|
31.05 (czwartek)
Ufa (6317 km)
Miasto Ufa – stolica Baszkirii – liczy ponad milion mieszkańców. Republika Baszkiria (ros. Baszkortostan) jest jednym z autonomicznych obwodów Rosji. Jest zamieszkana w jednej trzeciej przez Baszkirów, potomków tureckich pasterzy. Dla przybysza w oczy rzuca się przede wszystkim większy odsetek ładnych dziewczyn, lepsze zaopatrzenie sklepów i – co ciekawe – bardziej europejski wygląd miasta. Prawdopodobnie ma to związek z faktem, że Baszkiria jest najobfitszym surowcowo regionem Rosji. Ma bogate złoża ropy naftowej, gazu ziemnego, węgla brunatnego i rud żelaza.
Miasto Ufa położone jest na wysokim brzegu rzeki Białej u ujścia do niej Ufy i ciągnie się z południa na północ przez 50 km. Składa się z dwóch dawniej oddzielnych miast – starej Ufy na południu i przemysłowego Czernikowska na północy. Przez pewien czas nawet funkcjonowały osobne sieci tramwajowe połączone dopiero w 1958 r. Swoisty jest jednak nadal widoczny. Zajezdnia w starej Ufie dysponuje rosyjskimi wagonami, natomiast w Czernikowsku dominują czechosłowackie tatry.
Zostawiliśmy bagaże w przechowalni po 50,40 rb (5,55 zł). Przy oddawaniu bagaży oprócz standardowego wylegitymowania się paszportem (szkoda, że jeszcze nie sprawdzali meldunku) dodatkowo musieliśmy okazać bilet na pociąg, a nasze bagaże zostały sprawdzone wykrywaczem metalu (wykrył mój nabyty w Swierdłowsku scyzoryk). Do tego wszystkiego uprzejma inaczej żenszczina próbowała mnie orżnąć na 50 rubli reszty.
Dworzec kolejowy w Ufie był właśnie przebudowywany. Budowana była nowa efektowna hala dla pasażerów. Generalnej przebudowie ulegał też cały plac przed dworcem. Efektem tego był zauważalny brak tramwajów pod dworcem. Należało zatem podjechać do centrum autobusem, których kilka oczekiwało na pasażerów. Były to niskopodłogowe autobusy Nefaz produkowane w fabryce w baszkirskim Nieftiekamsku. Co ciekawe na znakach drogowych oznaczających w Ufie przystanek autobusowy widnieje sylwetka Nefaza, z charakterystycznym załamaniem linii okien.
Ponieważ skąpe informacje na tablicach kierunkowych niewiele nam mówiły zapytaliśmy jednej z drużyn kierowca+konduktorka którym autobusem dojechać do Centralnego Rynku. Usłyszeliśmy odpowiedź w stylu „właściwie to żadnym, lepiej iść piechotą przez park” plus machnięcie ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. Ponieważ rozmówcy sprawiali wrażenie, że im przeszkadzamy, nie drążyliśmy dalej tematu i udaliśmy się pieszo w bliżej nieokreślonym wskazanym kierunku. Było to dość utrudnione, gdyż akurat ten azymut cechował się ekstremalnym nachyleniem terenu (dworzec leży kilkadziesiąt metrów poniżej miasta w dolinie rzeki). Poszliśmy wzdłuż wijącej się serpentynami drogi, którą do dworca zjeżdżały Nefazy. Obejrzeliśmy przy okazji imponujący plac budowy dworca, w tym budowaną nową pętlę tramwajową, umieszczoną na zboczu skarpy, połączoną z dworcem nadziemną kładką. Tramwaje do nowej pętli dojeżdżać będą po estakadzie przerzuconej nad ulicą prowadzącą głębokim wąwozem do centrum (ntb. linię uruchomiono 2 tygodnie po naszej wizycie). Tą właśnie ulicą wspinaliśmy się pod górkę. Po jakimś kilometrze wędrówki w upale natknęliśmy się na oznaki cywilizacji w postaci sklepu spożywczego, który pozwolił nam zaopatrzyć się w stosowne produkty spożywcze, dzięki czemu dalsza droga przebiegała już w znacznie lepszych nastrojach. Przy werbalnym udziale napotkanych Baszkirów dotarliśmy przez park z pionierską kolejką w rejon Centralnego Rynku i linii tramwajowej.
W centrum miasta trwały zaawansowane prace modernizacyjne. Masowo wymieniano dziurawe asfaltowe chodniki na betonową kostkę. Dużo domów miało odnowioną elewację. Widać było, że Baszkiria lepiej się gospodarzy niż Rosja. Jednak na wielu ulicznych bilboardach podkreślano wieloletnią jedność i przyjaźń Baszkirii i Rosji.
W jednym z wielu bogato zaopatrzonych sklepów zakupiliśmy produkty na śniadanie (m.in. słony serek i pomidory), z których zrobiliśmy popas na pętli 16 przy ul. Puszkina w starej Ufie.
Z Puszkina pojechaliśmy starym RWZ-etem (bilet – taniocha: 6 rb / 0,66 gr) całą trasą szesnastki do pętli Sanatorium Zielionaja Roszcza (Zielony Gaj) zlokalizowanej wbrew nazwie w środku wielkiego osiedla na wschodnich krańcach miasta. RWZ-ety jeżdżą tylko na liniach 16 i 18. Na pozostałych spotyka się głównie KTM-8 z początku lat 90. kiedy to Ufa pozbyła się na rzecz Swierdłowska całej partii nowych Tatr T6. Ponoć tyrystorowa technika przerosła zdolności baszkirskich tramwajarzy. Z uzyskanych środków zakupiono znaczne ilości KTM-ów z nastawnikami. Obok Moskwy jest to więc największe zagłębie KTM-ów ósmych pierwszej serii.
Z Zielonej Roszczy przejechaliśmy przez całą starą Ufę linią 22 do pętli Teatr Kukoł (Teatr Lalek) leżącej na styku starej i nowej części miasta. Większość linii z obu stron kończy tu trasę i należy się przesiadać. Przesiadka polega jednak na opuszczeniu tramwaju przed pętlą, przejściu długości jednego przystanku, minięciu pętli i wejściu do następnego tramwaju na następnym przystanku. Torowisko biegnie tu środkiem jezdni głównej ulicy i pasażerowie pokonują ten dystans maszerując torowiskiem. My jednak udaliśmy się na pętlę na sesję fotograficzną z udziałem sprowadzonych tu z niemieckiego Chemnitz Tatr T3. Przy okazji zajęliśmy miejsca w jednym z tramwajów. Konduktorka nie była zachwycona takim anarchistycznym czynem, ale obiecaliśmy że to był ostatni raz. Tramwajem linii 12 z Teatru Lalek pojechaliśmy aż do ostatniego przystanku o nazwie Montażnikow. Pod koniec, w rejonie stacji kolejowej Benzin (Benzyna) linia zrobiła się bardzo malownicza – prowadziła w zupełnie dzikich ostępach pośród industrialnej okolicy. Do niedawna dwunastka jechała jeszcze sporo dalej do pętli NUNPZ (Nowoufimskie Naftowe Zakłady Przetwórcze), a także do położonych jeszcze 10 km dalej osiedli, ale obecnie rozebrano już nawet tory.
Na Montażników, na żeberku oczekiwała trójka, którą wróciliśmy do pętli Awtocentr WAZ w Czernikowsku, zlokalizowanej w sąsiedztwie zajezdni trolejbusowej. Tam urządziliśmy przerwę, podczas której chłodziliśmy się w ogródku piwem Krasnyj Wostok (Czerwony Wschód) i strzelaliśmy ładne zdjęcia przejeżdżającym tatrom.
Dla zakończenia poznawania ufimskich tramwajów przejechaliśmy jeszcze drugą trasą w Czernikowsku, przez pętlę Stadion Gastello oraz zaliczyliśmy - jak się okazało ślepą - odnogę do pętli Internacjonalnaja (Międzynarodowa).
Zaliczenie całej Ufy zajęło nam mniej czasu niż planowaliśmy. Ze względu na panującą także tutaj dezinformację i niespodziewane zwroty akcji, a także wystarczające nasycenie bardzo fajnymi tramwajami nie zdobyliśmy się na poznawanie tras trolejbusowych. Odnotowaliśmy jedynie fakt, że oprócz Ziutków jeździ sporo trolejbusów produkcji baszkirskiej (BTZ). Kto wie czy za chwilę nie pojawi się baszkirski tramwaj, skoro skonstruowano już trolejbus i autobus.
Na koniec udaliśmy się na posiłek do stołowej na dworcu autobusowym, gdzie uraczono mnie nadgryzionym kotletem i barszczem. Niesmak po barze wynagrodziły mi stojące na dworcu Ikarusy 280 wyremontowane w Solcu Kujawskim.
Wróciliśmy RWZ-etem do Centralnego Rynku, zrobiliśmy zakupy, po czym wzdłuż zamkniętej na czas przebudowy linii zeszliśmy do dworca kolejowego. Linia na końcowym odcinku wiedzie przez chaszcze dość stromo w dół. Idąc po nieużywanych torach weszliśmy w sam środek placu budowy dworca zaliczając pieszo nowy wiadukt tramwajowy.
Pociąg do Magnitogorska odjeżdżał o 23:10. Pozostały nam prawie 3 godziny oczekiwania. Z braku lepszego zajęcia i jakiejkolwiek oferty kulinarno-rozrywkowej w rejonie dworca większość czasu spędziliśmy na peronie 1 siedząc na wózkach do przewozu bagażu i obserwując dworcowe życie: przyjeżdżające i odjeżdżające pociągi dalekobieżne w zapierających dech relacjach, np. Adler – Nowosybirsk (4588 km) albo Odessa – Czelabińsk (3223 km) oraz lokalne pociągi elektryczne. Trafił się nawet czeski wagon motorowy Acz-2 (awtomotrisa). Przez megafon dworcowy co chwila kobiecy głos poszukiwał dyżurnego ruchu wołając „Dieżurnyj, dieżurnyj!”. Z innych megafonów rozlegało się wówczas męskie „Szto?” I tak przy pomocy dworcowych głośników nawiązywała się rozmowa pomiędzy pracownikami kolei. Z każdego przyjeżdżającego pociągu podmiejskiego wysypywała się grupka pasażerów, przeważnie na stronę przeciwną niż peron. Podziwialiśmy stare babule objuczone ciężkimi bagażami zeskakujące z wysokiej podłogi jednostki prosto na torowisko i gramolące się później w poprzek kilku torów, a następnie na pierwszy peron. Naszą uwagę przykuła też sporej wielkości przykrywa od studzienki z hydrantem wystająca ponad powierzchnię peronu z powodu podłączonego do niej węża. Jeżdżący co chwila traktor ze składem wagoników bagażowych nic sobie z niej nie robił za każdym razem na nią najeżdżając i czyniąc pokaźny hałas na moment tracił równowagę, a zaraz po nim każdy załadowany bagażem wagonik.
Wizyta w dworcowej toalecie pozostawiła niezatarte wspomnienia. Do braku muszli już się dawno przyzwyczaiłem. Tu jednak występowała dodatkowa atrakcja w postaci nad wyraz skromnych drzwiczek do kabiny, przypominających drzwi do saloonu. Wychodząc z wc natknąłem się na oddział żołnierzy stojący w szeregu i przyjmujący od zwierzchnika rozkaz skorzystania z toalety. Wszyscy marszowym krokiem udali się do środka, po czym po pewnym czasie wszyscy z niej wymaszerowali ustawiając się ponownie w szeregu.
Jak się później okazało sołdaty jechały naszym pociągiem. Był to oddział poborowych jadący pod okiem dowódcy do stosownej jednostki. Z tego co nam opowiadano wynika, że rosyjski poborowy nie wie gdzie będzie odbywał służbę – otrzymuje tylko nakaz stawienia się w odpowiednim miejscu w stosownym czasie.
Żołnierze zajmowali prawie cały nasz wagon, ale pod czujnym okiem dowódcy byli bardzo spokojni. Jak wspaniałą opinię ma w narodzie armia niech zaświadczy przykład pasażerki z bocznej leżanki, która poprosiła dowódcę, aby zamienił jej miejsce na lepsze kosztem jakiegoś żołnierzyka, co też uczynił.
|
 Ufa Nefaz
 Ufa Nefaz
 Ufa przystanek
nefazów
 Ufa ZiU-9
 Ufa BTZ-52761
 Ufa RWZ-6
 Ufa KTM-8
+ RWZ-6
 Ufa KTM-8
+ RWZ-6
 Ufa KTM-5
+ Tatra T3
 Ufa KTM-8M
 Ufa 17
|
 Ufa
(Teatr Kukoł) Tatra T3SU
 Ufa
(Teatr Kukoł) Tatra T3SU
 Ufa Tatra
T3SU
 Ufa
(Montażnikow) Tatra T3SU
 Ufa
(WAZ) Tatra T3SU
 Ufa
(WAZ) Tatra T3D
 Ufa
(WAZ) Tatra T3D
 Ufa Tatra
T3D
 Ufa Tatra
T3D
 Ufa Tatra
T3SU
 Ufa Ikarus
280.26
|
01.06 (piątek)
Magnitogorsk vel Magnitka (6683 km)
Zanim o 8.45 dojechaliśmy do słynnego dymiącego Magnitogorska (bilet z Ufy 410,30 rb / 45 zł / 366 km) pociąg wił się przez łagodne wzgórza Uralu. Nawet przez moment widać było jakieś konkretniejsze górki, co można uznać za sukces, bowiem sam Ural do wysokich nie należy.
Magnitogorsk, zwany potocznie Magnitką, należy do młodych miast. Choć liczy obecnie ponad 400 tys. mieszkańców to założony został dopiero w 1931 roku, kiedy to rozpoczęto budowę gigantycznego kombinatu metalurgicznego opierającego się na znalezionych w tym miejscu pokładach rudy żelaza. Ten jeden z największych zakładów w dawnym Sojuzie, z którego żelaza zbudowano co drugi radziecki czołg, przyczynia się do stałej obecności Magnitogorska na liście 25 najbardziej zanieczyszczonych miast świata. Dzięki kombinatowi jedynie co czwarte dziecko w mieście przychodzi na świat zdrowe.
Samo miasto jest bardzo pomysłowo rozplanowane – składa się z dwóch części rozdzielonych rzeką Ural, tworzącą sporej wielkości jezioro i stanowiącą granicę Europy i Azji. Na azjatyckim brzegu, u stóp Magnetycznej Góry, kryjącej w sobie złoża rudy żelaza, zbudowano kombinat i kilka innych zakładów. Na brzegu europejskim powstało miasto o prostokątnej siatce ulic. W poszczególnych ponumerowanych kwartałach można prześledzić ewolucję radzieckiej architektury od czasów stalinowskiej pięciolatki do współczesnych nowostrojek. Prostokątna siatka ulic znajduje swoje odbicie w sieci tramwajowej składającej się z dwóch linii południkowych i sześciu równoleżnikowych. Do części przemysłowej prowadzą cztery trasy poprowadzone mostami nad jeziorem. W efekcie daje to całkiem gęstą ponad 70-kilometrowej długości sieć, po której kursuje ponad 30 linii obsługiwanych przez blisko 400 wagonów. Jak głoszą źródła internetowe w Magnitogorsku można wciąż spotkać składy 3-wagonowe. My jednak nie mieliśmy tego szczęścia, aczkolwiek z uznaniem patrzyliśmy na kursujące co chwila tramwaje, w większości w dwuskładach.
Magnitogorski tabor stanowią prawie wyłącznie KTM-5 z niewielką ilością nowszych KTM-8 i KTM-8M. Wagony stacjonują w trzech zajezdniach. Bilet kosztuje 8 rubli (88 gr).
Przy wjeździe do Magnitogroska wypatrzyliśmy napis ‘hotel’. Od razu z dworca udaliśmy się do zauważonego obiektu. Był to zwykły 4-piętrowy blok na osiedlu, w którym jedna klatkę przykładnie odremontowano i urządzono hotel. W recepcji zostaliśmy miło (!) i z uśmiechem (!) poinformowani, że nocleg kosztuje 600 rb od osoby (66 zł), co było ceną akceptowalną. Nikt nam nie wypominał braku meldunków ani nie napraszał się, by je załatwiać. Dwuosobowy pokój miał własną łazienkę z prysznicem i był bardzo schludny. Trafiliśmy z noclegiem w dziesiątkę. Mogliśmy już od rana ruszyć na miasto.
Na pobliskim bazarku zrobiliśmy zakupy na śniadanie, które spożyliśmy na przeciwległym krańcu linii 29 (ul. Korobowa) opędzając się od bezpańskich psów. Z pętli tramwajowej roztaczał się szeroki widok na miasto, jezioro, mosty i kombinat. Po zaliczeniu równoległej linii południkowej pojechaliśmy linią 1 do przemysłowej części miasta, do krańca RIS. Końcówka trasy prowadziła przez iście księżycowy krajobraz obfitując w fantastyczne industrialne plenery. Na lokalnych bocznicach kombinatu wypatrzyliśmy przemysłowe lokomotywy – krokodyle. W następnym etapie udaliśmy się linią 15 do pętli LPC zlokalizowanej przy najnowszym wydziale huty – walcowni blach. Trasa przejazdu pozwala dłuższy czas napawać się hutniczymi krajobrazami z wielobarwnymi pióropuszami dymu.
Na pętli przy walcowni skorzystaliśmy z lokalnego przybytku gastronomicznego typu zakusocznaja (zakąskownia) oferującego oprócz piwa również ubóstwiane przez nas czeburki i bielasze, po czym wsiedliśmy w dziewiątkę jadącą do centrum trasą przez DOK i most południowy, zwany Kozacką Przeprawą. Tramwaj ruszył z przystanku końcowego, ale wyjeżdżając z pętli wjechał na żeberko i stał jeszcze jakieś 5 minut, pozwalając się wyprzedzić piętnastce. Nie spodobało się to części pasażerów i zaczęli artykułować głośno swoje niezadowolenie z tej sytuacji. Motorowa nie była dłużna i zaczęła się odszczekiwać tłumacząc, że obowiązuje ją rozkład jazdy i nie może sobie jechać kiedy chce, bo grożą jej kary finansowe.
Kozacką Przeprawą wróciliśmy na kontynent europejski i zaliczyliśmy jeszcze pętlę Zielionyj Łog (Zielony Parów) na absolutnie południowym krańcu miasta. W powrotnej drodze przy wysiadaniu, już na przystanku, ktoś próbował mnie zaczepić, ale się wyrwałem. Była to kontrola biletów okupująca przystanek i kontrolująca wysiadających. Okazało się to dopiero gdy wyjęli swoje blachy po pytaniach Tomka, kto oni za jedni. Ciekawa metoda.
Przed powrotem do hotelu jeszcze raz odwiedziliśmy emerycki bazarek, aby kupić nieco zieleniny wyrosłej na rudonośnych uralskich glebach i urozmaicić posiłek. Zakupiliśmy też na kolację kawał białego sera od babuszki oraz podwędzaną dalekowschodnią rybę sajrę (trochę stawiała opór). Wyżerka była niemożebna.
Wieczorem nad Magnitką przeszła burza. Porywisty wiatr nieco pozamiatał ulice. W telewizji leciała rosyjska wersja „Mamy Cię”.
|
 Magnitogorsk KTM-5
 Magnitogorsk KTM-5
 Magnitogorsk
(RIS) KTM-5
 Magnitogorsk
(RIS) KTM-5
 Magnitogorsk
(RIS) KTM-5
 Magnitogorsk KTM-5
 Magnitogorsk KTM-5
 Magnitogorsk KTM-8M
 Magnitogorsk KTM-5
 Magnitogorsk KTM-5
|
 Magnitogorsk KTM-5
 Magnitogorsk
(LPC) KTM-5
 Magnitogorsk KTM-5
 Magnitogorsk KTM-8M
 Magnitogorsk KTM-5
 Magnitogorsk KTM-8M
 Magnitogorsk Kia
Cosmos
 Magnitogorsk LiAZ-677
 Magnitogorsk AKA-6226
 Magnitogorsk PAZ-6205+Ikarus
260.04 |
2.06 (sobota)
elektropojezd
Czas pożegnać sympatyczny Magnitogorsk. Przed nami nie lada wyzwanie – 8,5 godziny w jednostce elektrycznej. To jedyne
w ciągu dnia połączenie z leżącym 425 km na południe Orskiem.
W kasie na dworcu kupiliśmy bilet w postaci wstęgi kilku biletów na poszczególne odcinki trasy. Razem wyszło po 279 rb (31 zł). Zrobiliśmy jeszcze odpowiednio większe zakupy i o 10:20 ruszyliśmy w drogę jednostką ER9. Na szczęście miała miękkie siedzenia.
Wielogodzinną podróż przetrwaliśmy bez problemów. Spędziliśmy ją na zmianę na lekturze książek, śnie, konsumpcji, słuchaniu muzyki itp. Krajobraz za oknem był zupełnie odmienny od uralskich brzózek. Znajdowaliśmy się już na południu, przy samej granicy z Kazachstanem, więc bezkresny step wcale nas nie dziwił, choć pobudzał do refleksji. Co jakiś czas krajobraz pól zakłócał kolejny olbrzymi elewator zbożowy, wielkości 10-piętrowego bloku, wynurzający się z pustki niczym Arka Noego.
Do Orska przyjechaliśmy o 18:55 - dość późno jak na miasto, w którym potrzebowaliśmy znaleźć ostatni na tym wyjeździe hotel. Ale nie było wyjścia. Spodziewaliśmy się trudności w znalezieniu noclegu, ale nie poddawaliśmy się. Orski dworzec zlokalizowany jest na peryferiach miasta. Prowadzi do niego linia tramwajowa. Wsiedliśmy do stojącego na pętli KTM-5 i pojechaliśmy w kierunku centrum. Tramwaj dostojnie wlókł się przez dzielnicę niewielkich domków, miasto sprawiało wrażenie wymarłego. Zagadnęliśmy konduktorkę czy nie zna w Orsku taniego hotelu. W pierwszej chwili zaprzeczyła, ale zaczęła wypytywać pasażerów. Pasażerowie jakoś nie byli chętni do pomocy, ale konduktorkę widać olśniło, bo przybiegła do nas z informacją, że co prawda nie zna „taniego hotelu”, ale zna „hotel”. Nazywał się oczywiście „Ural” i leżał na trasie naszej linii, więc obiecała nam pokazać gdzie wysiąść.
Tramwaj ledwo się toczył, za kolejnym przystankiem opadły hamulce szynowe, zaczął dzwonić dzwonek i stanął w miejscu. Każda próba ruszenia kończyła się awaryjnym hamowaniem i włączeniem dzwonka. Motorowa najwyraźniej nie potrafiła sobie poradzić z awarią, ale na szczęście miała radiotelefon. Połączyła się z zajezdnią, skąd usłyszała kilka cennych rad, po których zastosowaniu tramwaj ruszył, choć co jakiś czas znów awaria się powtarzała. W końcu na węzłowym przystanku oznajmiła, że zjeżdża do zajezdni i wszyscy musieli przesiąść się do następnego tramwaju, który zdążył nas już dogonić. Co ciekawe przesiadła się też konduktorka. Prawdopodobnie jechała skończyć służbę do zajezdni, natomiast sam zepsuty tramwaj pojechał w sobie tylko znanym kierunku.
Na następnym przystanku poradzono nam wysiąść do hotelu. Z niewielką pomocą nielicznych przechodniów odnaleźliśmy solidne przedwojenne gmaszysko. Pamiętająca dawne czasy recepcja dobrze wróżyła, również cennik był bardzo optymistyczny – 700 rubli za pokój. Dziadek w recepcji oznajmił, że miejsca są i poprosił o paszporty. Niestety nasza radość nie trwała długo. Gdy zorientował się, że jesteśmy obcokrajowcami stwierdził, że nie może nas przenocować, bo to jest hotel tylko dla Ruskich. Poradził nam za to iść do Hotelu Salut, zlokalizowanego obok na tym samym osiedlu, gdzie przyjmują innostrańców. Problem w tym, że tam już cena pokoju wynosiła 1700 rubli (93 zł za osobę). W recepcji Saluta nieco wybrzydzaliśmy na tę cenę, choć miłe panie zapewniały nas, że u nich wypoczniemy jak nigdy dotąd. Były też na tyle uczynne, że podzwoniły po innych orskich hotelach. Niestety wszystkie gdzie się dodzwoniły albo miały wyższe ceny, albo nie przyjmowały obcokrajowców, albo nie miały miejsc. Zostaliśmy więc w Salucie, w pokoju 52.
Hotel Salut zajmował jedną klatkę schodową 4-piętrowego bloku. Każdy numer zaadaptowany był z osobnego mieszkania. Nasz apartament składał się z dużego pokoju, kuchni, łazienki i balkonu, tak więc standard był nawet w miarę adekwatny do ceny. Na wyposażeniu pokoju był też telewizor i lodówka. Najbardziej rozbawiła nas kartka z informacją „Zakaz przesuwania mebli – mandat od 500 rubli”. Oczywiście, żeby zjeść kolację jak ludzie musieliśmy poprzesuwać stolik i fotele uprzednio jednak zamykając przezornie drzwi wejściowe na klucz.
|
 Magnitogorsk
rzeka Ural granica kontynentów
 linia
Kartały - Orsk
przystanek elektriczki kursującej raz na dzień |
3.06 (niedziela)
Nowotroick i Orsk (7108 km)
Na ten dzień zaplanowane były dwa miasta, dlatego uznaliśmy, że należy dołożyć większych starań, aby zrealizować cały plan do wieczora. O 21:40 odjeżdżał nasz pociąg relacji Orsk - Moskwa, którym mieliśmy kontynuować marszrutę. Dlatego sam Orsk zostawiliśmy na drugą część dnia, a przedpołudnie wykorzystaliśmy na sąsiedni Nowotroick.
Zostawiliśmy plecaki w recepcji hotelu i udaliśmy się szukać środków transportu do Nowotroicka. Napotkany przechodzień poinstruował nas, że należy pójść na sąsiednią ulicę, gdzie przejeżdżają „Gazele” z napisem „Orsk-Nowotroick”. Istotnie tak było. Nie minęły dwie minuty, gdy machnięciem ręki zatrzymaliśmy pierwszego busa do Nowotroicka. Jazda trwała niecałe 30 minut (10 rb / 1,10 zł). Nowotroick zaczął się zaraz za górką wyrastającą tuż po tym jak kończy się Orsk. W zasadzie z jednego miasta do drugiego mógłby jeździć tramwaj. ale nigdy nie powstał. Za to teraz marszrutka gna z miasta do miasta co 5 minut.
Nowotroick leżący w Obwodzie Orenburskim na granicy z Kazachstanem jest jednym z wielu typowo przemysłowych miast powstałych w czasach ZSRR. Głównym żywicielem liczącego nieco ponad 100 tys. mieszkańców miasteczka jest kombinat metalurgiczny „Uralska Stal”. Do niedawna był on również właścicielem funkcjonujących tu od 1954 roku tramwajów.
Tramwaje w Nowotroicku tworzę niewielką 13-kilometrową sieć. Główna linia prowadzi od zajezdni zlokalizowanej na zachodnim krańcu miasta przez reprezentacyjną ulicę Radziecką, obok dworca kolejowego do huty (FLC), obok której odchodzi linia do koksowni i innych wydziałów kombinatu (pętla KChC). Pośrodku trasy odgałęzia się na północ 1,5-kilometrowa trasa do pętli Rynok (Targ). Na liniach kursują głównie wagony KTM-5, choć w posiadaniu przedsiębiorstwa jest parę nowszych KTM-8.
Zaliczenie Nowotroicka, wraz z wykonaniem kilku malowniczych szpiegowskich fotek z hutą w tle, zajęło nam zadziwiająco mało - ok. półtorej godziny. Złapaliśmy więc na poboczu szosy marszrutkę (10 rb / 1,10 zł) i wróciliśmy do Orska.
Orsk jest nieco większym miastem - liczy 250 tys. mieszkańców. Ma też nieco większą sieć tramwajową - ok. 40 km, przy czym związana jest z tym pewna ciekawostka o czym później. Orsk jest obok Magnitogorska jedynym na świecie miastem, w którym jeżdżą tramwaje międzykontynentalne. Wszystko za sprawą rzeki Ural i przebiegającej nią granicy kontynentów. Informują o tym oczywiście stosowne tablice na moście. Tego dnia byliśmy 3 razy w Europie i 2 razy na kontynencie azjatyckim.
W Orsku sieć tramwajowa ciągnie się wzdłuż jednego ciągu komunikacyjnego, przy czym w centrum rozgałęzia się on na dwa warianty: północny Awangard i południowy 2. Uczastok. Po zachodniej stronie centrum tramwaje dojeżdżają do trzech pętli o uroczych nazwach: 240. Kwartał, Mikrorajon 3S i CMK (najciekawsza industrialna trasa), a na wschodzie do pętli Nikiel i Dworzec (ta ostatnia już w Azji). Linia do pętli Synteza okazała się nieużywana. Wyglądało też na to, że nie działała również zlokalizowana tam zajezdnia nr 2, co potwierdziły zdjęcia z GoogleMaps.
Zaliczanie Orska szło równie sprawnie. Mimo niedzieli tramwaje jeździły całkiem konkretnie - każda linia co 10-15 minut. Bilet kosztował tylko 4 ruble (45 gr).
Na bazarku w 240-ym Kwartale wypatrzyliśmy u sprzedawcy o kirgiskich rysach (ntb. na Uralu często spotyka się już takie mongolskie twarze - jakby nie patrzeć to już Azja) swoisty rarytas pirożkowej gastronomii - pianse czyli dalekowschodni gotowany na parze pierożek z ostrym kapuściano-mięsnym nadzieniem. Na pętli w Mikrorajonie 3S wywołaliśmy małą sensację u handlujących tam przekupek, których niepokój wzbudziło fotografowanie tramwajów. Podejrzliwie zapytały dlaczego robimy zdjęcia na pętli tramwajowej, a nie np. na bazarku. Na placu Gagarina w oczekiwaniu na przesiadkę obserwowaliśmy jak milicjant wyrabia normę wylegitymowań obywateli. Najpierw długo spisywał z dokumentów rodzinę spacerującą z dzieckiem w wózku, potem próbował zatrzymać jakiegoś faceta spieszącego się na dworzec autobusowy, ale ten mu się wyrwał odpychając go nawet. Z naszym brakiem meldunków z pewnością byliśmy łakomym kąskiem dla mundurowego, dlatego staraliśmy się nie wpadać mu w oczy i darowaliśmy sobie robienie w tym miejscu fotek.
Na koniec zostawiliśmy sobie orski rarytas tramwajowy - niezależną od reszty sieci linię tramwajową funkcjonująca po drugiej stronie torów kolejowych, w części azjatyckiej, obsługującą fabrykę przyczep ciągnikowych (OZTP). Fabryka co prawda wygląda na bankrutującą, ale do niedawna jeszcze miała swoją linię tramwajową i 22 wagony do jej obsługi.
Linia OZTP nie jest oznaczona żadnym numerem. Rozpoczyna się w rejonie dworca kolejowego i prowadzi przez przyzakładowe osiedle, obok fabryki do leżącej na skraju stepu zajezdni tramwajowej. Na linii w niedzielę kursowały dwa wagony. W zajezdni i na pętli stało kilkanaście pozostałych (same KTM-5). Zastanawiało nas czy tak wielka ilość wagonów jak na jedną 7-kilometrową trasę jest uzasadniona.
W oczekiwaniu na tramwaj do OZTP zakupiłem sobie czeburka, którego jednak musiałem szybko zjadać, bowiem bezpański kundel pętlowy zaczął nie odstępować mnie na krok i oblizując się co chwila wpatrywał się w znikający w moich ustach mięsny smakołyk. W tramwaju wyposażonym w powiewające na wietrze firanki jechaliśmy sami. Motorowa nie miała początkowo reszty, ale jakoś poszukała i znalazła. Z końcówki również wracaliśmy sami. Motorowa już nie chciała od nas za przejazd.
Wróciliśmy ponownie do centrum Orska w poszukiwaniu czegoś na ząb. Nigdzie nie mogliśmy znaleźć żadnej stołowej ani nawet budki z pirożkami. Trafiliśmy za to do jakiegoś sklepu dla kombatantów. Do kilku stoisk tłoczyła się w nim ciżba, głównie emerytów. Faktycznie ceny produktów były dużo niższe niż w innych sklepach. Mało sympatyczne sklepowe uwijały się w ukropie. Nabyliśmy jedynie piwo w butelkach 1,5-litrowych nalewane z kranika. W końcu po długim marszu orskimi ulicami znaleźliśmy zakusoczną, gdzie uraczyliśmy się pielmienami i świeżo smażonymi na miejscu czeburkami.
Zaliczenie dwóch miast poszło nam dużo szybciej niż zakładaliśmy, nawet wliczając w to poszukiwanie jedzenia. Do odjazdu pociągu pozostały nam 4 godziny. Spędziliśmy je w dworcowej poczekalni. Niecałą godzinę przed naszym odjazdem przez Orsk przejeżdżał pociąg fascynującej relacji Irkuck - Adler. Jazda znad Bajkału do czarnomorskiego kurortu (6477 km) zajmuje mu 5 pełnych dób. Stacja Orsk wypada mu czasowo w połowie drogi.
My odjeżdżaliśmy moskiewskim pociągiem będącym oknem na świat dla tego rejonu Rosji, zabierającego do stolicy ludzi z Orska i Nowotroicka, ale też i z Orenburga. Pociąg dociera do Moskwy po 38 godzinach (1853 km), my jednak jechaliśmy nim tylko jedną noc do Samary nad Wołgą (754 km / 578, 20 rb / 64 zł). W naszym przedziale trafiło się nieszczelne okno i trochę z niego wiało. Prowadnik mógł nam tylko współczuć, ale pocieszył nas, że od Orenburga zmienia się kierunek i będzie wiało w drugą stronę.
|
 Nowotroick KTM-5
 Nowotroick KTM-5
 Nowotroick KTM-5
 Nowotroick KTM-5
 Nowotroick KTM-5
 Orsk
(Awangard) KTM-5
 Orsk
(Awangard) KTM-5
 Orsk
(Awangard) KTM-5
 Orsk
(3S) KTM-5
 Orsk KTM-5
|
 Orsk
(Nikiel) KTM-5
 Orsk
(CMK) KTM-5
 Orsk
(CMK) KTM-5
 Orsk
(pl. Gagarina) KTM-5
 Orsk KTM-5
 Orsk
(rzeka Ural) KTM-5
 Orsk LiAZ-5256
 Orsk
(OZTP) KTM-5
 Orsk
(OZTP) KTM-5
 Orsk
(OZTP) KTM-5 |
4.06 (poniedziałek)
Samara (7862 km)
Nocnym pociągiem opuściliśmy definitywnie Ural. Trzeci tydzień wyprawy przeznaczyliśmy na powolny powrót w kierunku Polski. Doświadczenie wielu wypraw uczy, że o wrażeniach z wyprawy decyduje przeważnie jej końcówka. Dlatego też należało zadbać aby końcówka nie była błąkaniem się resztką sił po przeciętnym mieście, ale mocnym akcentem. Na etapie planowania podróży uznaliśmy, że takim barwnym wspomnieniem może być kaukaski kurort
Piatigorsk, leżący trochę nie po drodze, ale zapewniający sporo tramwajowych wrażeń. Aby do niego dotrzeć należało jednak się nieco nagimnastykować - przede wszystkim pokonać jakieś 2500 km dzielących Kaukaz od Uralu. Rozkład jazdy pociągów też rządzi się swoimi prawami i konstruując plan wyprawy na drodze do Piatigorska wypadł dzień przerwy w nadwołżańskiej metropolii - Samarze.
Samara, znana za czasów ZSRR jako Kujbyszew, jest szóstym co do wielkości miastem Rosji (1152 tys. mieszk.). Po kilku dniach w uralskich opłotkach mogliśmy się znów poczuć jak w metropolii. Po ulicach jeździły zadbane Tatry T3, a pod ziemią szumiało metro. Autobusy i trolejbusy też nienajgorsze - oprócz Ikarusów i Ziutków także Mercedesy Connecto i
WMZ-ety. Wypatrzyliśmy także Autosana H10-11 z serii dostarczonej tu w połowie lat 90., wciąż w biało-niebieskim fabrycznym malowaniu.
Samarski dworzec został niedawno gruntownie zmodernizowany i przebudowany w stylu szkło+marmur. Walcowaty element architektoniczny kazał podejrzewać, że projekt dworca został zaadaptowany z projektu parkingu wielopoziomowego.
Przechowalnia bagażu (standardowo za 50,40 rb) składała się ze schowków automatycznych obsługiwanych przez żenszczinę. Jej organizacja pracy pozostawia jednak wiele do życzenia. Kobieta siedzi w przeszklonej budce, gdzie przyjmuje pieniądze i spisuje dane z paszportu i biletu, po czym co chwila wychodzi z niej, by zaprowadzić delikwenta do stosownego schowka, aby wskazać mu palcem, gdzie ma sobie włożyć bagaż.
Stara część Samary jest bardzo malownicza. Prostokątna siatka zadrzewionych ulic i niskie kamienice przywodzą na myśl Odessę. Sieć tramwajowa jest dość rozbudowana, zwłaszcza w nowych dzielnicach leżących na wschód od centrum. Na północy miasto urywa się na brzegu Wołgi, z którego można podziwiać wielkie puste przestrzenie i dziką przyrodę po drugiej stronie. W Samarze od 1987 roku funkcjonuje metro, ale jeszcze nie doprowadzono linii do samego centrum – wciąż obsługuje jedynie nową, choć znacznie rozleglejszą część miasta.
Samara pozytywnie nastraja pod względem taboru komunikacyjnego. Tramwaje to praktycznie same Tatry T3 i nieco nowsze T6, całkiem dobrze utrzymane i ładnie pomalowane na śnieżnobiało-czerwono. W środku pracują miłe młode konduktorki. Jedna z konduktorek pozwoliła dzieciom jechać za darmo. W rewanżu dzieci chodziły po wagonie i pobierały dla niej opłatę za przejazd. Niestety - jak to w rosyjskim mieście - często pojawiają się zakłócenia w ruchu i zatrzymania podczas których motorowa ogłasza przez głośnik
„dwiżenie nie idiot” i dalszą część trasy trzeba pokonać pieszo lub zmienić plany. Na kilku trasach są długie zjazdy. Przed każdym dla bezpieczeństwa stoi żenszczina odziana w pomarańczową kamizelkę, z płozą położoną na szynie. Tramwaj musi się zatrzymać, czym udowadnia kobiecie, że działają mu hamulce i będzie w stanie dowieźć ludzi na sam dół w całości. Wtedy kobieta podnosi przeszkodę i tramwaj rusza w dół. Zabezpieczenie jest całkiem zasadne, bowiem historia zna niejeden przypadek tramwaju, który wjechał na spadek z zepsutymi hamulcami (w ukraińskim Dnieprodzierżyńsku w 1996 roku taka awaria kosztowała życie 34 pasażerów, przy czym w tym roku wydarzył się podobny wypadek choć już nie tak tragiczny).
Do ciekawszych pętli w Samarze można zaliczyć pętlę Metalurg, gdzie tramwaj zawraca na terenie salonu samochodowego, albo pętlę Aurora nad którą powstaje centrum handlowe. Dobry miejscem na fotki jest węzeł przesiadkowy Owrag
Podpolszczikow.
Zaliczenie blisko 80-kilometrowej sieci tramwajowej Samary zajęło nam cały dzień, praktycznie aż do zmierzchu. Przed nami 36-godzinna podróż na Kaukaz. Zaopatrzyliśmy się więc na drogę produkty i poszliśmy odebrać bagaż. Jeden dziad próbował się wepchać po odbiór bez kolejki (tutaj to norma), a gdy już mu się to udało, okazało się że wyjął niewłaściwe kwitki, więc kolejka mu minęła.
Kursujący co dwa dni pociąg relacji Samara - Kisłowodzk, wiozący nas do Piatigorska (1745 km / 1046,50 rb / 115 zł), odjeżdżający o 22:10 czasu
samarskiego, był pełen jadących do wód letników. Konduktorki były młode i zgrabne. W przedziale jechała z nami – jak się przedstawiła – Ciocia Tania, miła starsza kobieta, z którą w ciągu długiej podróży ucięliśmy niejedną pogawędkę. Opowiedziała nam całe swoje życie, poznaliśmy całą jej rodzinę. Opowiadała, że mieszka w Surgucie na Syberii, choć młodość spędziła na Krymie, dlatego – jak większość Rosjan – nie może pogodzić się z faktem, że to jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi leży obecnie w obcym państwie. Opowiedziała nam również, jak to zimą normą jest temperatura rzędu 40 stopni poniżej zera. Swoje wielkie matczyne rosyjskie serce okazała przykrywając w nocy Tomka kocykiem.
|
 Samara
(Chlebnaja ul.) Tatra T3SU
 Samara Tatra T3SU
 Samara Tatra T3SU
 Samara
(Jungorodok) Tatra T3SU
 Samara
(Jungorodok) stacja metra
 Samara Tatra T3SU
 Samara
(Owrag Podp.) Tatra T6B5
 Samara
(Owrag Podp.) Tatra T3SU
 Samara
(Owrag Podp.) Tatra T6B5
 Samara
(Owrag Podp.) Tatra T3SU
|
 Samara Tatra T3SU
 Samara Tatra T3SU
 Samara Tatra T3SU
 Samara Tatra T3SU
 Samara Ikarus
260
 Samara Autosan
H10-11
 Samara Mercedes
O345
 Samara Mercedes
O345G
 Samara LiAZ-677
 Samara ZiU-9
|
5.06 (wtorek)
jazda
Kolejny dzień spędzony w całości na jeździe. Do południa wylegiwaliśmy się z muzyką na uszach lub z ostatnią nieprzeczytaną książką. Podczas dłuższego postoju w Wołgogradzie (15:23-16:10) uzupełniliśmy zapasy produktów na dalszą podróż. Na dworcu tłum handlarzy oferował co dusza zapragnie. Jednak hitem dnia była niewielka stacja Kotelnikowo leżąca na granicy obwodów wołgogradzkiego i rostowskiego, na której zatrzymaliśmy się tuż po 20:00. Dojeżdżając do niej w pociągu zapanowało niezdrowe poruszenie. Wszyscy przyszykowali się do wyjścia. Ciocia Tania wyjaśniła nam, że na tej stacji zwykle robi się zakupy. Istotnie – cały peron i nie tylko zastawiony był stoiskami, przy czym podstawowym produktem były ryby. Pasażerowie z entuzjazmem oddawali się rybnym zakupom, co też uczyniliśmy i my. Zakupiliśmy całego wędzonego karasia i jesiotra, Ciocia Tania wzięła karpia oraz kotlet z ikry (wyśmienity) , a cyganie z sąsiednich łóżek – raki. Kolacja była wyborna.
|
 Kotelnikowo rybka
|
6.06 (środa)
Piatigorsk (9607 km)
Od rana do południa pociąg przemierzał równinny w tym miejscu Kraj
Stawropolski. Nasi sąsiedzi w dresach, z biżuterią na rękach i użelowanymi włosami też się już trochę nudzili, więc użyczyliśmy im odtwarzacza mp3. Nie wyglądali na zachwyconych zgromadzoną w grajątku muzyką, bo wytrzymali jedynie kwadrans. Sprawdziłem potem jakie kawałki im się wylosowały i trafił im się m.in. Kazik Na Żywo wyśpiewujący „Ale zaraz coś się zmieni bo idą, jak wieść niesie / Młodzieńcy z paskami na dresie”.
Zanim o 12:41 zajechaliśmy do Piatigorska pociąg zaliczył jeszcze planowy godzinny postój w Mineralnych Wodach. O tym, że jesteśmy na Kaukazie, niecałe 200 km od
Czeczenii, przekonaliśmy się szybko widząc znacznie więcej służb mundurowych, zarówno milicyjnych jak i wojskowych. Przy wszystkich wyjściach z dworca stali milicjanci i sprawdzali wyrywkowo dokumenty. Stąd też planowana wizyta w toalecie została odłożona na później, także z racji tego, że alternatywny wychodek stojący przy peronie oferował jedynie dziury w podłodze w kabinach pozbawionych jakichkolwiek drzwi.
70-kilometrowa linia kolejowa z Mineralnych Wód do Kisłowodzka pnie się cały czas w górę. Na linii tej, łączącej najznamienitsze kaukaskie kurorty (tzw.
Kawminwody), panuje bardzo duży ruch pociągów. Co pół godziny trasę tę przemierza
elektriczka. Pomiędzy nimi wciśniętych jest kilka pociągów dalekobieżnych łączących uzdrowiska z praktycznie każdym rejonem Rosji. Wejście na perony przystanków kaukaskiego S-bahnu odbywa się przez bramki po skasowaniu biletu.
Piatigorsk jest największym miastem w rejonie mineralnych wód - liczy 140 tys. mieszkańców. Nazwa wzięła się od otaczających miasto pięciu samotnych gór (my co prawda naliczyliśmy ich siedem). Pięknem okolicy zachwycał się m.in. romantyczny poeta
Lermontow, który tutaj spędził swe ostatnie chwile zanim stracił życie w pojedynku.
Od 103 lat po Piatogorsku jeżdżą tramwaje. Co ciekawe są to obecnie jedyne, oprócz
Kaliningradu, wąskotorowe (1000 mm) tramwaje na terytorium Rosji. Z tego powodu jeździ tutaj dość specyficzny tabor: przede wszystkim Tatry KT4, z własnych zasobów oraz sprowadzone z niemieckiego Erfurtu i Chociebuża, niedobitki wąskotorowych T3, a także sprowadzone w ostatnich latach z niemieckiego Halle Tatry T4 oraz jedyne na świecie wąskotorowe tramwaje rosyjskie KTM-15.
Sieć tramwajową tworzy główna linia wschód-zachód biegnąca doliną rzeki
Podkumok. W centrum odchodzi od niej na północ linia do Białej Romaszki oraz do mikrorajonu
Besztau. We wschodniej części miasta odgałęzia się jednotorowa linia do
Miasokombinatu. Główne linie 2 i 4 kursują co 8 minut, liczą się też 7 i 8 do nowej pętli
Besztau, kursujące co 16 i 10 minut. Pozostałe linie (1, 3, 5, 6) jeżdżą chyba dla ozdoby co 32-40 minut, zapewne po to by zapewnić bezprzesiadkowe połączenia poszczególnych krańców. Bilet kosztuje 5 rb (55
gr).
Tramwaje jeżdżą w zależności od trasy raz szybciej a raz wolniej. Wagony są zadbane - widać import tramwajów z zachodu podniósł nieco kulturę techniczną. Na pętli Biała Romaszka zakosztowaliśmy miejscowych szaszłyków, a także usłyszeliśmy od sfrustrowanej motorowej, że nie wolno robić zdjęć, za co w rewanżu pstryknęliśmy jej jeszcze jedną. Na innej pętli doczepiła się konduktorka, ale uświadomiliśmy jej, że robimy zdjęcia niepowtarzalnej atrakcji jaką są jedyne w całej Federacji wagony KTM-15. Musiała ją ta odpowiedź podbudować, bo lekko się zmieszała i już nie protestowała. Trafił się też sympatyczny motorowy w zmodernizowanej Tatrze KT4D nr 08. Wypytywaliśmy go o linię 1 do
Miasokombinatu, po czym przeszliśmy na temat sprowadzonych z Niemiec tramwajów. Z ciekawości spytaliśmy o poprzedni numer prowadzonego przez niego wagonu i nawet zajrzeliśmy do kabiny by go poszukać, ale nie znaleźliśmy. W motorowym jednak ujawniła się żyłka detektywistyczna i w czasie jazdy zaczął sam szukać niemieckiego numeru po całej kabinie. W końcu znalazł go wypisanego długopisem na rolecie przeciwsłonecznej. Z radością spytał „A może to być 504?” Istotnie - wagon ten w Erfurcie miał taki numer.
Czas upływał szybko i została nam do zaliczenia jednotorowa linia 1 do
Miasokombinatu. Jak nas poinformował motorowy z ex-504, kursują na niej dwa wagony co 36 minut. Przy rozgałęzieniu linii stoi budka kontrolera ruchu, na której wisi rozkład jazdy jedynki. Mieliśmy jeszcze trochę czasu więc poszliśmy do zakusocznej (wbrew nazwie zakąsek nie było, tylko piwo) i do produktów. W końcu nadjechała pojedyncza Tatra T4 w halleńskim malowaniu. Trasa do Miasokombinatu jest urocza. Pojedynczy tor wije się przez łąkę po zboczu góry. Na pętli poprosiliśmy motorowego, aby zabrał nas z trasy powrotnej, gdzie zamierzaliśmy się udać na fotkę. Trafiliśmy jednak na wyjątkowego służbistę, bo stwierdził, że nie może zatrzymywać się poza przystankami i możemy sobie wrócić następnym tramwajem (za 36 minut). Zrezygnowaliśmy z
fotostopu, ale pociągnęliśmy temat wagonów z Halle. Motorowemu bardzo podobały się niemieckie tramwaje, ale zastanawiał go umieszczony na każdym napis
HAVAG. „Szto eto Havag”? zapytał. Wyjaśniliśmy mu, że to nazwa przedsiębiorstwa komunikacyjnego w Halle, dawnego właściciela tych wagonów. Zdradził się wówczas, że ma w domu podkładkę pod mysz z logo
HAVAG. Jednak na fotostop się nie zgodził. Zacząłem podejrzewać, czy czasem miłośnicy z Halle nie przywieźli tu kiedyś ciężarówki firmowych gadżetów, aby zapewnić sobie u piatigorskich motorowych wyłączność na fotostopy ich wagonów.
O 20:58 odjeżdżał z Piatigorska pociąg relacji Kisłowodzk - Moskwa, jadący trasą przez Ukrainę. Bilet do Charkowa (1086 km) kosztował 918,30 rb (101 zł). Pociągiem tym opuszczaliśmy Rosję, dlatego momentu tego najbardziej się obawialiśmy. Co prawda granicę mieliśmy przekraczać rano, ale już wieczorem po pociągu przechadzał się milicjant i jego twarz nagle się rozpogodziła, gdy zauważył na półkach dwa duże plecaki turystyczne, zdecydowanie wyróżniające się pośród kraciastych rosyjskich toreb podróżnych. Obejrzał sobie nasze dokumenty, wizy i karty imigracyjne, ale nie znalazł meldunku. Pokazaliśmy mu więc bilety opowiadając po kolei jakie miasta zaliczyliśmy. Oglądał po kolei każdy bilet przeliczając ilość dni: Petersburg, Czelabińsk, Swierdłowsk, Leśna Wołczanka... Stop! Tu się lekko załamał i dalej wolał nie sprawdzać. W Leśnej Wołczance istotnie nikt nam meldunku by nie dał, więc zmienił taktykę. Zażądał „karty-voucher”, przy okazji zapraszając nas do pustego przedziału służbowego. Zaczęliśmy mu jak dziecku tłumaczyć, że ambasada ani pośrednik wizowy takiej nie wydaje, więc nie możemy mieć, ale się uparł, że musi być. Bezradnie rozłożyliśmy ręce oświadczając, że żeby ją zdobyć musimy wrócić do Polski, a na razie jesteśmy w Rosji. Rokowania przedłużały się i widać było, że funkcjonariusz już mięknie i próbuje w żart obrócić całą trwającą od kwadransa procedurę wyłudzenia łapówki. W końcu oddał nam dokumenty i zwycięsko wróciliśmy do przedziału. Pasażerowie nie wierzyli, że wracamy bez strat własnych.
W ogóle wreszcie trafiliśmy na fajnych pasażerów. W naszym przedziale wracała do Moskwy około 50-letnia kuracjuszka w typie „nauczycielka matematyki” oraz śmieszny facet imieniem Giennadij
Muhammadowicz, w typie „zaopatrzeniowiec-bawidamek”. Żartom i dokazywaniom nie było końca. Co jakiś czas po wagonie szła obsługa pociągu i zapraszała chętnych do dokonania upgrade’u swojej miejscówki, czyli przejścia za dopłatą z płackarty do
kupiejnego. Jak zeznali nasi współpasażerowie, od tygodnia na ten pociąg nie można było kupić miejsc w kupiejnym wagonie, a teraz się okazuje że jedzie pusty, bo ktoś na lewo wykupił większość miejsc. Przy okazji usłyszeliśmy parę anegdot dotyczących pociągów łączących Moskwę z Uzbekistanem albo Kirgizją, którymi naszym znajomym przyszło nieraz podróżować.
|
 Piatigorsk Tatra
T4D (Halle)
 Piatigorsk Tatra
T4D (Halle)
 Piatigorsk Tatra T3SU
 Piatigorsk Tatra
KT4D (Cottbus)
 Piatigorsk Tatra
KT4SU
 Piatigorsk Tatra
KT4SU
 Piatigorsk Tatra
KT4SU
 Piatigorsk KTM-15
 Piatigorsk Tatra
KT4SU
 Piatigorsk KTM-15
|
 Piatigorsk KTM-15
 Piatigorsk KTM-15
 Piatigorsk Tatra
KT4SU
 Piatigorsk Tatra
KT4D (Cottbus)
 Piatigorsk Tatra
KT4SU
 Piatigorsk Tatra
KT4SU
 Piatigorsk KTM-15
 Piatigorsk Tatra
KT4SU
 Piatigorsk Tatra
T4D (Halle)
 Piatigorsk Tatra
T4D (Halle)
|
7.06 (czwartek)
Ukraina
„No i co się tak boicie, malcziki?” żartował co chwila od rana
Giennadij. Zanim o 8:55 zajechaliśmy na graniczną stację Uspienskaja prowadnik zebrał od wszystkich paszporty. Zauważyliśmy, że niektórzy wkładają w paszporty jakieś banknoty. My jednak pozostaliśmy twardzi.
Postój na granicy trwał planowo 60 minut. W tym czasie dwukrotnie wołano nas celem złożenia wyjaśnień przed mundurowymi, którzy z laptopem zajęli przedział prowadnika i dokonywali odprawy. Za pierwszym razem tylko zeznawaliśmy dokąd jedziemy, bowiem pociąg jeszcze tego samego dnia z powrotem wjeżdżał do Rosji i już nasza wiza nie byłaby ważna. Upewniwszy się, że wysiadamy na Ukrainie puścili nas z powrotem, ale paszportów nie oddali. Gdy już wszyscy pasażerowie otrzymali z powrotem swoje dokumenty przyszedł po nas prowadnik, by nas zaprowadzić przed groźne oblicze władzy federalnej. Pogranicznik od razu przeszedł do meritum pytając czemu nie mamy rejestracji. Rozpoczęliśmy więc od początku opowieść uralską oraz show z biletami. I tu też na Leśnej Wołczance mundurowy zwątpił. Zaczął więc uderzać do naszych sumień, jak w ogóle mogliśmy taką krzywdę wyrządzić Rosji nie meldując się przez 19 dni pobytu. Żebyśmy chociaż jeden raz się zameldowali to już byśmy byli w porządku. Niestety to też nas nie wzruszało. Pogranicznik pozostawał nadal z pustymi rękami. Wziął więc po kolei każdego z osobna na stronę, ale i to nic nie dało. Z jednym się wcale nie dogadał, a drugi zaoferował ostatnie 100 rubli (11 zł). Usłyszeliśmy tylko „Paszli!” i wróciliśmy wraz z paszportami do przedziału. Giennadij z kuracjuszką znów nie mogli się nadziwić temu co się stało.
Wjechaliśmy na Ukrainę. Stacją graniczą po tej stronie jest Iłowajsk leżący 40 km od granicy. Ukraińscy pogranicznicy kazali starannie wypełniać jakieś druczki, ale nie mieli absolutnie o nic pretensji. Za to jeszcze przed zakończeniem kontroli ukraińskiej zrobiło się już barwnie i wesoło, za sprawą handlarzy, którzy jakimś sposobem weszli do wagonu. Choć oferowany przez nich asortyment wydawał nam się totalnie nieżyciowy i nie przystający do faktycznych potrzeb pasażerów (wazy, wazony, porcelana, srebro) to znajdywali się w wagonie chętni do nabycia tą drogą kolejnej tandety. Tłumaczyliśmy sobie ten fenomen faktem, że przeciętny Ruski idąc do sklepu zastaje tam warczącą ekspedientkę robiącą łaskę, że w ogóle tam jest. Tutaj natomiast ma towar podtykany prosto pod nos, może się nawet targować i w ogóle jest panem sytuacji, w dodatku ma przed sobą obywatela dawnej republiki, o której się raczej opowiadało kawały niż darzyło szacunkiem. Tak więc Ruski jadący tranzytem przez Ukrainę ma niezłą polewkę z handlarzy tandetą oraz z widocznej wokół skrzeczącej biedy. My za to odnotowaliśmy jeden budujący fakt - za oknem coś się wreszcie działo. Nie były to już kilometrami ciągnące się brzózki, ani gołe stepy po horyzont, ale zmienny krajobraz i tereny zamieszkałe przez ludzi, a więc jednym słowem - cywilizacja.
A Giennadij Muhammadowicz wciąż stroił sobie żarty prosząc przechodzących co chwila handlarzy, by nam wcisnęli jakieś kolejne
badziewie. Do robionych przez nas zupek chińskich polecił wkroić przed zalaniem kawałki kiełbasy, aby podnieść ich walory odżywczo-smakowe. W czasie rozmów na różne tematy naśmiewał się nieco z proamerykańskich aspiracji naszej władzy, ale też z lekką ironią podchodził do tego co się dzieje w Rosji. Niemniej okazał się mało asertywny w starciu z przedstawicielką jakiegoś lokalnego
Amwaya, która namawiał go na włączenie się do sieci handlującej jakimiś ziółkami.
Bazar na kółkach odbywał się przez cały czas jazdy po ukraińskich torach. Asortyment nie ulegał zmianie. Pojawił się nawet chodzący kantor. Pociąg jechał przez Zagłębie
Donieckie, ale jakoś pomijając główne jego ośrodki. Zahaczył jedynie o Nikitowkę
(Gorłowkę) i Kramatorsk. W Konstantynowce widzieliśmy nawet tramwaj.
O 16:23 zajechaliśmy do Charkowa. Mieliśmy tutaj godzinę na przesiadkę na pociąg do Lwowa i to właściwie wszystko co mieliśmy. Niestety. Nie mieliśmy ani waluty, ani biletów, ani w ogóle wiedzy czy bilety są dostępne i ile kosztują. Opracowaliśmy zatem chytry plan zakupu biletów w kasie, a następnie pobraniu pieniędzy z bankomatu i zapłaceniu za bilety. Plan miał wiele słabych stron, ale nie było wyjścia. Przy jedynym bankomacie na dworcu stała kolejka, równie długa co do kas biletowych. Przed nami żołnierz kupował bilety do
Doniecka, potem z powrotem, a potem jeszcze trzeci bilet, podczas kupowania którego się w połowie rozmyślił wkurzając tym kasjerkę. Poprosiliśmy o bilety do Lwowa na 17:24, kasjerka wbiła w komputer, miejsca były, poprosiła o paszporty i... popatrzyła na nas z politowaniem nakazując przejście do Kasy dla Obcokrajowców z Dalekiej Zagranicy. Połowa czasu na przesiadkę minęła, a my znaleźliśmy się w punkcie wyjścia.
Kasa dla obcokrajowców - jakiś nowy wymysł ukraińskich kolei (w sam raz na skomplikowanie życie uczestnikom Euro2012) - znajdowała się w osobnym pomieszczeniu, ale też miała solidną kolejkę, w której stali m.in. Irańczyk, Włoch i Fin. W dodatku pomiędzy każdym interesantem kasjerka drukowała dla siebie jakieś lewe bilety i odkładała na bok. Przed nami w ogóle coś się pochrzaniło w komputerze i była bardzo zła. Gdy poprosiliśmy o bilety do Lwowa zrobiła oczy w słup i nie mogła uwierzyć, że chcemy jechać pociągiem za 20 minut. Narzekała też że bierzemy płackartne a nie
kupiejne. „To słabe miejsca, malcziki. Lepiej weźcie kupiejne.” Nie wiedziała jeszcze najgorszego. Gdy już wydrukowała bilety, zapytaliśmy formalnie czy można zapłacić kartą (chociaż wiedzieliśmy że nie). Gdy padła odpowiedź przecząca oznajmiliśmy, że w takim razie jeden z nas musi iść do bankomatu. Kasjerka nawet przyjęła to ze spokojem, choć zaczęła się za to stresować czy zdążymy. Okazało się bowiem, że najbliższy bankomat przyjmuje tylko specjalne ukraińskie karty, a do normalnego trzeba lecieć na stację metra. Bilety leżały zatem odłożone, kasjerka obsługiwała kolejne osoby, Tomek szukał bankomatu, a ja gapiłem się w telewizor w ukraińską wersję „Niani”, co chwila ostrzegany przez kasjerkę, że chyba jednak nie zdążymy. Na 5 minut przed odjazdem pociągu mogła odetchnąć z ulgą - wpadł Tomek z pieniędzmi (przezornie wykonawszy jeszcze niezbędne zakupy na 21-godzinną podróż, co zajęło parę dodatkowych minut). Poleciła nam jeszcze tylko spytać się w informacji o peron. Do informacji jednak stała spora kolejka, więc postanowiliśmy uzyskać info gdzie indziej. Na wielkim charkowskim dworcu nie było to łatwe. Wybiegliśmy więc na pierwszy peron, gdzie stał jakiś pociąg. Dzikim fartem okazało się, że jest to pociąg Charków - Lwów. Pozostało już tylko dolecieć do naszego, ostatniego, dwunastego wagonu. Chwilę potem pociąg ruszył.
Nasze „słabe miejsca” nie były wcale takie złe, poza tym że znajdowały się w ostatnim szeregu przy wyjściu do toalety. Ukraiński wagon był w porównaniu do rosyjskich brudny jak żaden dotąd. Przez brązowe okna niewiele co było widać. W przedsionku na zakrętach woda ze zbiornika wylewała się na głowę pasażerów. Ale przez większą część trasy był pustawy. Zastanawialiśmy się co ten pociąg robi, że trasę z Charkowa do Lwowa pokonuje aż w 21 godzin. Okazało się, że podąża jakimiś zupełnie bocznymi trasami. Zamiast magistralą przez Połtawę pojechaliśmy dwutorową niezelektryfikowaną linią przez Sumy do Konotopu i dalej do Kijowa, gdzie byliśmy nad ranem (Kijów nocą wygląda ślicznie). Dalej pociąg pojechał przez Korosteń, Nowogród Wołyński, Szepietówkę, Zdołbunów, Brody do Lwowa (1120 km / 72 hr / 41 zł). Na niezelektryfikowanych trasach kilkanaście wagonów podczepionych do potężnego diesla TEP70 rozwijało konkretne trzycyfrowe prędkości. Do Lwowa mieliśmy przyjechać o 14:48, ale pociąg przez roboty torowe spóźnił się prawie pół
godziny.
|
8.06 (piątek)
A to Polska właśnie (11900 km)
Przed lwowskim dworcem wypatrzyliśmy marszrutkę do granicy polskiej w Szeginiach (90 km / 9,50 hr / 5,50 zł). Udało nam się zająć miejsca siedzące, ale bagaże musieliśmy umieścić z tyłu
busika, więc na 2 godziny straciliśmy je z oczu. Marszrutka wypełniła się po brzegi, a w kolejnych miasteczkach zapełniała się jeszcze bardziej. W dodatku pasażerowie panicznie bali się przeciągów i kazali pozamykać wszystkie klapy i okna. W malutkim Etałonie wypełnionym nadkompletem pasażerów zapanowała sauna. Rozluźniło się dopiero w przygranicznych Mościskach. Busik dowiózł nas pod samo przejście
Szeginie-Medyka, jedyne przejście polsko-ukraińskie, które można przekraczać piechotą. Wracaliśmy tędy 3 lata temu z Krzywego Rogu i nie było problemów, niemniej relacje innych podróżników były mniej wesołe i szacowały czas czekania na przejściu na kilka godzin w słońcu.
Po zrobieniu ostatnich zakupów udaliśmy się do kolejki do pawilonu odpraw. Pawilon miał dwoje drzwi. Do jednych stała kolejka ok. 200 osób, do drugiej 10. Ustawiliśmy się więc wraz z trzema innymi polskimi globtroterami w tej drugiej, w nadziei, że - jak to jest ponoć tu praktykowane - pogranicznicy wyłowią ze stada mrówek porządnych turystów i przepuszczą ich bez kolejki. Nic takiego jednak nie miało miejsca. W dodatku nasza kolejka zaczęła rosnąć, a my dziwnym trafem traciliśmy czołowe w niej pozycje. Okazało się, że stoimy w kolejce dla Ukraińców, natomiast sąsiednia kolejka jest dla Polaków i właśnie była wpuszczana w całości do baraku odpraw. W końcu po godzinie stania w coraz bardziej zbitym tłumie drzwi się otworzyły i rozegrały się sceny podobne do utrwalonych przez Matejkę na słynnym obrazie. Dzika swołocz rzuciła się do drzwi baraku tratując wszystko co się da. Ludzka fala wtłoczyła nas do środka. Stanęliśmy sobie w środku z boku pod oknem, gdzie dopływało jakieś powietrze. Szczęśliwie jedna z zapoznanych świeżo turystek od razu zameldowała pogranicznikom z okienka o naszej obecności i natychmiast zostaliśmy obsłużeni poza kolejką. Pozostała nam jeszcze odprawa polska, do której kłębiła się jeszcze większa kolejka, na szczęście stojąca w korytarzu dla obywateli spoza
UE. Także tu też nie było problemu.
Po 20 dniach tułaczki stanęliśmy na polskiej ziemi. I co nas powitało?
Marsztrutka. Za 2 zł popędziliśmy nią do pobliskiego Przemyśla. Pojawiła się szansa zdążyć na wcześniejszy pociąg. Od pospiesznego o 17:59 dzieliły nas minuty. Problem w tym, że nie mieliśmy ani biletu, ani gotówki. Należało więc odwiedzić kasę i kupić bilet płacąc kartą. Zajęło to kasjerce dość dużo czasu. Na tyle dużo, że zdążyłem w tym czasie pobiec na peron, bezskutecznie prosić dyżurną o przytrzymanie odjazdu, wrócić do kas i jeszcze posłać wiąchę. A bilety dalej się drukowały. Pozostał nam pociąg o 22:03 i 4 godziny czasu w Przemyślu.
Udaliśmy się więc do pobliskiego baru na obiad. Z bogatego menu zup była tylko pomidorowa. Gdy przyszła moja kolej zamawiania okazało się, że pomidorowej przecież nie ma, jest tylko grzybowa. Za szczyt wszystkiego uznaliśmy toaletę płatną nawet dla klientów lokalu. Coraz bardziej przekonywaliśmy się, że nie trzeba jeździć zbyt daleko, żeby spotykać się na każdym kroku z różnymi absurdalnymi sytuacjami.
O 20 bar zamykano, więc przenieśliśmy się do pobliskiego pubu zlokalizowanego w podziemiach kamienicy. Wystrój miał całkiem przyjemny, obsługa też OK. Po pierwszym piwie poproszono nas o zmianę stolika, gdyż tego wieczora miał występować zespół Bohema. Nawet nam się taka perspektywa wieczoru spodobała i niecierpliwie oczekiwaliśmy kapeli, spodziewając się przy tym większej publiki, bowiem pub poza kilkoma młodymi parkami był dosyć pustawy. Kapela przyszła i zaczęła się rozstawiać. Gdy zaczęli grać zrobiło nam się słabo. Wokalista pokroju „Pana Witka Gościa z Atlantydy” śpiewał polskie szlagiery sprzed 30 lat typu Gąsowski, Wodecki itp. Zgrzyt! Gdy nie uzyskał od widowni spodziewanego aplauzu włączył z magnetofonu piosenkę, w której powtarzały się w kółko słowa „Nikt się nie bawi, wszyscy się nudzą”. Długo nie musieliśmy tam przebywać. Wyszliśmy na nasz pociąg.
Przez 20 dni atrakcji było co niemiara i to do samego końca. Na stacji w Łańcucie zakończyliśmy wspólną wyprawę. Tu bowiem musiałem się przesiąść do pociągu do Warszawy, którym zajechałem do stolicy przez 7 rano.
Tak oto zakończyła się 3-tygodniowa eskapada po Rosji ukierunkowana głównie na poznawanie tamtejszej komunikacji miejskiej, ale siłą rzeczy nie tylko na to.
Łącznie pokonaliśmy licząc od Warszawy 12224 km. Całkowity koszt wyjazdu zamknął się razem z wizą w 2200 zł.
Mam nadzieję, że niczego ważnego w tym opisie nie przeoczyłem, a także że
zostanie mi wybaczony toporny momentami styl.
|
|