STRONA GŁÓWNA > Podróże PRZEGUBOWCA > URAL 2007
URAL
2007
Część II - URAL PÓŁNOCNY
Początek
wyprawy
|
||
|
25.05 piątek Czelabińsk (3776 km) O 9:23 trzeciego dnia jazdy przyjechaliśmy wreszcie na Ural do Czelabińska. To drugie pod względem wielkości uralskie miasto liczy ponad 1 mln mieszkańców. Wśród wielu zakładów przemysłowych dominującą rolę zajmuje metalurgia: Czelabiński Kombinat Metalurgiczny - CzMK "Meczel" i Huta Cynku, a także Fabryka Traktorów CzTZ "Uraltrak". Kombinat położony jest na północy miasta, ok. 10 km od centrum. Wokół niego też powstała nowa dzielnica - Metalurgiczny Rejon. W 1992 roku nawet zaczęto budować tu metro, ale obecnie termin otwarcia pierwszego odcinka szacuje się na 2012 rok. W Czelabińsku funkcjonuje za to dość rozbudowana sieć tramwajowa i trolejbusowa. Tramwaje i trolejbusy docierają do wszystkich zakładów przemysłowych. Torowiska są wyjątkowo dobrze utrzymane, tramwaje nie mają skrupułów przed rozwijaniem słusznych prędkości. Tabor stanowią jednak prymitywne rosyjskie KTM-5, KTM-8 i KTM-19, niekiedy łączone w składy dwuwagonowe. W trolejbusach dominują ZIUtki, krótkie i przegubowe, ale są też atrakcje - kilkanaście Ikarusów 280.93 sprowadzonych w latach 90. ze Wschodnich Niemiec. Komunikacja autobusowa działa bardzo sprawnie - jej podstawą są przegubowe Ikarusy, niezbędne dla dowiezienia mas ludzi do kombinatu. Od niedawna w czelabińskim węźle kolejowym funkcjonuje też coś na kształt SKM, autobus szynowy kursujący z dworca do stacji Szagoł. Bilet tramwajowy kosztuje 8 rb (88 gr). Przy biletach długookresowych albo bezpłatnych stosuje się kartę elektroniczną - konduktorki mają przy sobie czytniki kart. Planowaliśmy zanocować tutaj do niedzieli, aby oprócz samego Czelabińska zajrzeć do pobliskiego Złatousta. Dlatego pierwszą czynnością było szukanie hotelu. Dworzec w Czelabińsku jest położony na południowych obrzeżach centrum. Należało więc pojechać tramwajem do większej cywilizacji rozglądając się na boki. Tak wypatrzyliśmy ogromny gmach hotelu Malachit. Niestety ceny nawet po zastosowaniu upustu z racji braku ciepłej wody nie nadawały się do zaakceptowania - liczyły po cztery cyfry. Dostaliśmy za to namiary na Hotel Jużnyj Ural przy prospekcie Lenina. Niemniej próbowaliśmy dostać się do dwóch innych wyszukanych na mapie hoteli o obiecującej nazwie Turist i Centralny. Okazało się to trudne w realizacji. Przez 30 minut oczekiwania na przystanku nie pojawił się tramwaj żadnej z dwóch kursujących na Miedgorodok linii. Zrezygnowaliśmy zatem z tego pomysłu i udasliśmy pod wskazany adres hotelu Jużnyj Ural. Mieścił się on w dużym biurowcu z lat 50. przy głównym placu Rewolucji ozdobionym pomnikiem Lenina. Elegancka recepcja z niezbędnymi smutnymi panami robiącymi za ochronę nieco nas speszyła, ale rzut oka na cennik utwierdził nas w przekonaniu, że trzeba tu zostać. Cena za dwójkę bez łazienki wynosiła 675 rubli czyli ok. 37 zł za osobę. Formalności recepcyjne trwały blisko 30 minut. Sporo czasu recepcjonistki kombinowały co zrobić z naszym meldunkiem. W Rosji bowiem cudzoziemcy mają obowiązek po trzech dniach pobytu zarejestrować się w urzędzie meldunkowym. Jeśli przebywa się w Rosji po bożemu sprawy meldunkowe z reguły załatwia hotel. My jednak od początku do końca balansowaliśmy na granicy bliżej nie znanego nam prawa, a nasz plan nie przewidywał w żadnym mieście pobytu dłuższego niż ustawowe 72 godziny, więc zasadniczo - zgodnie z naszym stanem wiedzy - nie podlegaliśmy temu obowiązkowi. Na wszelki jednak wypadek gromadziliśmy starannie wszystkie bilety kolejowe, żeby udowodnić naszą wersję wydarzeń. Recepcjonistki podeszły do nas standardowo i zgodnie z procedurą zaczęły przygotowywać dokumenty do urzędowego zameldowania nas. Przeraziły się gdy wykryły, że jesteśmy w Rosji już szósty dzień, a na karcie imigracyjnej nie mamy jak dotąd żadnych stempelków. Nie mogły zrozumieć jak można z Brześcia do Czelabińska jechać tyle czasu. W urzędzie meldunkowym zapewne czekało je długie tłumaczenie się kogo do siebie przyjęły. Pokazaliśmy im swoje bilety kolejowe, porobiły z nich ksero, tak jak i z paszportów w nadziei że to wystarczy. W końcu jednak się załamały, gdy spojrzały na kalendarz - było piątkowe południe, a my w niedzielę rano planowaliśmy opuścić hotel. Z nieukrywanym żalem uświadomiły nas że urzędy są zamknięte i dopiero w poniedziałek będą mogły załatwić nam meldunek. Zaproponowały nawet, żebyśmy zostali jeszcze dzień dłużej w tym celu. Grzecznie odmówiliśmy tłumacząc żeby sobie nie zawracały głowy i że to jest tylko nasz problem czy będziemy mieli meldunek czy nie. Nasz pokój mieścił się na piątym, dość obskurnym piętrze. Posiadał balkonik z widokiem na plac Rewolucji, z którego można było wykonać kilka zdjęć komunikacyjnych. Toaleta po przeciwnej stronie korytarza miała co prawda muszle, ale bez desek sedesowych. Zostało nam popołudnie na objechanie sieci tramwajowej. Doświadczenia z linią na Miedgorodok nie napawały optymizmem, poza tym układ linii był nieco zmodyfikowany z powodu remontu jednego z mostów na rzece Miass. Udaliśmy się więc na północ główną linią tramwajową prowadzącą do Kombinatu Metalurgicznego "MeCzel". Pod samą hutą zlokalizowaliśmy dużą pętlę autobusową, na której roiło się od przegubowych Ikarusów. Było też kilka punktów gastronomicznych sprzedających na gorąco lokalne specjały piekarniczo-masarskie takie jak czeburki, bielasze i różnego rodzaju nadziewane pirożki. Przez cały wyjazd były to nasze ulubione środki do walki z głodem - za 10-15 rubli miało się coś ciepłego na ząb. W rejonie kombinatu funkcjonują dwie lokalne trasy tramwajowe jadące wzdłuż przyozdobionego drutem kolczastym i wieżyczkami strażniczymi ogrodzenia zakładu. Nie wiem co oni tak cennego produkują w tej hucie, ale ochronę mają jakby przetapiali tam co najmniej złoto. Doświadczyliśmy tego na pętli CHP, gdzie na chwilę wyskoczyliśmy zrobić zdjęcie wagonu na tle hałdy. Za nami do wagonu wtargnął smutny pan w czarnym uniformie z napisem "Ochrana" z zapytaniem co fotografujemy i dlaczego. Nie uwierzył, że robiliśmy zdjęcie tramwaju i zażądał okazania aparatu. Na ekraniku pokazaliśmy mu kilka ostatnich ujęć, gdzie szczęśliwie nie załapało się nic poza wagonami. Coś jeszcze bez przekonania pomruczał, że tramwajów też nie wolno i wysiadł poganiany już przez zniecierpliwioną motorową. Druga trasa była jeszcze ciekawsza. W pewnym momencie tramwaj w którym jechaliśmy sami stanął przed zamkniętą bramą. Zapytaliśmy konduktorki czy to końcówka, ale nie była skora udzielić odpowiedzi. Wysiedliśmy więc, bramę otwarto, a tramwaj wjechał na teren kombinatu i pojechał w siną dal. Wokół bramy kręciło się więcej ochroniarzy niż cywilów, a aby pojechać tramwajem dalej należało okazać w portierni przepustkę. Jako europejscy szpiedzy nawet nie próbowaliśmy sobie takiej wyrabiać. Każdy wyjeżdżający przez bramę samochód był szczegółowo rewidowany. Wreszcie z terenu kombinatu przyjechały dwa tramwaje. Jeszcze za bramą wypuściły wszystkich pasażerów, którzy przez portiernię wyszli na przystanek na zewnątrz. W tym czasie do pustego wagonu wkroczył strażnik i dokładnie posprawdzał czy ktoś czegoś nie ukrył pod siedzeniami. Po całej akcji otwarto bramę, tramwaje wyjechały na świat i zabrały oczekujących na zewnątrz pasażerów. Do dziś nie wiem czy dobrze zrobiliśmy nie fotografując wówczas tego motywu - kto może wiedzieć czy Czelabińsk nie byłby wówczas pierwszym i jednocześnie ostatnim etapem wyprawy. Z pilnie strzeżonego odcinka pojechaliśmy 19-tką na drugi koniec miasta do pętli na ul. Cziczerina. Stara konduktorka, ta sama która nie chciała nam zdradzić lokalizacji krańca, teraz była bardzo rozmowna. Rozgryzła nas, że jeździmy sobie od pętli do pętli i obwieszczała to światu za każdym razem, gdy koło nas przechodziła. Rewizorkom, które kontrolowały bilety również pochwaliła się, że "wiezie nas na wycieczkę na Cziczerina". Na jednym z przystanku do wagonu wsiadł młodzieniec z fletem chcąc urządzić krótki recital (płatny co łaska). Widząc aprobatę u konduktorki ("Igraj!") rozpoczął występ słowami "Dorogije ludja!" W tym samym momencie otworzyły się drzwi kabiny i młoda motornicza krzyknęła "Nielzja!" Młodemu muzykowi nie trzeba było dwa razy powtarzać - znikł tak szybko jak się pojawił. Z Cziczerina pojechaliśmy jeszcze na pętlę przy Fabryce Traktorów i po raz drugi próbowaliśmy zaliczyć Miedgorodok - znów bezskutecznie. Udaliśmy się więc na dworzec zasięgnąć informacji o pociągach do Złatousta, po czym wróciliśmy do hotelu. Wieczorem udałem się na poszukiwania prysznica. Spenetrowałem całe piąte piętro i kawałek czwartego, gdy zatrzymała mnie etażnaja, czyli szefowa piętra. Okazało się że cały czas mnie śledziła. Wytłumaczyła mi, że przecież to jest oczywiste, że prysznic znajduje się na końcu korytarza na 3. piętrze. W przeciwieństwie do 4-krotnie droższego hotelu Malachit była w nim ciepła woda. |
![]() Czelabińsk dworzec KTM-5 ![]() Czelabińsk dworzec Ikarus 280.33 ![]() Czelabińsk ul. Truda KTM-5 ![]() Czelabińsk ul. Truda KTM-8 ![]() Czelabińsk pl. Rewolucji Ikarus 280T Czelabińsk pl. Rewolucji KTM-5 Czelabińsk pl. Rewolucji Ikarus 280T Czelabińsk pl. Rewolucji ZiU-9 Czelabińsk ul. Cwillinga KTM-8M ![]() Czelabińsk wnętrze KTM-8M |
Czelabińsk ul. Cwillinga KTM-5 ![]() Czelabińsk Kombinat Meczel KTM-5 ![]() Czelabińsk Kombinat Meczel Ikarus 280.33 ![]() Czelabińsk Kombinat Meczel Ikarus 280.33 ![]() Czelabińsk Kombinat Meczel KTM-5 ![]() Czelabińsk pętla CHP KTM-5 ![]() Czelabińsk Prospekt Lenina Ikarus 280.02 ![]() Czelabińsk ul. Cziczerina Ikarus 280.02 ![]() Czelabińsk ul. Cziczerina KTM-5 Czelabińsk ul. Cziczerina KTM-5 |
|
26.05 sobota Złatoust (3936 km) Na drugi dzień pobytu w Czelabińsku zaplanowany był wyskok do odległego o 160 km miasta Złatoust. To 190-tysięczne miasto położone jest pośród niewysokich gór Południowego Uralu. Posiada dwa większe zakłady przemysłowe: hutę i zakłady mechaniczne produkujące głównie broń. Pomiędzy tymi dwoma obiektami oraz dworcem kolejowym kursują tramwaje. Pociąg elektryczny do Złatousta odjeżdżał o 7:25 czasu moskiewskiego czyli o 9:25 czasu lokalnego. Warto tu nadmienić, że koleje w całej Rosji jeżdżą według jednolitego czasu moskiewskiego, który różni się od lokalnych o kolejne wielokrotności godzin. Na zegarach dworcowych zawsze pokazany jest czas moskiewski, co ciekawe w czasie moskiewskim pracują też okienka kasowe. Dzień zapowiadał się ładnie, na niebie nie było ani jednej chmurki. Pojechaliśmy tramwajem na dworzec i po kwadransie stania w kolejce (cały Czelabińsk chyba jechał na zieloną trawkę) zakupiliśmy bilety na pociąg podmiejski (160 km / 106 rb / 11,66 zł). Bilet był zwykłym kwitkiem, w dodatku podwójnym, bo obejmującym kilka miejscowych stref taryfowych. Pociąg stał już przy peronie 1 i 20 minut przed odjazdem miał już komplet pasażerów na miejscach siedzących. Do odjazdu zapełniły się też miejsca stojące. Większość ludzi jechała na podmiejskie działki i w przeciągu pierwszej godziny podróżny opuściła pociąg. Podróż do Złatousta trwała ponad 3,5 godziny. Przystanki rozmieszczone były bardzo gęsto i nosiły nazwy od kilometrów dzielących dane miejsce od Moskwy ("ostanowka 2015. kiłomieter"). Zresztą przystanki to dość umowne określenie - pociąg po prostu zatrzymywał się i otwierał drzwi. Króciutki peron znajdował się tylko w czole pociągu i obejmował pierwsze drzwi. Z pozostałych wagonów wysiadało się na torowisko, co nie jest sprawą łatwą zważywszy na wyższy poziom podłogi niż w naszych wagonach. Przejazd pociągiem przez pasmo Uralu nie dostarcza żadnych spektakularnych widoków. Jedynie trasa nieustannie wije się pośród górek i lasów. Panuje tu duży ruch towarowy - na jednym z pociągów wypatrzyliśmy nowy wagon KTM-19 jadący z fabryki w niedalekim Ust-Katawiu. Niestety wraz ze zbliżaniem się do celu zaczęła psuć się pogoda. Ponadto w elektriczkowej toalecie rozciąłem sobie głowę o wystający z sufitu kątownik niewiadomego przeznaczenia, więc nie byłem zachwycony takim obrotem rzeczy. W Złatouście już równo padało. Nie zrażeni tym zaczęliśmy zaliczać linie tramwajowe. Rozlatującym się KTM-5 na trójce (bilet 6 rb / 66 gr) dojechaliśmy do placu Metalurgów. Trasa była rewelacyjna, wiodła z dala od cywilizowanej ulicy, pośród małych drewnianych domków, początkowo cały czas w dół, do położonego w centrum miasta jeziora, potem przez lokalne centrum, w górę do kombinatu. Z kombinatu pojechaliśmy dalej jedynką do pętli Politechnika położonej na niewielkiej przełęczy. Deszcz nieustannie padał i było strasznie zimno, ale miejscowe klimaty wynagradzały nam te niedogodności. Z Politechniki wróciliśmy do centrum i udaliśmy się do baru ogrzać się i najeść. Bar ("stołowaja") był dla nas doskonałym i tanim rozwiązaniem kwestii żywieniowych. Ponadto dostarczał wielu atrakcji i ciekawych obserwacji. M.in. jacyś robole mieli pretensje do kucharki ze śmiesznym czepkiem o niedomyte szklanki. W kącie siedziała też kobieta z maszynką do mięsa, z którą w pewnej chwili do nas podeszła z prośbą o odkręcenie zapieczonego sitka. Najedzeni ruszyliśmy dalej na podbój drugiej części jedynki jadącej do Nowozłatousta i fabryki broni. Deszcz pomału słabł, trasa jedynki zapierała dech w piersiach, więc humory się poprawiły. Na pętli Maszynostroitiel spotkaliśmy dwa Jelcze 120M, które tutaj - 3000 km od Polski - wyglądały co najmniej dziwnie. Dysponując większą ilością czasu do pociągu udaliśmy się do kafejki internetowej. Godzina surfowania miała kosztować 40 rubli. Przejrzeliśmy pocztę, poczytaliśmy kilka forów po czym po godzinie okazało się, że każdy z nas ma zapłacić prawie 120 rubli, bowiem w cenniku jest jeszcze pozycja ‘transfer danych’. Napyskowaliśmy trochę szczeniakowi pobierającemu opłatę, że coś zawyżył ten transfer, ale o większych formach nieposłuszeństwa nie było mowy za sprawą rosłego pana ochroniarza. Jedynie wyszliśmy z przekleństwami na ustach. Na dworze za to rozpogodziło się. Udaliśmy się więc w kilka upatrzonych miejsc porobić bajkowe fotki z tramwajami na górkach, w dolinach, nad stawem itp. Następnie zakupiliśmy odpowiedni prowiant na drogę i zjedliśmy ciepłego czeburka. Powrotny pociąg odjeżdżał ze Złatousta o 20:13 czasu lokalnego. Przed wejściem do jednostki rewizorki w cywilu sprawdzały bilety. Powrotny pociąg również zestawiony był z jednostek ER2, lecz w wersji niezmodernizowanej, tj. z drewnianymi siedzeniami i oknami tak brudnymi, że wręcz matowymi. W drodze powrotnej znów przez 3,5 godziny z głośników zapowiadali przystanki nazwane kolejnymi kilometrami. Znów konduktorki w cywilu sprawdzały bilety, a potem rewizorki sprawdzały je po nich powtórnie. O 23:30 dojechaliśmy do Czelabińska. Zdążyliśmy na ostatni tramwaj linii 8, jadący już "w park". W tramwaju śmierdziało butaprenem za sprawą dzieciaka wciągającego klej z foliowego worka. Konduktorka jednak udawała że nic nie widzi. Wróciliśmy na drugą noc do hotelu Jużnyj Ural. |
![]() Czelabińsk pociąg do Złatousta ![]() Złatoust KTM-5 ![]() Złatoust KTM-8M ![]() Złatoust KTM-8M ![]() Złatoust KTM-8M ![]() Złatoust stołowaja ![]() Złatoust KTM-5 ![]() Złatoust KTM-5 Złatoust KTM-8 ![]() Złatoust KTM-8M |
Złatoust KTM-5 Złatoust KTM-5 Złatoust KTM-5 Złatoust KTM-5 Złatoust KTM-5 ![]() Złatoust Jelcz 120M ![]() Złatoust Jelcz 120M ![]() Złatoust Mudan 6106 Złatoust KTM-5 ![]() Złatoust - Czelabińsk wnętrze pociągu |
|
27.05 niedziela Jekaterynburg (1) (4357 km) O 8:00 czasu lokalnego odjeżdżał nasz pociąg do "pobliskiego" (261 km) Jekaterynburga (bilet 366,10 rb / 40,30 zł). Był to pociąg relacji Orsk - Swierdłowsk. Jekaterynburg od 1924 do 1991 roku nosił nazwę Swierdłowsk ku czci rewolucjonisty Jakowa Swierdłowa (właśc. Jankiela Solomona), organizatora mordu carskiej rodziny, który miał miejsce właśnie tutaj w 1918 roku. Dlatego w nowej Rosji postanowiono powrócić do starej, choć mało praktycznej nazwy nadanej na cześć carycy Katarzyny I, żony Piotra I Wielkiego, założyciela Petersburga. Nazwa, choć oficjalna, używana jest głównie urzędowo. Stacja kolejowa wciąż nazywa się Swierdłowsk, również region nosi nazwę Obwodu Swierdłowskiego. Dlatego w potocznej mowie wciąż funkcjonuje poprzednia komunistyczna nazwa i taką pozwolę sobie dla wygody używać. Co ciekawe nawet program MS Word podkreśla Jekaterynburg na czerwono jako słowo błędne, natomiast Swierdłowsk jest jak najbardziej OK. Swierdłowsk jest największą metropolią Uralu. Liczy 1,3 mln mieszkańców, jest dużym ośrodkiem przemysłowym i naukowym. W historii zapisał się właściwie tylko jako miejsce ukatrupienia ostatniego cara. Tutaj też karierę polityczną robił Borys Jelcyn zanim został prezydentem Rosji. W mieście funkcjonuje rozległa sieć tramwajowa oraz jedna linia metra otwarta w 1991 roku, z trudem dociągnięta niedawno do centrum i z mozołem budowana stacja po stacji dalej na południe. Co ciekawe do otwierania bramek w metrze służą żetony z insygniami moskiewskiego metra (w Moskwie nie używa się już żetonów). Tabor tramwajowy jak przystało na duże rosyjskie miasto składa się głównie z czeskich Tatr T3. Co ciekawe ten typ tramwaju budowany w latach 1961-1999 został wyprodukowany w największej na świecie liczbie egzemplarzy - 13963 sztuk, z czego dla ZSRR - 11353 (80% produkcji). Nie do końca jest pewne czy swoim wynikiem wyprzedza radziecki wagon KTM-5, co do którego trudno znaleźć precyzyjne dane (czeskie źródła mówią o 12900 egzemplarzach, rosyjskie o ponad 14000). Poza Tatrami T3 po Swierdłowsku jeżdżą nowsze Tatry T6 oraz najnowsze wyroby lokalnej fabryki Uraltransmasz, wzorowane nieco na Tatrach T6 wagony o nazwie Spektr. Wśród trolejbusów dostrzegliśmy jedynie ZiUtki, natomiast w taborze autobusowym największą uwagę przykuwały duże ilości występujących tylko tutaj 18-metrowych Ikarusów 283.10 zakupionych w 1997 roku, w najlepiej wyposażonej wersji z silnikami MAN, automatyczną skrzynią biegów i dwuskrzydłowymi drzwiami. Przyjechaliśmy do Swierdłowska o 13:03 czasu lokalnego. Zgodnie z planem podróży do 20:40 mieliśmy czas na pierwszy dzień wizyty w Swierdłowsku. Zostawiliśmy więc bagaże w przechowalni obsługiwanej przez osobę niesłyszącą i ruszyliśmy na miasto. Ponieważ w planie mieliśmy tu powtórną wizytę za 3 dni postanowiliśmy zarezerwować sobie wcześniej jakiś nocleg. Hotel "Swierdłowsk" vis a vis dworca miał nieprzyzwoite ceny, ale polecono nam Hotel "Bolszoj Ural" leżący 4 przystanki trolejbusowe dalej. Niestety "Bolszoj Ural", oferujący faktycznie dość korzystne ceny pokoi, okazał się betonową radziecką instytucją. Kobieta w recepcji oznajmiła, że nie może zarezerwować pokoju na za 2 dni. Nie może i już. Nie ma takiej możliwości. Można to zrobić wyłącznie za pośrednictwem biura podróży, lub wysyłając faks z prośbą o rezerwację. Co gorsza nie była w stanie odpowiedzieć jak wygląda obłożenie pokoi za 2 dni, czy w ogóle można będzie liczyć na nocleg, ponieważ takie informacje ma dopiero na dzień wcześniej po południu. No cóż, kolejna ciekawostka na trasie: hotel, który nie może dysponować swoimi własnymi pokojami. Udaliśmy się jeszcze do hotelu Iset, ale tam ceny były kosmiczne oraz - tak jak nam poradzono w Iseti - do noclegowni jakieś firmy transportowej, ale tam już przez domofon dowiedzieliśmy się, że przez najbliższy tydzień nie ma miejsc. Nie wyglądało to wszystko najlepiej, ale odłożyliśmy troski o nocleg na kolejne dni i ruszyliśmy na podbój sieci tramwajowej. Zawczasu jeszcze zapragnęliśmy skonsumować blina z pobliskiej budki gastronomicznej. Bliny były w ofercie z różnymi składnikami, np. z dżemem, śmietaną, czekoladą. Za każdy składnik dodatkowo płaciło się. Co gorsza należało zakupić co najmniej trzy składniki. Podziękowaliśmy za takie wyłudzanie w mało życzliwy sposób i udaliśmy się do sąsiedniej budy na pirożki. Tramwajową rundę po Swierdłowsku zaczęliśmy od Rejonu Komsomolskiego i pętli o nazwie 40-lecia WŁKSM (czyli Wszechzwiązkowego Leninowskiego Komunistycznego Związku Młodzieży, znanego bardziej jako Komsomoł). Następnie odwiedziliśmy jeszcze Szartasz i Elmasz, by na koniec dojechać do Maszynostroitiela, a stamtąd na dworzec. W swierdłowskich tramwajach zamontowano wewnętrzne wyświetlacze. Niestety nie po to by pokazywały trasę i przystanki. Ich głównym przeznaczeniem jest ekspozycja reklam. W przerwach między reklamami i ofertami pracy leciała prognoza pogody oraz dowcipy. Dowcipy były zawsze trzy te same w każdym tramwaju. Tego dnia jeden z nich brzmiał mniej więcej tak: mały Sasza przychodzi do domu i skarży się "Pani nauczycielka i dzieci w szkole mówią, że jestem roztrzepany". W odpowiedzi słyszy "Dziecko, ale ty mieszkasz w domu naprzeciwko". A drugi był o Woweczce, który nie mógł spać i tatuś przyszedł do pokoju opowiadać mu bajki na dobranoc. Po godzinie do pokoju zagląda mamusia i słysząc chrapanie pyta "I co? Usnął?" "Tak", odpowiedział Wowa. Natomiast trzeci był o kliencie wagonu restauracyjnego, który po paru stakanach nie mógł trafić do swojego przedziału, więc poprosił prowadnika o pomoc. Na pytanie co charakterystycznego pamięta ze swojego przedziału pasażer odpowiedział, że za oknem były brzozy. Na pętli Szartasz dużo czasu zajęło nam czekanie na 16-tkę. Okazało się, że trafiliśmy w odstęp 60-minutowy, choć normalnie linia te jeździ częściej. Pojechaliśmy więc dalej z przesiadką (bilet tramwajowy 8 rb / 88 gr). Na pętli przy Elmaszu wypiliśmy kwas chlebowy z cysterny, kupiliśmy obowiązkowego pirożka oraz dla urozmaicenia menu szczypiorek. Na drogę do pociągu zrobiliśmy zakupy w sklepie koło dworca. Zostaliśmy zjechani przez ekspedientki, że przyszliśmy na minutę przed zamknięciem i zmuszamy je do wydawania reszty, a one już nie mają drobnych w kasie. Zupełnie przeciwną, aczkolwiek też nieprzyjazną postawę zaprezentowała pobliska handlarka ze słonecznikiem - gdy rzuciliśmy jej garść kopiejek nie chciała ich przyjąć, bo właśnie kończy pracę i będzie musiała dźwigać metal. Widząc, że mało nas to wzrusza obwieściła, że płacenie kopiejkami jest "niemęskie". Wieczorem rozpoczął się najbardziej szalony punkt wyprawy: wyprawa do Leśnej Wołczanki leżącej w tajdze na Północnym Uralu. O 20:40 odjeżdżał pociąg do Siewierouralska. Zajęliśmy w nim miejsca. Zanim ruszył do wagonu wkroczyła milicja poszukując pasażera z miejsca nr 9. Gdy się taki zgłosił poprosili, by się spakował i poszedł z nimi na komisariat. Do Siewierouralska już raczej nie pojechał. Pociąg Swierdłowsk - Siewierouralsk (454,80 rb / 50 zł) był wyjątkowo pustawy. W naszym wagonie jechało tylko 14 osób. Gdy odjeżdżaliśmy ze Swierdłowska z głośników leciał hicior "One Way Ticket". |
![]() Jekaterynburg dworzec Tatra T3 ![]() Jekaterynburg ul. Swierdłowa Ikarus 283.10 ![]() Jekaterynburg Prospekt Lenina Tatra T3 ![]() Jekaterynburg Prospekt Lenina Tatra T6 ![]() Jekaterynburg Prospekt Lenina Spektr ![]() Jekaterynburg Prospekt Lenina Tatra T3 ![]() Jekaterynburg ul. Małyszewa Ikarus 283.10 ![]() Jekaterynburg ul. Wostocznaja Volvo B10M Saffle ![]() Jekaterynburg 40-lecia WŁKSM Tatra T3 ![]() Jekaterynburg 40-lecia WŁKSM Tatra T3 |
![]() Jekaterynburg Szartasz Tatra T3 ![]() Jekaterynburg ul. Uralska Tatra T3 ![]() Jekaterynburg ul. Uralska Tatra T3 ![]() Jekaterynburg ul. Uralska Spektr ![]() Jekaterynburg ul. Bluchera Tatra T3 ![]() Jekaterynburg ul. Uralska Tatra T3 ![]() Jekaterynburg Elmasz Tatra T3 ![]() Jekaterynburg Elmasz Tatra T3 Jekaterynburg Prospekt Kosmonawtow ZiU-9 ![]() pociąg do Siewierouralska (wagon płackartnyj) |
|
28.05 poniedziałek Wołczańsk (4811 km) + Krasnoturyjsk (4843 km) Co nas skłoniło do jazdy 450 km na północ w tajgę Północnego Uralu? Oprócz pogoni za przygodą oczywiście tramwaje. W leżących na północy miasteczkach Krasnoturyjsk (ros. Krasnoturjinsk) i Wołczańsk funkcjonują niewielkie sieci tramwajowe. Są to najbardziej wysunięte na północ tramwajowe miasta Rosji i po norweskim Trondheim drugie na świecie, ex aequo z Oslo. Do 1995 r. tramwaje jeździły także w pobliskim Karpińsku, a w latach 60. nawet pomiędzy Karpińskiem a Wołczańskiem. Krasnoturyjsk liczy 63 tys. mieszkańców i posiada dużą hutę aluminium, więc tramwaje mają tam co robić, natomiast tramwaj w 10-tysięcznym Wołczańsku zapowiadał się nad wyraz ciekawie. Jadąc tam wiedzieliśmy już, że to wymierające pogórnicze miasteczko szczyci się w całej federacji, tym że jest najmniejszym miastem z własnym przedsiębiorstwem tramwajowym. Jedna linia długości 7 km, w całości jednotorowa łączy dwa osiedla składające się na Wołczańsk: Leśną Wołczankę (Osiedle Północne) z Wołczanką (Osiedlem Południowym). Praktycznie w całości przebiega przez brzozowe lasy. Na trasie kursuje jeden wagon (z czterech będących na stanie) z częstotliwością 60-minutową. Jazda od pętli do pętli trwa prawie 30 minut. Bilet kosztuje 7 rubli (77 gr). Znaleźć tramwaj w Wołczańsku nie jest łatwo. O godzinie 10:04 wysiedliśmy z siewierouralskiego pociągu na maleńkiej stacyjce o nazwie Leśna Wołczanka (Liesnaja Wołczanka). Poza drewnianym domkiem nic w okolicy nie było tylko łąki i brzozowe laski. Udaliśmy się więc pieszo do leżącego 2 km dalej miasteczka. Niełatwo było znaleźć w nim tramwaj - pętla leżała dopiero na jego skraju. Blisko 50 minut czekaliśmy na tramwaj, większość pasażerów korzystała z pojawiających się co kwadrans marszrutek, jednak zapewniano nas, że tramwaj jeździ. Raz na godzinę, jeden wagon, ale jeździ. Wreszcie wagon przyjechał - stary, pomalowany niebieską farbą olejną KTM-5. Wsieliśmy, zapłaciliśmy za bilet konduktorce i ruszyliśmy w bajkową trasę. Z prędkością 20km/h, kolebiąc się na wszystkie strony posuwaliśmy się przez brzozową dżunglę i zrekultywowane tereny poprzemysłowe. Torowisko i słupy trakcyjne były w stanie agonalnym. Wszystkie dwie mijanki zostały już odcięte, więc po linii może jeździć już tylko jeden wagon. W tramwaju jechały same emerytki, bowiem w Rosji państwowy tramwaj maja za darmo, a za prywatną marszrutkę muszą płacić. Taki układ wpędza przedsiębiorstwa tramwajowe w coraz większe tarapaty finansowe, bowiem z przewozów nie mają one prawie żadnych przychodów. Po 25 minutach jazdy przez dziką pustkę wjechaliśmy do Wołczanki. Pojedynczy tor szedł środkiem głównej ulicy. Pętla w Wołczance polegała na zawróceniu przez teren nieogrodzonej i zarośniętej chaszczami zajezdni. Wysiedliśmy pod samą halą, a tramwaj pojechał w drogę powrotną. W zajezdni stały 3 pozostałe wagony: KTM-5, KTM-8M oraz najnowszy 3-letni Spektr (!). Z częściowo nadpalonych warsztatów dobiegały odgłosy libacji, więc nie wchodziliśmy do środka, a jedynie powęszyliśmy po placu. Wypatrzyliśmy tam m.in. zardzewiały wrak wagonu MTW-82 oraz wagon-pług. Wokół zajezdni rozciągało się bagno i brzozowy zagajnik. Wróciliśmy pieszo do centrum osady i udaliśmy się na obiad do "stołowej". W tym przybytku taniego żywienia mimo letniej pogody obowiązywała szatnia, gdzie zostawiliśmy plecaki. W stołowej obowiązuje samoobsługa jak w barze mlecznym - na tacę układa się kolejne elementy obiadu, a na końcu płaci się w kasie. Pokusiliśmy się na kotlety, puree, buraczki i sok - razem 42 rubli. Smaczny obiadek akurat zajął nam taką ilość czasu, że KTM-5 właśnie wracał z Leśnej Wołczanki. Dzięki temu porobiliśmy mu jeszcze kilka fotek. Na następny kurs z zajezdni wyjechał nawet KTM-8, tyle że przed nim szła ekipa z kubełkiem oliwy i smarowała szyny na zakrętach. Nadszedł czas na kolejne miasto tego dnia. Aby dostać się do Krasnoturyjska należało pojechać 13 km busikiem do Karpińska (20 rb / 2,20 zł), a stamtąd kolejnym busikiem następne 13 km (20 rb / 2,20 zł). W busiku jechaliśmy m.in. z dwoma miejscowymi kolesiami - jeden miał solidne sznyty na rękach i posturę Pudzianowskiego. Nie mogli się nadziwić, że przyjechaliśmy oglądać tramwaje, a już w ogóle zaskoczyła ich informacja, że pracujemy w transporcie miejskim i stać nas na takie wycieczki. Na wszelki wypadek mówiliśmy, że jesteśmy z Czech. Marszrutka do Karpińska jechała oczywiście na złamanie karku, przy czym nie korzystała z części asfaltowej szosy, a z szutrowego pobocza, które było w dużo lepszym stanie. W niektórych miejscach było to pobocze prawe, w innych z kolei lewe. W sumie nie dziwiło mnie to - już po dniu jeżdżenia na jednej linii z reguły się wie, które dziury jak omijać. Marszrutkowi znajomi poradzili nam gdzie wysiąść w Karpińsku i którym busikiem jechać dalej. Kolejny busik oznaczony jako linia 102 miał w środku napisy w stylu "Chcesz wysiąść krzycz głośno - kierowca jest głuchy" albo "Nie denerwuj kierowcy - Twoje życie w jego rękach", a nad miejscem obok kierowcy "Miejsce dla 90x60x90". W Krasnoturyjsku wysiedliśmy zaraz jak tylko zobaczyliśmy tory tramwajowe, czyli przy kombinacie metalurgicznym. Jak już pisałem 60-tysięczny Krasnoturyjsk, którego nazwa pochodzi od rzeki Turja, jest znaczącym ośrodkiem metalurgicznym bazującym na wydobywanych w pobliżu boksytach. Bogosłowskij aluminiewyj zawod (BAZ) daje pracę dużej części mieszkańców. Dojeżdża tu też linia tramwajowa. Sieć tramwajowa w Krasnoturyjsku jest bardzo oryginalna, a przy tym bardzo mała - liczy ok. 8 km. Składa się z dwóch jednotorowych linii przecinających się w centrum pod kątem prostym. Przecięcie wyposażone jest w pojedynczy łuk łączący obie linie, a obok centralnej krzyżówki funkcjonuje niewielka zajezdnia. Tramwaje kursujące po prostopadłych trasach nie mają numerów linii - na każdej jeżdżą 2 wagony, dając częstotliwość 15-20 minut. Tabor całego przedsiębiorstwa liczący 9 wagonów stanowią wagony: 5 KTM-5 oraz 4 Spektry, z których trzy stały w zajezdni już dość długo odstawione, a jeden jeździł z bardzo miłą motorową za sterami. Trasa wschód-zachód, którą zaliczyliśmy na początek prowadzi z Kombinatu BAZ przez centrum (ul. Popowa) na brzeg rzeki Turja. Trasa prostopadła jest trochę dłuższa - wiedzie ze Szpitalnego Miasteczka (Bolnicznyj Gorodok) na południu przez ul. Frunze do Lokomotywowni (ŻD Depo) na północy, położonego w industrialnych klimatach miejscowego kombinatu. Pozostały czas do odjeżdżającego o 18:54 pociągu powrotnego spędziliśmy na sesji fotograficznej na centralnej krzyżówce, pieszym dojściu do położonej za rzeką stacji kolejowej oraz na leżeniu pod brzózką i popijaniu piwa o nazwie "Udacza" (Sukces). Dzień mogliśmy zaliczyć do wybitnie udanych - tutejsze tramwaje wywarły na nas duże wrażenie. Powrotny pociąg Siewierouralsk - Swierdłowsk miał już standardowo komplet pasażerów (434 km / 432,80 rb / 47,60 zł). W naszym "przedziale" jechała jakaś nauczycielka, która w pewnym momencie postanowiła za wszelką cenę otworzyć okno. Okno już się więcej nie zamknęło. Na szczęście było to pod koniec jazdy, więc zmarzliśmy jedynie trochę. |
![]() Leśna Wołczanka zesłany na Sybir ![]() Leśna Wołczanka PAZ-672 ![]() Leśna Wołczanka KTM-5 ![]() Wołczańsk wołczański tramwaj ![]() Wołczańsk wołczański tramwaj Wołczańsk KTM-5 ![]() Wołczańsk zajezdnia ![]() Wołczańsk Spektr ![]() Wołczańsk MTW-82 ![]() Wołczańsk pług ![]() Wołczańsk KTM-5 |
![]() Wołczańsk KTM-8M Wołczańsk miejscowa ludność ![]() Wołczańsk gimbus ![]() Krasnoturyjsk (BAZ) KTM-5 ![]() Krasnoturyjsk (Turja) KTM-5 ![]() Krasnoturyjsk KTM-5 ![]() Krasnoturyjsk KTM-5 ![]() Krasnoturyjsk Spektr ![]() Krasnoturyjsk Spektr ![]() Krasnoturyjsk Spektr ![]() Krasnoturyjsk Spektr w zajezdni |
|
29.05 wtorek Niżni Tagił (5426 km) Kolejne miasto na trasie uralskiej wyprawy leży 150 km na północ od Swierdłowska. Liczący 380 tysięcy mieszkańców Niżni Tagił (ros. Niżnij Tagił) jest dużym ośrodkiem metalurgicznym i maszynowym. To tutaj zbudowano pierwszy w Rosji parowóz i rower. Największymi zakładami są ogromna huta NTMK i Uralska Fabryka Budowy Wagonów (UWZ "Uralwagonzawod"), w której asortymencie wagony-cysterny były jedynie produkcją uboczną wobec głównego produktu - czołgów T-72. Obydwa kombinaty do niedawna administrowały miejscowymi tramwajami. Obecnie tramwaje "metalurgiczne" należą do miasta, natomiast "wagonowe" wciąż są w gestii fabryki. Wiąże się to też z układem przestrzennym samego miasta składającego się z dwóch części. W ścisłym centrum praktycznie funkcjonują obecnie tylko dwie linie tramwajowe: 15 jadąca z okolic dworca przez Prospekt Lenina na osiedle Galjano-Gorbunowskij Massiw oraz kursująca okrężnie wokół centrum linia 3 zaliczająca osiedla Wyja i Krasnyj Kamień. Ta druga jeździ niezbyt często, a do tego jest wściekle podgryzana przez sfory marszrutek kursujących jedna za drugą w ilościach zdecydowanie przekraczających wszelkie granice normalności. Linia do pętli WMZ jest już nieczynna, a na tramwaj jadący do kombinatu NTMK nie doczekaliśmy się przez pół godziny. Za to marszrutki kursowały jedna za drugą. Druga część miasta leży na wschód od kombinatu. Miejskie tramwaje do niej nie dojeżdżają - linia 15 kończy na pętli Nowaja Kuszwa obok zajezdni. Dalej jeżdżą tylko tramwaje UWZ (linie 1 i 8 - każda co 30 minut) docierające pod bramę główną fabryki wagonów, gdzie mieści się też ich zajezdnia. Spod bramy UWZ kursuje za to bardzo często linia 10 obsługiwana dwuskładami KTM-5 obsługująca wielkie osiedle pracowników fabryki (Pichtowyje Gory). Rejon fabryki wagonów stanowi jakby osobny organizm miejski i trzeba przyznać komunikacja miejska stoi w nim na dużo wyższym poziomie. Chociaż linia tramwajowa 6 do Osiedla Północnego jest nieczynna (trwa remont), to na linii 10 co 4-5 minut podwójne KTM-y wożą dużo ludzi, pojawiają się też duże autobusy, nawet przegubowe Ikarusy, a marszrutkowa zaraza prawie tu nie zagląda. Należy jeszcze dodać, że w tramwajach UWZ obowiązują inne bilety (8 rb / 88 gr), co jest o tyle przykre, że w samym Niżnim Tagile, jak rzadko gdzie na wschodzie, funkcjonuje bilet całodzienny po 25 rubli (2,75 zł). Do Niżniego Tagiłu przyjechaliśmy elektriczką ze Swierdłowska o 11:10 (149 km / 60 rb / 6,60 zł). W mieście panował już znaczny upał. Z powodu niepewności z noclegiem w Swierdłowsku rozważaliśmy zanocowanie w jednym z miejscowych hoteli o dość akceptowalnej cenie (600 rb / 66 zł), ale miasto wywarło na nas na tyle negatywne wrażenie, że nie mieliśmy ochoty zbyt długo w nim pozostawać. Dworzec przywitał nas przejściem podziemnym tak zimnym i wilgotnym jak górska jaskinia. Automatyczne schowki na bagaż obsługiwane były przez dwie babuszki. Jak zwykle zostawienie bagażu wymagało spisania delikwenta z paszportu i kosztowało 50,40 rb (5,55 zł). Co ciekawe cena ta obowiązywała na wszystkich dworcach, a ponadto tyle samo kosztował zestaw pościelowy w płackarcie. Musiała być to jakaś urzędowa cena, na co wskazywać by mogła ta absurdalna końcówka 40-kopiejkowa. W półautomatycznym schowku ustawiłem sobie kod dostępu A022 na cześć niedawnego veoliowego pogorzelca ;-) Pojechaliśmy tramwajem 15 na położone powyżej miasta osiedle. Od konduktorki kupiliśmy bilet całodzienny. Jak się okazało był on mało przydatny, bowiem poza 15-tką kursowała jeszcze tylko trójka. Ale dzięki temu byliśmy bardziej elastyczni i mogliśmy wysiadać i wsiadać w dowolnym momencie, gdy coraz bardziej okazywało się, że funkcjonują tylko dwie linie w miejscu pięciu wykazanych na schematach. W przerwie udaliśmy się do stołowej na solankę i bitki wołowe z czosnkiem. Niestety nigdzie na mieście nie można było kupić naszych ulubionych pirożków. Udaliśmy się zatem do "wagonowej" części miasta. Konduktorka w Spektrze coś tam mamrotała gdy pokazaliśmy jej miejski bilet całodzienny. W kolejnych tramwajach UWZ pracownice były już jednak bardziej stanowcze i mówiły, że taki bilet tutaj nie obowiązuje. W drodze powrotnej nawet z powodu braku integracji taryfowej w tramwaju wybuchła mała awantura sprowokowana przez młodzież z miejskim biletem miesięcznym migającą się od płacenia za bilet konduktorce UWZ. Tramwaj zaraz podzielił się na "swoich" i "obcych", a konduktorka oznajmiła, że nie pojedziemy dalej dopóki wszyscy nie zapłacą za bilet. Do awantury dołączyła się też motorowa, która z kolei najechała na konduktorkę, że robi sceny, a jej się spieszy. Tego dnia w Niżnim Tagile chyba było jakieś zakończenie roku szkolnego, bo dużo dzieci paradowało w odświętnych ubrankach, z goździkami w rękach i z dyplomami ukończenia 8. klasy. Nie było już dłużej co robić w tym ponurym przemysłowym mieście. Odebraliśmy bagaże i wsiedliśmy do elektriczki odjeżdżającej o 17:39 do Swierdłowska (149 km / 60 rb / 6,60 zł). Do stolicy obwodu dojechaliśmy na 20:58. Od razu udaliśmy się do Hotelu "Bolszoj Ural". Tak jak przypuszczaliśmy nie było już miejsc. Ruszyliśmy więc na desperackie poszukiwania innego hotelu. W najbliższym ceny osiągały 6000 rb (660 zł) za osobę, kolejny też podniósł standard i nazywał się teraz Grand Awenju (pisownia oryginalna). Hotel Magistr oferował noclegi w sam raz dla magistrów - po 4000 rb (440 zł), a przy tym nie posiadał wolnych miejsc, ale odesłał nas do pobliskiego Hotelu "Zielienaja Roszcza" (Zielony Gaj). Z zewnątrz w miarę ładnie odremontowany gmach w środku był dość ponurym internatem. Miał jednak tę zaletę, że cena pokoju 2-osobowego wynosiła 980 rb (54 zł od osoby). Kobieta w recepcji była już gotowa nas nie przyjąć, bowiem zaczęła się bulgotać dlaczego przez 9 dni pobytu w Rosji nie mamy wciąż meldunku. Wytłumaczyliśmy jej, że nie przebywamy nigdzie dłużej niż 3 doby, więc nie meldujemy się. Postraszyła nas, że teraz prawo się zmieniło, jest dużo surowsze, meldunek jest bezwzględnie obowiązkowy i ona w ogóle nie wie jak my wyjedziemy z Rosji, skoro zlekceważyliśmy sobie tak elementarny obowiązek. Odparliśmy jej, że to jest nasz problem jak my wyjedziemy z Rosji. Dostaliśmy pokój 402 z łazienką i prysznicem na korytarzu. Przez noc podładowaliśmy wszystkie akumulatory od aparatów i komórek. |
![]() Niżni Tagił Prospekt Lenina KTM-5 ![]() Niżni Tagił Prospekt Lenina KTM-5 Niżni Tagił Muzeum KTM-5 Niżni Tagił ul. Komsomolska KTM-5 Niżni Tagił Demidowskij zawod KTM-5 Niżni Tagił Demidowskij zawod Spektr ![]() Niżni Tagił Muzeum KTM-5 ![]() Niżni Tagił GGM KTM-5 ![]() Niżni Tagił Prospekt Lenina Ikarus 260 ![]() Niżni Tagił Prospekt Mira KTM-5 |
![]() Niżni Tagił ul. Komsomolska KTM-8M ![]() Niżni Tagił UWZ Spektr ![]() Niżni Tagił UWZ KTM-5 ![]() Niżni Tagił UWZ KTM-5 ![]() Niżni Tagił Pichtowyje Gory KTM-5 ![]() Niżni Tagił Pichtowyje Gory KTM-5 ![]() Niżni Tagił Pichtowyje Gory KTM-5 ![]() Niżni Tagił Pichtowyje Gory Ikarus 280.33 ![]() Niżni Tagił UWZ Karosa C734 ![]() Niżni Tagił UWZ LiAZ-677M |
|
30.05 środa Swierdłowsk (2) (5575 km) Drugi dzień zwiedzania Jekaterynburga / Swierdłowska zaczęliśmy od dojazdu metrem na dworzec i zostawienia plecaków w przechowalni, za którą tym razem zapłaciliśmy już 75 rb (8,25 zł). Poranną burzę przeczekaliśmy na pirożkach. Choć największa pompa minęła to deszcze jednak nadal padał. Udaliśmy się więc na przystanek tramwajowy, aby na pierwszy ogień zaliczyć linię 7 do pętli Siedem Kluczy. Jak to zwykle bywa w czasie deszczu milionowa metropolia pogrążona była w ogromnych korkach. Stały w nich również tramwaje, przez co regularność kursowania zupełnie siadła. Sporo się na tramwaj naczekaliśmy, równie długo przebijaliśmy się przez niektóre skrzyżowania. Choć tramwaj ma tutaj pierwszeństwo przed innymi pojazdami (i to nawet skręcając na skrzyżowaniach z sygnalizacją świetlną), to w praktyce jest traktowany jako zawalidroga, a prowadzący jej motorowi zupełnie nie wiedzą co to jest ofensywna jazda tylko biernie poddają się dyktatowi pojazdów ogumionych. Brak elementarnej kultury na drodze dotyczy też niestety zawodowych kierowców: kierowca autobusu nie przepuści innemu autobusowi ani tym bardziej tramwajowi. Każdy stosuje wschodnią szkołę jazdy, czyli "klakson i do przodu". Z Siedmiu Kluczy wróciliśmy w rejon zakładów metalurgicznych WIZ. Nieprzyjazna pogoda zagnała nas do miejscowej stołówki, gdzie zjedliśmy kotleta popijając kisielem. Spod WIZ-u jeździ peryferyjna linia 11 do pętli Zielony Ostrów. To jedyna w mieście linia jednotorowa. Kursują na niej dwa wagony mijające się w połowie trasy. Trasa jest nawet dość malownicza, wiedzie pośród szuwarów, brzegiem jeziora do niewielkiego przysiółka o nazwie Wodnyj. Kolejnymi etapami marszruty były pętla CPKiO (Centralny Park Kultury i Wypoczynku - zupełnie opustoszały w taką pogodę) oraz położone daleko na południu pętle Kieramiczeskij Zawod i Wtorczermet. Na koniec została nam linia 32 do Pałacu Sportu, jednak nie starczyło na nią czasu - trzeba było kierować się już do dworca. Do tego wystąpiły jakieś zakłócenia w ruchu tramwajowym, bo na jednym ze skrzyżowań ze swojej budki wyszła regulatorka i ustawiła na torach drewniany płotek z biało-czerwone paski. Tramwaje zaczęły jeździć po trasach objazdowych. 32, którym mieliśmy jechać na dworzec oznajmiało głosem konduktorki, że jedzie "po Leninu", czyli Prospektem Lenina. Zaczęliśmy więc wypytywać jak się dostać na dworzec kolejowy. Konduktorka nie umiała udzielić jasnej odpowiedzi, a pasażerowie urządzili całą giełdę pomysłów, z których jak na moją znajomość miasta, żaden nie wydawał się kuszący. Spytaliśmy więc czy da się gdzieś przesiąść z tramwaju do metra. W tym momencie konduktorkę olśniło "No tak, przecież my teraz mamy metro. Zupełnie zapomniałam". Metro faktycznie do stacji "Plac 1905 roku" dociągnięto dopiero w grudniu 1994 r., ale jak się przekonaliśmy można było ten fakt przeoczyć, bo wejścia do stacji szukaliśmy ładnych parę minut i to z wątpliwą pomocą przechodniów. O 17:46 lokalnego czasu odjeżdżał nasz pociąg do Ufy (742 km / 578,20 rb / 64 zł). Był to jadący z dalekiej północy pociąg relacji Niżniewartowsk - Samara. Ze stacji początkowej wyjechał przed południem dnia poprzedniego, a do Swierdłowska przyjechał - co dziwne - spóźniony 20 minut. W naszym "przedziale" jechał dziadek przypominający Seana Connery jako kapitana "Czerwonego Października", wiozący z Syberii wnuczkę na wakacje nad Wołgę. Wnuczka wchodziła właśnie w trudny wiek transformacji i była wyjątkowo rozkapryszona - wyraźnie przeszkadzała jej nasza obecność. Natomiast dziadek był bardzo w porządku - opowiadał jak budował nową fabrykę Łady w Syzraniu wraz z Polakami, którzy po godzinach pracy wykonywali prywatnie u ludzi różne prace budowlane i remontowe. Poza tym narażając się swojej ukochanej wnusi pozwolił nam zjeść kolację siedząc na dolnej kanapie. Za to w trosce o morale wnusi czynił jednemu z nas uwagi coby nie paradować po wagonie w samej bieliźnie. |
![]() Jekaterynburg dworzec Tatra T3 ![]() Jekaterynburg dworzec Tatra T3 ![]() Jekaterynburg dworzec Tatra T6 ![]() Jekaterynburg Siedem Kluczy Tatra T3 ![]() Jekaterynburg Siedem Kluczy KTM-5 ![]() Jekaterynburg ul. Kirowa Tatra T3 ![]() Jekaterynburg ul. Kirowa Tatra T3 ![]() Jekaterynburg ul. Kirowa Tatra T6 ![]() Jekaterynburg WIZ Tatra T3 ![]() Jekaterynburg WIZ Tatra T3 |
![]() Jekaterynburg WIZ Tatra T3 ![]() Jekaterynburg Zielony Ostrów Tatra T3 ![]() Jekaterynburg CPKiO Tatra T6 ![]() Jekaterynburg Kieramiczeskij zawod Tatra T3 ![]() Jekaterynburg Moskowskaja Gorka Tatra T3 ![]() Jekaterynburg ul. Moskowskaja Tatra T3 ![]() Jekaterynburg Moskowskaja Gorka Tatra T3 ![]() Jekaterynburg pl. 1905 roku Spektr-2 ![]() Jekaterynburg pl. 1905 roku Ikarus 283.10 ![]() Jekaterynburg Prospekt Lenina DAB 1200C-CNG |
| ciąg dalszy... | ||
© PRZEGUBOWIEC 1998-2007