kanionu. Całkiem nieźle - dobrze mówili że to jedna z najpiękniejszych linii kolejowych w Europie. I co ciekawe zbudowana całkiem niedawno.
W Podgoricy pociąg opustoszał i do końcowej stacji Bar dojechaliśmy prawie sami. Po drodze mijaliśmy Jezioro Szkoderskie, którego drugi niewidoczny brzeg znajdował się już w Albanii.
W Barze kolejna niespodzianka. Pociąg o 10:00, którym mieliśmy wracać do Belgradu jest przesunięty na 7:00. Tymczasem była godzina 9:05. Dobrze, ze chociaż ten o 13:35 odjeżdżał prawidłowo. Mieliśmy zatem kilka godzin czasu na mało ciekawe miasteczko nadmorskie, w dodatku pozbawione jakiejkolwiek sensownej komunikacji miejskiej. Pewną wpadką logistyczną był fakt, że w Czarnogórze środkiem płatniczym jest euro, a bankomaty to wciąż dość rzadkie tutaj urządzenia. Niemniej za kilka euro zrobiliśmy zakupy i najedliśmy się pizzą oraz zakupiliśmy bilety do Belgradu (560 km / 15,15 EUR / 59,40 zł). W cenę biletu wliczona była opłata za usługę.
Pociąg do Belgradu wracał początkowo tą samą trasą, więc tym razem oglądaliśmy ją w pełnym słońcu i robiliśmy zdjęcia. Na jednym ze stoków wciąż leżą szczątki pociągu podmiejskiego, który wykoleił się tu na początku roku, a z uwagi na niedostępność terenu nie dało się go stamtąd zabrać.
W dalszym etapie trasa już nie była tak efektowna, choć nadal przez góry. W dodatku popsuła się pogoda. Na krótkim fragmencie pociąg jechał przez terytorium Bośni. Do Belgradu zajechał serbskim zwyczajem nieco opóźniony - tylko 1h40 w plecy. Na szczęście w hotelu tuż przy dworcu o godzinie 23:05 działała recepcja i były wolne pokoje (1575 YUD / 79 zł).


Podgorica
szczątki pociągu

Bar
stacja

Bar
zajezdnia

18.05 (czwartek)
Belgrad i Nowy Sad
Bez entuzjazmu podchodziłem do kolejnej wizyty w Belgradzie, ale dość szybko mi ten stan przeszedł. Okazało się, że w porównaniu do poprzedniej wizyty sprzed 4 lat zaszły duże pozytywne zmiany. Zrupieciałe tramwaje i trolejbusy w większości wyremontowano, zakupiono sporo nowych trolejbusów, głównie rosyjskich i białoruskich, a także używane z Aten, zakupiono także dużo nowych autobusów Ikarbusów - praktycznie nie ma już żadnych używanych autobusów z Zachodu, które kiedyś wspomagały tramwaje jeżdżąc po tych samych trasach - tego zjawiska też już nie ma. Jednakowe bilety obowiązują we wszystkich autobusach i można je nabyć normalnie w kioskach. Całodziennego biletu jednak nadal nie ma. Powstało kilka inwestycji drogowych i kilka nowych biurowców, ale wciąż nie są w stanie uporać się z Dworcem Centralnym. Tak więc parę słonecznych godzin w Belgradzie zaliczam do udanych i pożytecznych - zmieniłem zdanie o tym mieście na pozytywne.
Na drugą część dnia zaplanowaliśmy Nowy Sad. W sumie nie mieliśmy dobrego pomysłu na to miasto, ale zaplanowaliśmy tam spotkanie z miejscowymi miłośnikami autobusów - Saszą i Raszą. Do Nowego Sadu pojechaliśmy autobusem relacji Podgorica - Nowy Sad (80 km / 450 YUD / 22,50 zł). Początkowo dwupasmowa droga, w dodatku płatna w połowie trasy zmienia się w normalną szosę. Ciekawym obiektem na trasie jest półtorakilometrowy most na Dunaju.
Pierwsze chwile w Nowym Sadzie znów miały posmak survivalu. Kasa międzynarodowa nie wiedzieć czemu była nieczynna, podobnie przechowalnia bagażu. Przy tej drugiej z pomocą pospieszyła nam babcia klozetowa, oferując swój kantorek za przechowalnię. Choć tak naprawdę to plecaki nie mieszcząc się do kantorka stały oparte o ścianę w ogólnodostępnym przejściu podziemnym. Woleliśmy na to nie patrzeć pozostając w nadziei, że jeszcze kiedyś zobaczymy nasz dobytek. Kasę też w końcu udało się przywołać do porządku - zakupiliśmy bilet na nocny pociąg do Budapesztu (274 km / 1335 YUD / 66,80 zł). W cenę biletu znów wliczono dopłatę za obsługę kasjerską. Ciekawy zwyczaj - tym kasjerkom nie płacą pensji czy co?
W oczekiwaniu na serbskich towarzyszy porobiliśmy fotki jedynych na świecie, występujących tylko w Nowym Sadzie autobusów Volvo-Neobus z lokalnej wojwodińskiej wytwórni. Niestety ich kres jest bliski, od tego roku kupowane są duże partie serbskich Ikarbusów.
Poznani w internecie Sasza i Rasza zawieźli nas do fajnego pubu nad brzegiem Dunaju, gdzie spędziliśmy przy piwie kilka godzin na wesołych rozmowach o komunikacji, życiu i polityce. Dzień zakończyliśmy w pizzerii, gdzie pokonała nas specjalność zakładu - pizza z tuńczykiem i twarożkiem - nie dało się tego zjeść.
Nasze plecaki stały nadal w korytarzu obok wc. Pociąg z Belgradu do Budapesztu już na pierwszych 80 kilometrach nabrał godzinnego spóźnienia. Niemniej całkiem spokojnie, budzeni jedynie na granicy w Suboticy, dojechaliśmy na rano do Budapesztu.


Belgrad
Tatra KT4

Belgrad
Tatra KT4

Belgrad
Be4/6+B3

Belgrad
ZIU-682

Belgrad
Trolza-62052

Belgrad
AKSM-333

Belgrad
AKSM-321

Belgrad
Ikarus 160

Belgrad
MAN SG283

Belgrad
Ikarbus 103

Novi Sad
Volvo B10MA Neobus

Novi Sad
Volvo B10M Neobus

Novi Sad
Volvo B7R Neobus
 501

19.05 (piątek)
finał
Kilkadziesiąt minut w Budapeszcie starczyło tradycyjnie na zrobienie zakupów na dalszą drogę, kupno biletów i sfotografowanie Solarisa Trollino na linii 76. O 6:50 ruszyliśmy EuroCity w kierunku Polski. Przez Bratysławę i Brno dojechaliśmy do Czeskiej Trzebowej, gdzie nastąpiło oficjalne zakończenie wyprawy „Zakaukazie 2006”. O 13:02 wsiadłem w pociąg do Warszawy. O 19:38 w dwudziestym pierwszym dniu wyprawy stanąłem z powrotem na warszawskiej ziemi. Za mną zostało 10850 kilometrów, 12 krajów, 14 miast z komunikacją miejską, z czego 8 odwiedzonych po raz pierwszy. Była to jak dotąd najdłuższa czasowo i kilometrowo wyprawa. Ale zapewne nie ostatnia, bo jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia...



Budapeszt
Solaris T12

Budapeszt
ZIU-9UV

 


© PRZEGUBOWIEC 1998-2006