STRONA GŁÓWNA > Podróże PRZEGUBOWCA > URAL 2007
URAL
2007
Część I - PETERSBURG
|
||
|
Zapraszamy do opisu wyprawy na Ural. Tym razem kolejne części relacji będą publikowane sukcesywnie w miarę pisania. Wyprawa trwała 20 dni, działo się bardzo dużo, w związku z tym tworzenie opisu idzie wyjątkowo powoli. Ponadto z fanklubu kącika podróżniczego dochodzą sygnały, że jego lektura to ciężki kawałek chleba i potrafi czytelnika na kilka godzin wyłączyć ze świata. Dlatego pomalutku opisu i zdjęć będzie przybywać. |
||
|
20.05 niedziela Wyprawa do Rosji dla mnie zaczęła się w niedzielę rano. Poranne 123 przyjechało na przystanek 5 minut za wcześnie, szczęśliwie ja już na nim czekałem. W pociągu relacji Szczecin – Terespol jechała już pozostała część ekipy. Byli lekko nieprzytomni, gdyż rozpoczęli podróż o 2 w nocy. Z półgodzinnym spóźnieniem wynikającym z remontu linii E20 przyjechaliśmy do Terespola. Bilety na pociąg wahadłowy do Brześcia zakupiliśmy w kasie w cenie 3 zł 84 gr i udaliśmy się na drugi peron. Pociąg relacji Terespol - Brześć jest zestawiony z dwóch białoruskich wagonów „obszczich” z drewnianymi siedzeniami w środku. Wagony są totalnie zdewastowane przez przemytników i pograniczników. Na szczęście podróż nimi zajmuje jedynie 30 minut, z czego większość czasu pociąg stoi na przystanku Park Bug, gdzie odbywa się białoruska kontrola graniczna. Pociąg do Brześcia był prawie pusty. Białoruska kontrola przebiegła sprawnie. Zebrane od pasażerów paszporty już po kwadransie zostały rozdane z powrotem. Dostaliśmy do wypełnienia rosyjskie karty imigracyjne, z których połówka wylądowała w kieszeni spodni pogranicznika (a zaraz potem pewnie w najbliższym śmietniku), natomiast drugą należało trzymać jak relikwię, jako że w Rosji karta imigracyjna jest równie ważna co sam paszport. Jak zwykle kupę śmiechu dostarczyły nam białoruskie deklaracje celne, w których pytano nas czy nie przewozimy broni, narkotyków, materiałów rozszczepialnych i jadowitych gadów. Znów miałem dylemat jakim alfabetem je wypełniać. Po wyjściu na peron w Brześciu należało jeszcze przejść przez salę odprawy celnej, gdzie kłębił się spory tłum ludzi, a na deklaracjach przybijano jakieś pieczątki. Szybko zorientowaliśmy się, że obejdzie się bez pieczątek i udaliśmy się do innego stolika, gdzie zbierano deklaracje i sprawdzano zawarte w nich dane z zawartością bagaży. Tam też kłębił się spory tłumek, ale wyczaił nas jakiś ważniejszy funkcjonariusz i rozpoznając w nas poczciwych turystów wskazał drogę z pominięciem całej procedury. Tak oto znaleźliśmy się za wschodnią granicą, gdzie przyszło nam spędzić kolejne 20 dni. Pierwszym – a dla części załogi podstawowym – celem naszej wyprawy był Petersburg. Z Brześcia odjeżdża codziennie o 14:08 pociąg do tegoż miasta. Była godzina 12:30 i należało kupić bilety na pociąg, a wcześniej znaleźć odpowiednią kasę, nie mówiąc już o zdobyciu białoruskich środków płatniczych. Z pierwszej kasy, jak i z okienka informacji odesłano nas z informacją, że bilety sprzedaje inna kasa, ale tak w ogóle to biletów na ten pociąg nie ma. Do wskazanych dwóch kas kłębiła się długa kolejka, ale oto podwoje odkrywała trzecia kasa, która gdy tylko zobaczyła, że zbliżają się jacyś turyści zaczęła się zamykać. Na pytanie ile w ogóle kosztuje bilet do Petersburga padła odpowiedź, że biletów nie ma. Dopiero zwrócona uwaga, że to nie jest odpowiedź na pytanie pozwoliła rozeznać się w cenie. Niemniej biletów nie było w kasie i to nas lekko zdołowało. Ładny początek wyprawy. Gdy już szukaliśmy awaryjnego rozwiązania niespodziewanej sytuacji podeszła do nas babuszka z propozycją korzystnej wymiany waluty. Wyłuszczyliśmy jej, że waluta białoruska póki co nam na nic, skoro nie możemy kupić biletów na pociąg. „Poczekajcie” usłyszeliśmy i babuszka udała się na rozmowę z kasjerką, która przed chwilą odesłała nas z kwitkiem. Już po chwili wróciła z wiadomością, że bilety są, z tym że pięć jest w jednym wagonie, a jeden w innym. Choć wiedzieliśmy, że jej pomoc nie jest bezinteresowna zgodziliśmy się na tę propozycję. Babuszka zakupiła dla nas bilety w kasie za białoruskie ruble (79730 BYR / 105 zł), a od nas ściągnęła należność w złotówkach i dolarach, oczywiście po dla siebie dogodnym kursie. Mieliśmy mały problem z uregulowaniem całej sumy, bowiem część z nas zaopatrzona była w kompletnie nieprzydatne w tej części świata euro, ale przeszukując najgłębsze kieszenie i próbując utargować niższą sumę wysupłaliśmy żądaną kwotę. W ten oto znamienny sposób weszliśmy w posiadanie sześciu biletów na nocny pociąg Brześć – Petersburg. Do odjazdu pozostała jeszcze godzina, więc udaliśmy się do znanej z poprzednich wyjazdów knajpki po drugiej stronie przerzuconej nad dworcem kładki, by ostudzić emocje łykami zimnej Sybirskiej Korony. Konieczne też było zaopatrzenie się na długą 20-godzinną jazdę. Ruszyliśmy nieco głębiej w miasto na poszukiwania sklepu spożywczego. Pierwszy większy sklep okazał się marketem obuwniczym, dalej nie było sensu iść. Zakupów dokonaliśmy w kiosku obok przystanku trolejbusowego. Ntb. trolejbusy do dworca nie dojeżdżały za sprawą jakichś wykopków na ul. Ordżonikidze. W przeciwieństwie do wyjazdu do Moskwy tym razem przyszliśmy na peron pozostawiając sobie rezerwę czasową. Zajęliśmy miejsca w wagonie płackartnym i ruszyliśmy w drogę. Niewtajemniczonym przypomnę, że wagon płackartny to najprościej ujmując bezprzedziałowa kuszetka. Są jeszcze kupiejne (przedziałowe sypialne, często klimatyzowane, dwukrotnie droższe), a w niektórych pociągach też obszczije czyli wyłącznie z miejscami siedzącymi. Każdy wagon ma swojego opiekuna, tzw. prowadnika, który sprawdza bilety przy wejściu, a potem opiekuje się wagonem i podróżnymi. W każdym wagonie jest kocioł, teraz już elektryczny, z gorącą wodą – w każdej chwili można sobie za darmo zrobić herbatę albo gorący kubek. Są też dwie toalety, które mają tę właściwość, że na pół godziny przed większą stacją są zamykane na klucz przez prowadnika z uwagi na „sanitarną zonę”. Cechą charakterystyczną płackarty są okna, które z reguły się nie otwierają, a jeśli już się otworzą to na zawsze. W takich to wagonach spędziliśmy na całej wyprawie 12 nocy. W Baranowiczach wsiadł białoruski lumpenproletariat jadący do roboty do Petersburga. Chociaż część ekipy wyglądała na lekko nieletnią na stolikach pojawiły się wysokie procenty. Gdy zorientowali się, że jadą w wagonie z Polakami najstarszy z nich zaczął leczyć swoje sowieckie kompleksy wspomnieniami o wspaniałym Związku Radzieckim i niewdzięcznych republikach (w tym Polsce), które uciekły spod opieki matuszki Rosji karmiącej ich przez 50 lat. Usłyszeliśmy, jak to kiedyś było wspaniale i jak to teraz Polska dąży do wojny z Rosją (!), która przecież nikomu nigdy krzywdy nie chciała zrobić. Coś w tym momencie dla żartu mruknąłem o Czeczenii, a koleś najwyraźniej usłyszał, bo nie ciągnął dalej swoich wywodów zaczerpniętych zapewne z białoruskiej telewizji. Dłużącą się jazdę przez niekończące się przestrzenie Polesia urozmaiciliśmy sobie wizytą w wagonie-restoranie, gdzie z uzbieranej waluty zamówiliśmy dla każdego po zupie-solance i piwie. Wagon-restoran leżał w odległości sześciu wagonów od naszego toteż przejście przez cztery płackarty i dwa kupiejne dostarczyło nam niesamowitych przeżyć estetyczno-organoleptycznych. Zmysł powonienia miał okazję pomału przyzwyczajać się do charakterystycznego dla tej części świata fetoru „niemytego ruska”. |
||
|
21.05 poniedziałek Sankt Petersburg (1) Pierwszej nocy w płackarcie nie wspominam dobrze. Leżanka była twarda, wąska i krótka, w wagonie było gorąco. No ale w sumie niczego innego nie oczekiwałem. Cały wagon zwlókł się z wyrek już na 3 godziny przed przyjazdem do Petersburga, więc resztę czasu przesiedzieliśmy unikając wzroku białoruskich odwetowców, którzy nowy dzień zaczęli od swojego ulubionego napoju. W końcu jechali do roboty. Mijane przystanki kolejowe wyglądały coraz okazalej, były pomalowane w żywe burdelowe kolory i czekało na nich sporo ludzi. To znak, że dojeżdżamy do dużego miasta. W szczerym polu przed samym Petersburgiem minęliśmy wielkie złomowisko parowozów, które jak wynikało z planu miasta było skansenem lokomotyw. Punktualnie o 9:40 przyjechaliśmy na Dworzec Witebski. Z jednego z kilku bankomatów ustawionych rzędem pod ścianą wyciągnęliśmy stosowną ilość rubli i udaliśmy się do metra, by dostać się na miejsce noclegu. Petersburskie metro należy do najgłębszych na świecie. Większość stacji położona jest ponad 50 m pod ziemią – zjazd na peron trwa przez to niemiłosiernie długo. Poza tym jest to typowe radzieckie metro. Ciekawostką jest kilka stacji tzw. typu zamkniętego, tj. perony są oddzielone murowaną ścianą od toru. Wejście do wagonu odbywa się przez drzwi w ścianie otwierające się równoległe z drzwiami pociągu. Zastosowany w latach 60. patent obniżający koszty budowy jest jednak teraz przeklinany – postoje na stacjach trwają dłużej, a radziecka technika synchronizująca pracę drzwi wagonu i stacji okazuje się bardzo zawodna. Wstęp na stację metra odbywa się przez bramki po wrzuceniu żetonu. O kupieniu biletu wieloprzejazdowego mogliśmy zapomnieć – potrzebne były do tego jakieś dodatkowe dokumenty, a zysk niewielki. Zakupiliśmy więc większą ilość żetonów, które jednak były jak na Rosję zaskakująco drogie (14 rb / 1,54 zł). Dodatkowej opłacie podlega też bagaż. Przez moment zastanawiałem się jak ta opłata jest egzekwowana. Okazało się, że w bardzo prosty sposób. Czujne KGB-owskie oko jednego z pilnujących wejścia do stacji natychmiast wypatrzyło intruza z plecakiem i kazano mi wrzucić do bramki dwa żetony. Do stacji Newski Prospekt, zlokalizowanej najbliżej miejsca noclegu należało jechać linią czerwoną (kirowsko-wyborską) jedną stację, a następnie linią niebieską (moskowsko-piotrogrodzką) dwie stacje. Z całej trwającej prawie 20 minut podróży najwięcej czasu zeszło na zjeżdżanie i wjeżdżanie schodami ruchomymi oraz na przesiadkę z jednej linii na drugą. Nocleg w Petersburgu mieliśmy wcześniej umówiony na plebanii kościoła ojców Dominikanów, w jednej z piwnicznych salek, w sąsiedztwie sali spotkań anonimowych alkoholików. Wymagał wzięcia z domu własnych śpiworów i karimat, ale miał podstawową zaletę – nic nie kosztował. Obok kościoła wypatrzyliśmy sklep z mapami. W zakresie interesujących nas planów z komunikacją miejską nie oferował nic atrakcyjnego, jedynie komunikacyjny plan Petersburga w ilościach tak małych, że nawet nie starczyło dla całej ekipy. Co prawda sprzedawczyni obiecała dowieźć nowe plany z hurtowni następnego dnia, ale do tego czasu zakupiliśmy je w innych placówkach. Czas ruszyć w miasto. Na pierwszy dzień zaplanowaliśmy południowe rejony sieci tramwajowej. Dość szybko zrezygnowaliśmy z czekania na tramwaj na ul. Sadowej, bowiem wszystko wskazywało na to, że tramwaj już tędy nie jeździ. Ze względu na postępującą w zastraszającym tempie likwidację tras tramwajowych w centrum miasta bezpieczniej było penetrować linie peryferyjnie i wjeżdżać nimi w głąb centrum niż bezskutecznie czekać na tramwaj przy dowolnej ulicy w centrum. Udaliśmy się zatem do metra, by dojechać do Kirowskiego Rejonu. Na peronie Marek dość beztrosko pstryknął z fleszem fotkę ściągając na siebie natychmiast milicję. Myśleliśmy, że będzie gorąco, ale skończyło się na nakazie natychmiastowego skasowania wykonanego cyfrówką zdjęcia. Marek demonstrując mundurowym rzekome kasowanie zamiast OK wcisnął OFF, ekranik zgasł i panowie milicjanci uznali zdjęcie za skasowane puszczając go wolno. Wysiedliśmy na stacji Kirowskij Zawod i udaliśmy się na przystanek tramwaju 36, aby dojechać nim do podmiejskiej pętli Strielna. Po niedługim oczekiwaniu nadjechał przegubowy leningradzki LWS-86. Motorowa do spółki z konduktorką uprzedzała wsiadających, że tramwaj jedzie tylko do ul. Desantnikow. Tak więc już na początku spotkało nas rozczarowanie – nie zaliczymy jednej z ciekawszych petersburskich linii. Linia 36 zamiast do Strielnej zatoczyła kółko po totalnie zmasakrowanym torowisku na ul. Desantnikow i Marszałka Kazakowa obok jednego z wielkich bazarów. W tym rejonie do przejechania była jeszcze linie 52 do Sosnowej Polany, która mimo przyjemnej nazwy, godnej współczesnego dewelopera, okazała się ponurym blokowiskiem z lat 70. Wróciliśmy stamtąd do pętli przy Stoczni Północnej będącej punktem początkowym dla tramwajów i autobusów obsługujących południowo-zachodni rejon miasta. Po sesji fotograficznej obejmującej także Ikarusy 280.33G z dwuskrzydłowymi drzwiami pojechaliśmy tramwajem linii 41 w kierunku centrum zastanawiając się dokąd faktycznie nas dowiezie. Jazda linią 41, która na planie obejmowała odcinek dwóch stacji metra zajęła prawie godzinę. Przyczyną był agonalny stan torowiska na całej trasie oraz liczne korki. Co ciekawe samochody karnie stały na swojej części jezdni, na torowisko wjeżdżali tylko co bardziej zdesperowani kierowcy ciężarówek albo popularnych w tym rejonie świata srebrnych pseudoterenówek. Pętla linii 41 na placu Repina okazała się jednocześnie punktem początkowym linii 16. Na żadnym z posiadanych planów takiej linii nie mieliśmy, gdyż jak się później okazało została uruchomiona dopiero miesiąc wcześniej w miejsce trzech innych zlikwidowanych. Być może dlatego obsługujący ją tramwaj – jeden z nowszych LM99 – nie posiadał żadnych tablic kierunkowych. Wszystko wskazywało jednak, że jedzie na ul. Marata. W tramwaju nie było konduktora, a nieliczni pasażerowie płacili motorniczemu przy wyjściu. Trasa 16 jest aktualnie jedyną wiodącą przez ścisłe centrum. Wiąże się to niestety z jej totalnym rozregulowaniem. Praktycznie na całej trasie tramwaj tkwił w korku, na przejazd przez każde skrzyżowanie poświęcał kilka cykli sygnalizacji. Już po chwili zostaliśmy jedynymi pasażerami. Z powodu remontu torowiska szesnastka nie wjechała na Marata tylko posuwała się w korku dalej na północ Litiejnym Prospektem. W zasadzie odpowiadało nam to, pomimo że upływały cenne kwadranse pobytu w Petersburgu. Wreszcie po pokonaniu Newy Litiejnym mostem tramwaj dojechał do stacji metra Wyborska, gdzie zawrócił by kolejną godzinę tkwić na pusto w korku w drodze powrotnej. My tymczasem zastanawialiśmy się nad dalszym planem, bowiem wszystkie tramwaje jakie przyjeżdżały na Wyborską zupełnie nie pokrywały się z posiadanymi przez nas planami miasta, a jeszcze inną wersję ich tras przekazywały tablice kierunkowe. W końcu zaryzykowaliśmy i wsiedliśmy w szóstkę. Zupełnie pusty przegubowiec LWS86 zawiózł nas przez Grenadierskij most i Wyspę Piotrogrodzką na pętlę Primorskij Park Pobiedy (Nadmorski Park Zwycięstwa). Z gęstej niegdyś sieci tramwajowej w tym rejonie pozostała tylko ta jedna linia, zlikwidowana zresztą miesiąc po naszym pobycie. Pętla w Parku Pobiedy zaskakiwała swoim rozmachem. W krzakach na wjeździe ukryto 4-torową stację postojową, natomiast grupa odjazdowa liczyła trzy tory, a odjazdy odbywały się po podaniu na semaforze przez dyżurnego ruchu sygnału zielonego. Wszystko dlatego, że niedaleko od pętli zlokalizowany jest ogromny Stadion Kirowa mogący pomieścić 70 tys. kibiców. Teraz jednak pozostanie im już tylko metro albo marszrutki, które tak uwielbiają. Do pętli w Parku Pobiedy dojeżdżała też linia 40, na którą nie mieliśmy co liczyć, gdyż – jak poinformowała nas dyżurna ruchu – cechuje ją „duży interwał”. Szczęście się do nas jednak uśmiechnęło i zza krzaków wyłonił się wagon LM68 na linii 40. Większość trasy znów pokonaliśmy sami. Na kluczowych skrzyżowaniach tramwajowych stoją budki regulatorów ruchu na bieżąco przekazujących informacje o przejezdności trasy. Właśnie od jednej z takich regulatorek motorowa dowiedziała się, że ma jechać „w park” czyli do zajezdni. Po raz czwarty tego dnia tramwaj, którym jechaliśmy nie pojechał tam gdzie było mu pisane. Koło zajezdni wsiedliśmy w tramwaj linii 48 z zamiarem dojechania do najbliższej stacji metra. Starszy konduktor długo nie mógł zrozumieć, dlaczego nie chcemy kupić biletu skoro czterdziestka pojechała nie tam gdzie trzeba. W zestawie miał tylko jedno pytanie pomocnicze – dokąd chcemy jechać. Na stwierdzenie, że do metra i do centrum sugerował jazdę w przeciwnym kierunku i miał w tym trochę racji, bowiem 48 wbrew swojej oficjalnej trasie dojechało do pętli na Kuszelewce. Woleliśmy dalej nie eksperymentować z petersburskimi tramwajami i w kwadrans doszliśmy do stacji metra piechotą, kupując w budce z panią o skośnych rysach naleśniki, zwane tutaj blinami. Wieczorem czekała nas ciężka próba – zakup biletów na dalszą drogę po Rosji. Z uwagi na legendarne trudności z nabyciem biletów na rosyjskie pociągi, których to trudności nie zlikwidował nawet upadek komunizmu, postanowiliśmy pójść na całego i zakupić od razu wszystkie bilety na nadchodzące trzy tygodnie. Wybraliśmy do tego celu późną porę (23:00 – choć wciąż na dworze jasno) i mało znaczący dworzec (Witebski) w nadziei, że obędzie się to w atmosferze spokoju i zrozumienia. Na dworcu działała tylko jedna kasa kolejowa i jedna ajencyjna (pobierająca prowizję). Kasjerka wyglądała na kumatą, więc zapowiadało się dobrze. Przed nami jednak Marek zaczął kupować dla pozostałej ekipy powrotne bilety do Dyneburga i wszystko by poszło gładko, gdyby w połowie procedury wydawania biletu nie rozmyślił się i nie zmienił zamówienia z wagonu płackartnego na obszczij. Kasjerkę wyprowadził tym nieco z równowagi, ale skoro nie zatrzasnęła przed nami okienka to dobrze wróżyło. Przyszła kolej na nas. Od razu przeszliśmy do rzeczy prosząc o kluczowe bilety do Czelabińska na najbliższą środę – bez tego nie było w ogóle co kombinować dalej. Miejsca były, pokazaliśmy paszporty, pani wstukała dane do komputera, wydrukowała blankieciki (trwało to jakieś 5 minut), po czym dowiedziała się, że jeszcze będzie kilka biletów do wypisania. „No to dawajcie dalej” – usłyszeliśmy nieco zaskoczeni. Wyjąłem zatem plan wyprawy i dyktowałem pani kolejne stacje, relacje, daty. Z każdym kolejnym zakupionym biletem wstępowała w nas kolejna fala radości. Pani lekko zawahała się czy nie robimy ją w balona kupując bilet do stacji Leśna Wołczanka, ale komputer potwierdził że taka jest. Pewien kłopot sprawiła kasjerce stacja Krasnoturińsk, bowiem komputer takie nie miał na liście. Podpowiedziałem, że może po ‘r’ trzeba wpisać miękki znak. Pomogło. Pani była z siebie dumna. Sytuacja zrobiła się kryzysowa przy piątym bilecie, gdzieś w okolicach Ufy. Kasjerka zaczęła zdradzać oznaki znużenia pytając czy długo jeszcze zamierzamy jeździć po Rosji. Za nami stała już kolejka dziesięciu osób, czuliśmy na sobie ich oddechy i tylko czekaliśmy, aż poczujemy w plecach siekierę. Zaproponowaliśmy jej obsłużenie następnych osób w kolejce, ale jej ani w głowie było przerywać fascynującą podróż po Uralu – widać że wciągnęło ją to. Gdy poskarżyliśmy się, że pasażerowie za nami się niecierpliwią, wstała i nakrzyczała na nich, że po co stoją tutaj skoro jest jeszcze druga kasa. Autorytet pani kasjerki podziałał – cała kolejka karnie przestawiła się do sąsiedniej ajencyjnej kasy. Ruszyliśmy w dalszą podróż z kasjerką. Po blisko godzinnej operacji udało nam się zakupić wszystkie dziewięć biletów na najbliższe trzy tygodnie jazdy. Nie mogliśmy w to uwierzyć – cały plan wyjazdu – runda po Uralu i dalej aż do Charkowa na Ukrainie zmaterializowała się w postaci biletów trzymanych w dłoniach. Zostawiliśmy w kasie 6824,70 rubli od osoby (751 zł). Pani w kasie chyba też wyglądała na zadowoloną – pojeździła sobie tego wieczora kulturalnie po Rosji, zamiast męczyć się z chamstwem na linii Petersburg – Mińsk. Jak się później okazało mogła to zrobić nieco lepiej i nie sprzedawać jak leci zawsze miejsca górnego i dolnego, ale dwa dolne (wygodniejsze) albo też nie wciskając opłaty za pościel do biletu na przejazd w ciągu dnia. No ale te minusy nie mogły przysłonić nam plusów. Po tak udanej akcji mogliśmy już tylko udać się na zasłużony odpoczynek. |
Leningrad Cowboys :-) Sosnowa Polana LWS-86K Awtowo LWS-86K Sosnowaja Polana LWS-97K Siewiernaja Wierf' ![]() LWS-86K ul. Marsz. Goworowa ![]() LM-99K pł. Riepina ![]() LWS-86K Grenadierskij most LWS-86K Primorskij Park Pobiedy ![]() LWS-86K Primorskij Park Pobiedy LWS-86K Kuszelewka LiAZ-5256.25 Niewskij pr. |
Ekipa + konduktorkaLWS-86K Otoyol M29.14 Komsomolskaja pł. PTZ-5283 Komsomolskaja pł. ![]() AKSM-101 Leninskij prospekt LiAZ-5256.25 Komsomolskaja pł. ![]() LiAZ-6212 Korabielanaja ul. Wołżanin 5270 Siewiernaja Wierf' Ikarus 280.33G Siewiernaja Wierf' Ikarus 280.33G Sosnowaja Polana ![]() LiAZ-5256.25 pł. Riepina ![]() Ikarus 280.33G Metro Wyborgskaja |
|
22.05 wtorek Sankt Petersburg (2) Drugi dzień planowaliśmy poświęcić północnym rejonom miasta. Jednak z powodu zamknięcia wielu linii plan zrealizowaliśmy szybciej i trafiliśmy też do dzielnic południowych. Ale po kolei. W pierwszym etapie zaliczyliśmy trasę od stacji metra Ozierki do ul Żeni Jegorowej oraz pętle na Pridorożnej Alei i Prospekcie Kultury. To wszystko co było przejezdne tego dnia – reszta w remoncie albo zamknięta. Postanowiliśmy przejechać w rejony północno-wschodnie. Po drodze trafiliśmy na znaną z poprzedniego dnia pętlę Kuszelewka. Tym razem już za dnia zastaliśmy tu więcej oznak życia niż tylko zdewastowany dworzec kolejowy i studzienki kanalizacyjne pozbawione pokryw. Obok przystanku funkcjonowała knajpa typu mordownia, gdzie do piwa oprócz standardowych dodatków takich jak ryba podawano też kanapki z serem i wędliną. Po krótkiej przerwie na konsumpcję wsiedliśmy w 48 celem dojechania na pętlę Łachtinskij Razliw, ale dość szybko obwieszczono, że wagon jedzie „w park”, więc ewakuowaliśmy się i czekaliśmy kolejne 20 minut. Na Łachtinskim Razliwie zrobiliśmy większe dopiwne zakupy w sklepie, takie jak marynowane papryczki, marynowany czosnek, ogórki kiszone, suszone kalmary i suszone rybki. Tam też odłączyli się od nas Marek i Nafciarze. My natomaist wsiedliśmy w tramwaj 19 i dojechaliśmy nim do stacji metra Stara Dierewnia, po drodze konsumując zakupione wiktuały. Ze Starej Dierewni udaliśmy się osiemnastką na ulicę Szawrowa, dokąd dojeżdżają jedyne w Rosji składy przegubowców. Linia 47 pełni tu rolę dowozówki z metra do dużego osiedla, dlatego obsługują ją podwójne LWS86. Drugą część dnia spędziliśmy na południu miasta. Zaliczyliśmy przeznaczoną do likwidacji linię 29 łączącą Moskowskije Worota z Miasokombinatem. Torowisko na trasie było całkiem zacne, frekwencja dopisywała. Zapewne argumentem za wycięciem linii jest planowana likwidacja 1. Zajezdni co bardzo utrudniłoby obsługę tego kikuta w przyszłości. Wagon którym jechaliśmy nie posiadał konduktora. Opłatę za przejazd pobierał motorniczy przy wyjściu pierwszymi drzwiami. Na przystankach gdzie nikt nie wsiadał otwierał tylko pierwsze drzwi. Efektem tego były kilkuminutowe postoje na przystankach i złorzeczenia cwaniaczków, którzy nie mogli wysiąść bez zapłaty. Z Miasokombinatu planowaliśmy przedostać się do Kupczina. Zrobiliśmy to jednak bez wcześniejszego rzutu oka na plan komunikacyjny, przez co nie wiedzieliśmy, że odcinek ten można pokonać w 3 minuty metrem. My zdecydowaliśmy się na bardzo rozpowszechniony tutaj środek transportu, charakterystyczny dla krajów trzeciego świata, czyli na mikrobus, zwany tutaj marszrutnym taksi a częściej marszrutką. Ze skąpej informacji przystankowej wynikało, że przez Kupczino jadą linie 201 i 202. Gdy już odstaliśmy swoje w długiej kolejce i zajmowaliśmy miejsca w busiku okazało się, że bilet kosztuje nie 14 rubli a 30. Prędko ewakuowaliśmy się do wskazanej nam marszrutki linii 479A, w której ta sama trasa (długość jednego przystanku) kosztowała tylko 15 rubli. Przy wysiadaniu z bydłowozu nabiłem sobie siarczystego guza, przeklinając tym samym całe busiarstwo od Zakopanego przez Rygę, Petersburg, Stambuł, aż po Erewań i Baku. Aby od marszrutki dojść do pętli tramwajowej w Kupczinie należało pokonać długie przejście podziemne pod torami kolejowymi. Akurat nastały godziny szczytu i jedynym wąskim tunelem łączącym pętlę tramwajową, autobusową i przystanki podmiejskich busików ze stacją metra i stacją kolejki elektrycznej szły w obie strony tabuny ludzi. Człowiek przy człowieku, kroczek po kroczku, metr za metrem pokonywaliśmy zimny i półmroczny korytarz. Gdyby ktoś upadł na ziemię zadeptano by go. Z pięciotorowej pętli w Kupczinie odjeżdżały tramwaje czterech różnych linii rozwożących ludzi po pobliskich osiedlach. My wybraliśmy 62 do końcówki Mała Bałkańska. Stamtąd planowaliśmy wrócić do centrum linią 49 sprawdzając przy okazji jak daleko da się nim dojechać. Tramwaj 49 im bliżej centrum tym bardziej pustoszał. Do zakładanego celu jednak nie dojechaliśmy. Tramwaj wbrew tabliczkom kierunkowym skręcił do pętli Karburatornyj Zawod, natomiast tory do centrum były odcięte. Nieco zaskoczeni takim obrotem sprawy udaliśmy się po poradę do pani ekspedytor z pytaniem „co dalej”. Ekspedytorka poinstruowała nas gdzie mamy się ustawić na chodniku i sypnęła numerami marszrutek, które najpewniej dowiozą nas na Newski Prospekt. Widząc, że nie jesteśmy amatorami dostawczaków rzuciła też jakiś numer większego, choć rzadziej jeżdżącego autobusu. Zapytana czemu jej przedsiębiorstwo zlikwidowało kolejną bardzo potrzebną linię zaczęła się bronić, że to magistrat likwiduje tramwaje, bo trzeba remontować ulice. I zaraz zaczęła barwnie opisywać plusy takiej strategii kreśląc przed nami wizje wygodnych szerokich ulic. Cisnęło mi się na usta pytanie czy była w Baku, gdzie taką strategię niedawno doprowadzono do finału i czy wie co porabiają tam aktualnie jej koleżanki ekspedytorki. Z pewnością wolałyby nadal wpisywać do wielkich arkuszy godziny odjazdów swoich KTM-5 niż handlować badziewiem na bazarze. Załamani tym hiperlojalnym podejściem pracownika komunikacji miejskiej, będącego przekonanym, że cokolwiek władza robi jest słuszne, pozostało nam już tylko zaopatrzyć się w sklepie w stosowne artykuły i wsiąść do marszrutki 61A, która po paru minutach szatańskiej jazdy dowiozła nas na Newski Prospekt w okolice Dworca Moskiewskiego. Po drodze ze zgrozą obserwowaliśmy to czym tak egzaltowała się pani z Karburatornego Zawoda – na Ligowskim Prospekcie wydłubano torowisko, wycięto też drzewa na pasie rozdzielającym. Z pewnością marszrutka zamiast 80km/h będzie teraz mogła gnać 90 km/h, choć raczej w dzień tak samo będzie stała w korku jak obecnie. Do naszej bazy na Newskim Prospekcie wróciliśmy przegubowym Ziutkiem linii 22. Resztę wieczoru przeznaczyliśmy na szwendanie się po zabytkowym centrum. Jedną z atrakcji były autobusy MAZ ustawione przed frontem Pałacu Zimowego, zaadaptowane na toalety. Zyskały od nas wieloznaczny przydomek „obszczije mazy”. Korzystając z długiego dnia, zwanego na wyrost białą nocą rzuciliśmy jeszcze okiem na kilka obiektów sprawiających, że to kloaczne miasto przyciąga jeszcze jakąś garstkę turystów, m.in. na podświetloną fontannę na środku Newy. W niektórych miejscach nawet przypominał mi się Amsterdam, ale generalnie nic nas nie zachwyciło. Wróciliśmy na nocleg. |
LM-99K Metro Ozierki LM-99K ul. Jegorowoj ![]() LM-99K pr. Engelsa ![]() LM-99AWN pr. Engelsa ![]() LM-99AWN pr. Engelsa LM-99AWN Prospiekt Kultury ![]() KTM-5M Pridorożnaja ul. LM-68M Prospiekt Kultury LM-99K Prospiekt Kultury ![]() Golden Dragon XML6112 ul. Jegorowoj Golden Dragon XML6720 ul. Jegorowoj Yutong ZK6737D ul. Jegorowoj |
![]() Ikarus 280.33G ul. Jegorowoj NefAZ-5299 ul. Jegorowoj ![]() LM-68M B. Sampsonijewskij Pr. ![]() LWS-86K B. Sampsonijewskij Pr. ![]() LWS-86K ul. Sawuszkina LWS-86K al. Ispytatielej WMZ-5298-20 Metro Pionierskaja ZiU-682 Metro Pionierskaja ![]() LM-99 Moskowskije Worota ![]() LM-99K Miasokombinat ![]() LWS-86K Kupczino ![]() ZiU-682 Kupczino |
|
23.05 (środa) Sankt Petersburg (3) Zanim dwóch z nas rozpoczęło o 16:22 właściwą wyprawę na Ural powałęsaliśmy się jeszcze trochę w szóstkę po Petersburgu. Zieloną wasilewsko-newską linią metra dojechaliśmy do końcowej stacji Rybackoje. Planowany powrót stamtąd do centrum linią 24 uskutecznił się tylko w ułamku. Czynny był odcięty od reszty sieci odcinek do pętli Zawod Bolszewik. Dalszy kawałek mogliśmy sobie przejechać metrem za kolejne 14 rubli. W okolicach stacji metra Jelizarowskaja miał się znajdować dobrze zaopatrzony sklep z mapami, ale placówka okazała się zwykłym kompleksem handlowym z setkami prywatnych stoisk sprzedających każdy tę samą wydawniczą tandetę. Na pobliskiej poczcie zakupiłem znaczek na pocztówkę do Polski. Pani w okienku bardzo chciała uprzednio zważyć pocztówkę, ale w końcu uległa sprzedając znaczek za 16 rubli. Z Prospektu Obuchowskiej Obrony tramwajem 27 pojechaliśmy jeszcze na leżące na wschodnich krańcach miasta osiedle Wesiołyj Posiołok, a stamtąd do placu Zanewskiego i Newskim Prospektem na kwaterę. Na więcej podróży po Petersburgu tego dnia nie mieliśmy już czasu. Wraz z Tomkiem G. pozostało nam opuścić grupę i udać się na Dworzec Ładożski do kursującego co dwa dni pociągu „Czelabiński Ekspres”, który w 41 godzin miał nas zawieźć na drugą stronę Uralu. Dworzec Ładożski jest najnowszym petersburskim dworcem (ukończony w 2003 roku) i w odróżnieniu od pozostałych jest przelotowy. Obsługuje pociągi odjeżdżające na daleką północ oraz w głąb Rosji. Nasz „Czelabiński Ekspres” należał do wysokiej kategorii pociągów „firmiennych”. Miało to swoje odbicie w cenie biletu – za odcinek 2351 km zapłaciliśmy 2039,50 rubli (225 zł). Skład zestawiony był z samych zmodernizowanych wagonów. Modernizacja objęła wymianę leżanek na nieco bardziej miękkie, wymianę większości elementów na plastikowe, zamontowanie okien w uszczelkach oraz błyskotkę w postaci wyświetlacza elektronicznego podającego temperaturę w wagonie i sygnalizującego zajętość toalety. W Czelabińskim Ekspresie mieliśmy wykupione dwa łóżka górne. Co ciekawe mieliśmy już nawet zawczasu posłane. Na dolnych jechał dziadek z babką i złośliwym ruskim zwyczajem od razu sobie je pościelili. Jak się później okazało wysiadali z pociągu koło północy, więc w ogóle nie wiem po co się kładli. Babka na szczęście miała trochę matczynego serca i zaprosiła nas na dół, byśmy sobie zjedli przy stoliku siedząc na ich wyrkach. Dziadulek jednak bardzo się oburzył, gdy usiedliśmy na zasłanych łóżkach i zaczął nam robić wykład na temat zachowania kultury „w ruskim domie”. Zjedliśmy szybko kolację i uciekliśmy na swoje wyrka. |
![]() MAZ-WC Pałac Zimowy ![]() WMZ-5298-01 Niewskij pr. ![]() Trolza-6205 Niewskij pr. ![]() Wołżanin-6270 Niewskij pr. ![]() Scania OmniLink Niewskij pr. |
![]() Mercedes O612D ul. Dybienko ![]() LWS-86K Rieka Okkierwil LM-68M Zawod Bolszewik ![]() wejście do wagonu metra st. Gostinyj Dwor |
|
24.05 (czwartek) jazda Rano po przebudzeniu zastaliśmy już nowych pasażerów, dużo sympatyczniejszych. Babka z dziadkiem, oboje narodowości baszkirskiej, jechali z Czerepowca do Sibaja pod Magnitogorskiem. Babka cały czas zamęczała dziadka hasłami do rozwiązywanej krzyżówki. Kilka haseł podpowiedzieliśmy my (m.in. rzeka na granicy Polszy i Giermanii). Około 10:00 zstąpiliśmy na dół, ale po śniadaniu znów zajęliśmy własne wyrka oddając się lekturze przezornie wziętych książek oraz odrabianiu zaległości w spaniu. Jedną z atrakcji podróży pociągiem dalekobieżnym są postoje na większych stacjach. 20-minutowy postój pozwala wówczas uzupełnić zapasy jedzenia i picia. Pomagają w tym licznie zgromadzeni na peronie handlarze oferujący dania gorące i zimne, zupki w proszku i wszelakie napitki. Często dodatkowo można się zaopatrzyć w biżuterię i zegarki oraz wszelkiego rodzaju ciuchy. Tego dnia dłuższe postoje wypadały na stacjach: Kirow (13:51), Balezino (17:55) oraz Perm (21:59). W Kirowie podstawowym asortymentem u peronowych handlarzy były ogromne pluszowe misie, podobnie w Balezinie. Co ciekawe znaleźli się na nie chętni. Ciekawy zwyczaj zaobserwowałem podczas postoju w Permie. Do wagonu weszła gromadka ludzi po czym przy jednym ze stolików rozpoczęli zakrapianą wyżerkę. W menu tradycyjnie do procentów znalazła się cała ryba. Goście skubali ręcznie swoje ryby i wznosili kielonkami kolejne toasty. Trochę mnie dziwiło skąd u nich widoczny pośpiech. Okazało się, że większość ucztujących jedynie odprowadza dwóch kolesi. Na kilka minut przed odjazdem wszystkie pozostałe po rybie ości posprzątali, czule się uścisnęli i poszli każdy w swoją stronę. Od babki-baszkirki dowiedzieliśmy się jak wspaniale funkcjonuje komunikacja w Magnitogorsku. Jej podstawową zaletą miał być fakt, że wszystkie marszrutki podjeżdżają pod dworzec. W przeciwieństwie do tramwajów, które jeżdżą sobie po całym mieście, a pod dworzec zaglądają tylko nieliczne. I tak właściwie na niczym minął cały dzień w pociągu. Za oknem wciąż tylko las i las. |
||
| ciąg dalszy ... | ||
© PRZEGUBOWIEC 1998-2007