STRONA GŁÓWNA > Podróże PRZEGUBOWCA > SYBERIA 2008

WŁADEK PRODŻEKT 2008
Część I - SYBERIA

Po 10 latach od pierwszego zagranicznego wyjazdu komunikacyjnego przyszedł czas na realizację wielkiego marzenia przejechania całej Kolei Transsyberyjskiej. Czytane i oglądane wiele lat temu rozmaite reportaże Piotra Bikonta czy Wiktora Batera pobudzały młodzieńczą wyobraźnię. Oglądane w internecie zdjęcia rosyjskich tramwajów przyprawiały o ciarki, ale jednocześnie napawały ogromną chęcią przeżycia tego osobiście. Niestety wciąż problemem był brak czasu, brak środków i brak chętnych do podobnych przeżyć. U większości osób pokutowało bowiem przeświadczenie, że wystarczy przekroczyć Bug, by dostać kosę w plecy, a dalej to już tylko gorzej.

Co prawda przez tyle lat czekania i jeżdżenia w inne fantastyczne miejsca te marzenia już zdążyły wyblaknąć, ale potrzeba zrobienia czegoś doniosłego pozostała. 

Wreszcie w 2008 roku znaleźli się śmiałkowie gotowi podjąć wyzwanie i dojechać do Władywostoku zaliczając po drodze kilka miast z komunikacją tramwajową. W skład projektu "Władek 2008" oprócz piszącego weszli jeszcze Oskar z Warszawy oraz Piotr i Piotr z Bydgoszczy.

Przygotowania zaczęły się już na początku roku. Ustalono ostateczny skład osobowy, plan i termin podróży. Plan trzytygodniowej wyprawy był bardzo napięty i wymagał 100-procentowej realizacji pozwalającej na powrót z Władywostoku właściwym samolotem we właściwym dniu. Aby to osiągnąć trzeba było ponieść nieco większe koszta załatwiając odpowiednio wcześniej przez pośredników bilety kolejowe na całą trasę, bilet na samolot oraz wizy na precyzyjnie określony termin. W sumie załatwianie i oczekiwanie na efekty było najbardziej nerwowym elementem całej wyprawy i jako pomysłodawcy przypadło akurat mi. W ostatnie dni przed wyjazdem całymi nocami szukaliśmy z Piotrem w internecie hoteli i rezerwowaliśmy je telefonicznie.

Wyjazd miał rozpocząć się w niedzielę 4.05, podczas długiego weekendu. Wszystkie dokumenty i bilety odebrałem dopiero 30.04 po południu. Czułem, że najtrudniejsze mam już za sobą. Teraz tylko wsiąść i jechać w siną dal.
4.05 niedziela
Startujemy

Początek wyprawy miał miejsce na dworcu Warszawa Wschodnia, gdzie spotkały się grupa warszawska i grupa bydgoska.

O 12:08 odjeżdżał nasz pociąg do Moskwy (1308 km, 20h51min, 286 zł). Do zbieraniny wagonów łączących różne Amsterdamy, Bazylee i Frankfurty z Moskwą dołączone były trzy wagony sypialne: dwa rosyjskie i jeden polski wagon. W tym ostatnim też znajdowały się nasze miejsca.

Pierwsze kilometry przebiegały bez zakłóceń. Na granicy po raz kolejny dopełniliśmy formalności zaznaczając w deklaracjach, że nie wwozimy broni palnej ani materiałów rozszczepialnych. Wypełniliśmy też karty imigracyjne i wjechaliśmy na dworzec w Brześciu.

Tym razem do wagonów nie wchodził hipermarket. Przez okno zauważyliśmy że miejscowa milicja dość surowo pilnowała, aby babuszki nie wchodziły do pociągu. Wpuszczono tylko "empik", czyli niepełnosprawnego oferującego gazety i kroswordy (krzyżówki) - tego samego co 2 lata temu.

Zmiana kół jak zwykle zajęła około półtorej godziny. Pasażerowie na zupełnym luzie fotografują całą akcję z okien wagonów uniesionych na podnośnikach, a białoruscy robotnicy zupełnie nie zwracając na to uwagi wykonują swoją codzienną harówkę.

Po zmianie kół pociąg jeszcze raz wjechał na brzeski dworzec, co wykorzystaliśmy do zakupu kilku wiktuałów na najbliższe godziny. O 19:42 czasu białoruskiego ruszyliśmy w kierunku Moskwy.


Brześć
wymiana wózków

Brześć
dworzec

Brześć
wymiana wózków

Brześć
dworzec
5.05 poniedziałek
Przelotem w Moskwie

Jazda do Moskwy dłużyła się niemiłosiernie. Zanim nasz pociąg przyjechał o 10:59 na Dworzec Białoruski mieliśmy już za sobą pierwszy trening w długotrwałym podróżowaniu - kilkugodzinną podróż przez monotonny nizinny krajobraz, bez żadnych punktów charakterystycznych.

Wjazd do Moskwy części z nas był już dobrze znany. Podmiejskie dacze, obwodnica, pętla 157 na Białowieskiej, zakorkowane Trietje Kolco i Dworzec Białoruski z ekstremalnie wysokimi peronami.

Przed dworcem powitał nas głośny warkot czołgów defilujących w niewiadomym celu Prospektem Leningradzkim. Odstawszy swoje w kolejce zakupiliśmy bilety na metro. Od ostatniej wizyty wymieniono zupełnie system opłat w moskiewskim metrze. Zamiast kart z paskiem magnetycznym obecnie stosuje się karty bez paska na których magnetycznie ładuje się dowolny bilet. Na biletach załadowanych większą ilością przejazdów kasjerka długopisem wpisała ich ilość.

Linią Obwodową dojechaliśmy do Dworca Jarosławskiego, skąd odjeżdżają pociągi na Syberię. Do odjazdu pozostało nam niecałe 5 godzin, które zdecydowaliśmy poświęcić na zakup telefonów, zaliczenie brakującej linii tramwajowej i wizytę na placu Czerwonym.

W pobliskim salonie sieci MTS spędziliśmy 45 minut kupując startery do telefonów (200 rb / 19,10 zł). Zgodnie z podawaną taryfą sms-y do Polski miały być 10-krotnie tańsze niż w roamingu, odbieranie rozmów z Polski bezpłatne, a do tego mieliśmy dużo tańszą komunikację pomiędzy sobą. 

Zaliczenie linii tramwajowej, która 5 lat temu była nieczynna również zajęło nieco czasu. Najpierw czekaliśmy ponad kwadrans na tramwaj przy okazji będąc świadkiem przycierki ciężarowego ZIŁ-a o lusterko zaparkowanego nieprawidłowo samochodu. Niewielką trudność sprawiło nam wejście do KTM-8 wyposażonego w turniket (bilet kosztuje już 25 rubli! / 2,40 zł). Tramwaj nie jechał zbyt szybko, trochę stał w korku, ale brakujący odcinek ulicą Wołoczajewską udało się zaliczyć.

Na placu Czerwonym zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę grupową i wróciliśmy na dworzec, zahaczając po drodze o supermarket. Jak to w Rosji, ochrona sklepów samoobsługowych bardzo wczuwa się w swoją rolę (aż takie tam złodziejstwo?). Tym razem nie chcieli nas wpuścić na sam z plecaczkami, każąc je zostawić w przechowalni. Chociaż właśnie obok niej staliśmy panowie nie zdawali sobie sprawy, że przechowalnia nie rabotajet. Zrobił się kłopot wykraczający poza percepcję sklepowych bodyguardów (tiełochranitieliej). Wezwano kierownika i wspólnymi siłami uradzono, że ometkują nasze plecaczki tak aby nie można było ich w sklepie otwierać. Mimo to cały czas byliśmy uważnie śledzeni, aż do opuszczenia sklepu.

Wreszcie przyszedł czas rozpocząć właściwą podróż. Nasz pociąg Moskwa - Krasnojarsk był już podstawiony. Miał 15 wagonów wypełnionych szczelnie pasażerami. Poza kilkoma wagonami kupiejnymi, które w miarę odpowiadają standardem polskim sypialnym resztę składu stanowiły wagony płackartne, czyli bezprzedziałowe z miejscami do leżenia. Przestrzeń wagonu podzielona jest ściankami na 9 wnęk, w których znajdują się 4 leżanki: dwie dolne i dwie górne. Poza tym wzdłuż korytarzyka po przeciwnej stronie są jeszcze dwie leżanki tzw. bokowe, znacznie krótsze i mniej komfortowe.

Niestety w pierwszych dwóch pociągach mieliśmy zarezerwowane tylko górne półki w osobnych "przedziałach", co utrudniało nam nieco początkową integrację. W dodatku towarzyszki podróży z dolnych łóżek nie były zbyt skore do współpracy i udostępniania swojej powierzchni na nasze potrzeby. W naszej  wnęce jedna baba rozpoznawszy innostrańców wyraźnie sobie z nas kpiła, zwłaszcza z oskarowej nieznajomości rosyjskiego.

O 16:20 pociągiem "Jenisej" ruszyliśmy z Dworca Jarosławskiego w kierunku Nowosybirska (3343 km, 46h40min, 2492 rb / 238 zł). Aktywowaliśmy swoje nowe rosyjskie numery telefonów, Oskar nawet połączył się z internetem. 

Tuż po wyjechaniu z Moskwy w wagonowym radiowęźle odtworzono nagraną instrukcję bezpieczeństwa: listę zakazów i nakazów. Po niej nastąpiła reklama moskiewskiej kliniki stomatologicznej, po czym zaczęło rozbrzmiewać Radio Żelieznych Dorog. Pierwsza audycja poświecona była Transsybowi. Najlepszy z niej tekst brzmiał: "Każdy człowiek chociaż raz w życiu powinien przejechać całą magistralę z Moskwy do Władywostoku". Audycję tę słyszeliśmy później jeszcze kilkukrotnie.

Pierwsza stacja - Władymir - rozczarowała nas brakiem handlu peronowego. Niestety, pod tym względem bardzo się ostatnio pogorszyło (dla niektórych być może polepszyło). Na większości stacji zakupy trzeba było robić w drogich i kiepsko zaopatrzonych kioskach. W pociągu tez nie lepiej - dołączony do naszego pociągu wagon-restoran oferował najtańsze dania za 80 rubli, dlatego nie zachęcił nas do konsumpcji. 

Kierowniczka wagonu, czyli prowadnica, próbowała wprowadzić domową atmosferę. W końcu pod jej opieką pasażerowie przebywali ponad trzy dni. Zgodnie ze swoim zakresem obowiązków na każdej stacji pilnowała, żeby nikt z jej podopiecznych nie oddalał się za bardzo od wagonu. Przed ruszeniem sprawdzała obecność pytając wsje naszy doma? Wieczorem w Niżnym Nowogrodzie dosiadło jeszcze trochę pasażerów i tak oto posuwaliśmy się na wschód kilometr po kilometrze, godzina po godzinie.


Moskwa
KTM-19

Moskwa
KTM-8M

Moskwa
KTM-8M

Moskwa
KTM-8

Moskwa
KTM-8

Moskwa
KTM-8M

Moskwa
Tatra T3

Moskwa
Dw. Jarosławski

Moskwa
KTM-8M

Moskwa
KTM-8M

Moskwa
KTM-8M

Moskwa
KTM-8

Moskwa
PAZ-3237

Moskwa
KTM-8M

Moskwa
KTM-19

1. etap
pociąg "Jenisej"
6.05 wtorek

Co tu można pisać. Po prostu jedziemy. Wreszcie można się wyspać za wszystkie czasy. Największym problemem egzystencjalnym jazdy na górnej płackarcie jest zgadywanie po przebudzeniu czy toaleta jest otwarta. Jak wiadomo bowiem w czasie jazdy po Rosji obowiązują tzw. strefy (zony) sanitarne mniej więcej na 15-30 minut przed każdym większym miastem. Toalety są wówczas zamykane. Gdy już człowiek zainwestuje energię w opuszczenie górnej leżanki i dotarcie do toalety wypadałoby, żeby nie pocałował klamki. Wówczas bowiem gnębi go kolejny dylemat - czy ktoś jest w środku czy to już zamknięto toalety. Jeśli sanitarna zona to czy przed stacją czy za stacją. Jeśli przed stacją to ile czasu jeszcze do stacji i ile czasu będzie stał na stacji. No i przede wszystkim czy tkwić pod drzwiami w zimnym i często zadymionym przedsionku, czy wracać do łóżka z poczuciem porażki. Może też przytrafić się sytuacja, że po odczekaniu na swoją kolejkę przyjdzie prowadnik i zamknie toaletę recytując magiczne słowa sanitarnaja zona. Istny "Dzień świra" ;-)

Inną kwestią jest zabijanie nudy. Rozmowy na jakikolwiek temat kiedyś i tak się kończą. Za oknem nie ma zupełnie nic ciekawego. Poza nadrabianiem braków snu, czytaniem książki, słuchaniem mp3 można już chyba tylko jeść. I Rosjanie to właśnie robią. Na końcu wagonu stoi samowar, z którego w każdej chwili można sobie nalać wrzątku. Furorę robią wszelkie zupki, puree i inne dania w plastikowych kubkach, zalewane wrzątkiem. Do samowara przez cały dzień udają się pielgrzymki zgłodniałych (a może tylko znudzonych) pasażerów. To nam trochę wyjaśniło dlaczego ruskie baby są przeważnie takie grube ;-)

9:54 - stacja Balezino. Pełna wszelakich produktów. Problem w tym, że nie spożywczych. Pasażerowie mogli przebierać w wielkich pluszowych zabawkach. Niektóre spokojnie mogły zająć całą kanapę w płackarcie.

O 14:50 przejechaliśmy most na Kamie i stanęliśmy na stacji Perm. Wredne kpiące babsko wysiadło, zapraszając przy okazji do wizyty w pięknych okolicach Permskiego Kraju.

Około godziny 20 minęliśmy słupek wyznaczający granicę między Europą a Azją.

Miłym momentem był dla mnie postój na stacji Swierdłowsk Passażyrskij. Przypomniałem sobie zeszłoroczne wojaże po Uralu. W Swierdłowsku, a właściwie w Jekaterynburgu (w Rosji nie zawsze nazwa stacji odpowiada nazwie miasta), wysiadło sporo pasażerów. Zrobiło się znacząco luźniej. Zwolniły się miejsca bokowe i nie trzeba już było spędzać całego czasu na swojej leżance. Nastrój poprawił mi również fakt, iż od tego miejsca jechałem w nieznane mi dotąd rejony.







7.05 środa
Nowosybirsk pod wieczór

Dalej nie ma co pisać, bo jedziemy wciąż tym samym pociągiem. Za oknem nic ciekawego, płasko, drzewa zupełnie bez liści. Po raz trzeci od Moskwy przesuwamy zegarki o godzinę do przodu. Mijamy Omsk i kilka innych mniejszych stacji, w których nie ma nic poza lokomotywownią. Na stacjach takich często wymieniana jest lokomotywa.

Przed godz. 18 wjechaliśmy ze stepu do cywilizacji. Najpierw podmiejskie dacze, przystanki elektriczki, później bloki nowosybirskiego lewobrzeża, most na Obie i w końcu dworzec w Nowosybirsku. Pora wysiadać.

Na dworcu znaleźliśmy kontuar firmy wynajmującej kwatery. Po zameldowaniu skierowano nas do pobliskiego bloku przy ulicy Czeluskińców (osobonoc 625 rb / 60 zł).

W mieszkaniu powitała nas starsza kobieta i od razu kazała zdejmować buty. Wyrecytowała też wiele innych zakazów i nakazów, m.in. o stawianiu plecaków na łóżku czy myciu butów w umywalce. Cały korytarz udekorowany był świętymi obrazkami, a po wrzuceniu datku można było zapalić świeczkę.

Ponieważ było jeszcze jasno nie tracąc czasu ruszyliśmy w miasto pojeździć jeszcze tramwajami. Jeżdżenie poszło nam na tyle sprawnie że do zmroku zaliczyliśmy prawie, a jak się nazajutrz okazało, wszystkie linie na prawym brzegi. Szczególnie urzekł nas odcinek linii 13 w rejonie Awtowokzału, gdzie tramwaj pędził po niewyobrażalnie krzywych torach nurzających się w błocie.

Na koniec udaliśmy się do jadłodajni z blinami Sołncepiok, gdzie za mało wyszukane danie zapłaciliśmy dość dużą kwotę. Nienasyceni zrobiliśmy jeszcze zakupy i wróciliśmy na kwaterę metrem.


Nowosybirsk
NefAZ-5299

Nowosybirsk
KTM-5

Nowosybirsk
KTM-5

Nowosybirsk
KTM-5

Nowosybirsk
KTM-5

Nowosybirsk
KTM-5
8.05 czwartek
Nowosybirsk przez cały dzień

Nowosybirsk to trzecie co do wielkości miasto w Rosji, po Moskwie i Petersburgu. Liczy prawie 1,5 mln mieszkańców i położone jest po obu stronach rzeki Ob, przy czym centrum jest na prawym brzegu, a na lewym ogromne blokowisko. Nam to miasto kojarzyło się z Las Vegas, bowiem położone jest w środku totalnego syberyjskiego pustkowia. 

Półtoramilionowa metropolia może się pochwalić dwoma liniami metra, z czego linia czerwona stanowi kręgosłup miasta przekraczając Ob własnym mostem, natomiast linia zielona ma tylko 4 stacje (jeszcze niedawno miała tylko dwie) i przebiega poprzecznie do czerwonej prowadząc do Dworca Głównego (oczywiście stacja nie nazywa się Dworzec, ale Plac Garina-Michajłowskiego). Metro skrojone jest na absolutne minimum - obsługuje zasadniczo teren szeroko rozumianego centrum. Stąd żeby dojechać gdzieś dalej trzeba się przesiadać. Od czasu uruchomienia metra tramwaje nie przejeżdżają przez most i funkcjonują dwie osobne sieci, których głównym zadaniem jest dowóz do metra. Na śródmiejskim brzegu tramwaje kiepsko sobie radzą, dużo ważniejszą rolę pełnią tu trolejbusy. Na lewobrzeżu jest kilka silnych linii i tam tramwaje są podstawowym środkiem transportu. Dużą rolę pełnią też autobusy. Prywatne autobusy, w odróżnieniu od miejskich honorujących uprawnienia do bezpłatnych przejazdów, mają numery linii na 1000. Co ciekawe innych linii prawie nie widzieliśmy. Tabor tramwajowy to praktycznie wyłącznie KTM-5 (RVZ-6 niedawno wycofano). Trolejbusy to ZIUtki oraz najnowsze Trolzy. Zarówno tramwaje jak i trolejbusy poddawane są drobnym modernizacjom polegającym na częściowym obniżeniu linii okien imitującym niską podłogę. W autobusach dominują nowe LiAZ-y, MAZ-y i NEFAZ-y oraz oczywiście rozmaite marszrutki PAZ, Gazela itp. Jest też trochę chińskich autobusów np. ZhongTong.

O 9:30 wyruszyliśmy na podbój reszty miasta. Po tej stronie Obu został nam jeszcze jeden niewielki odcinek tramwaju na ul. Dzierżyńskiego, który Piotr uparł się zaliczyć natychmiast. Po dojechaniu trolejbusem na miejsce okazało się, że jest on już zlikwidowany i właśnie trwa jego demontaż z zamianą na dodatkowy pas ruchu.

Za moją usilną namową pojechaliśmy więc w rejon Awtowokzału porobić zdjęcia na przejechanym wczoraj odcinku trzynastki. Przybyliśmy w samą porę, bowiem zaraz po wykonaniu kilku zdjęć na dziurawej drodze utknęła furgonetka i zablokowała ruch tramwajów.

Przejechaliśmy metromostem na drugą stronę Obu zabudowaną w całości blokami mieszkalnymi. Po otwarciu metra łączącego oba brzegi zlikwidowano tramwaje na moście i obecnie funkcjonują osobne sieci tramwajowe na każdym brzegu.

Zauważalną dla nas uciążliwością Nowosybirska był wszechobecny kurz i pył na ulicach. Kurzem pokrywało się wszystko - twarz, gardło, okulary, aparat. Uradziliśmy z Oskarem, że jedyną bronią może być tylko spożywanie napojów. W okolicy stacji metra znaleźliśmy kiosk z szyldem Żywoje piwo gdzie złocisty napój nalewano do własnych butelek. Zakupiliśmy tam ilość niezbędną do przepłukiwania syberyjskiego kurzu, a do tego smakowite sołomki z wędzonego łososia.

Zaliczanie lewego brzegu poszło dość sprawnie. Na Osiedlu Południowo-Zachodnim przypadkowa kobieta gorąca zachęcała nas do zakupu mieszkania na tym najzdrowszym i najbardziej ekologicznym mikrorajonie Nowosybirska. Dość intrygującym elementem krajobrazu tej dzielnicy byli ludzie noszący drzwi do szafy. Być może była jakaś promocja w nowo otwartej Ikei.

W tramwaju linii 15 konduktorka rozpoznała w nas członków bliżej nieznanej sekty, a tramwajem linii 8 kursującym co 40 minut dojechaliśmy do pętli kompletnie zalanej wodą. W dziewiątce poznaliśmy motorowego, który bardzo lubił swoją pracę i przykro mu było patrzeć na postępujący upadek miejscowego elektrotransportu, a osiemnastkę, na którą czekaliśmy prawie godzinę i której połamał się pantograf, prowadził motorowy mówiący po polsku. W wagonie tym zresztą cała kabina obklejona była świętymi obrazkami, natomiast przedział pasażerski - przepisami kulinarnymi. Od sacrum do profanum droga niedaleka ;-)

Na jednej z zakorkowanych ulic zauważyliśmy, że PAZ-y skutecznie omijają zator dziurawym poboczem. Nazwaliśmy to zjawisko bus-pazem ;-)

Ostatni etap zaliczania - dziesiątka - był nie mniej emocjonujący. Z powodu kolizji drogowej kompletnie zablokowało się skrzyżowanie ulic Pokoju i Batutina. Tramwaj posuwał się w tempie jednego metra na 5 minut. W dodatku jadący za nim wagon nieszczęśliwie stanął pod izolatorem i aby kontynuować jazdę podłączono go sprzęgiem awaryjnym do naszego. Bajzel na ulicy osiągnął taki stopień że naprzeciw siebie stanęły TIR i ikeowa Scania OmniLink. Żadne z nich nie mogło nic zrobić bo wokół nich w podobnym potrzasku znalazły się dziesiątki innych samochodów i wszyscy się zablokowali.

Na pętli 10 uzupełniliśmy zapasy żywego piwa i wróciliśmy przez nadal zablokowane skrzyżowanie do metra.

Pod wieczór poszwendaliśmy się jeszcze po centrum miasta i wróciliśmy na kwaterę.


Nowosybirsk
ZIU-9

Nowosybirsk
ZIU-9

Nowosybirsk
metro

Nowosybirsk
KTM-5

Nowosybirsk
KTM-5

Nowosybirsk
KTM-5

Nowosybirsk
NefAZ-5299

Nowosybirsk
ZIU-9

Nowosybirsk
Trolza-5275

Nowosybirsk
Scania OmniLink

Nowosybirsk
LiAZ-5256

Nowosybirsk
MAZ-103

Nowosybirsk
metromost na Obie

Nowosybirsk
żywoje piwo

Nowosybirsk
KTM-5

Nowosybirsk
KTM-5

Nowosybirsk
PAZ-3205

Nowosybirsk
ZIU-10

Nowosybirsk
ZhongTong LCK6103G-2

Nowosybirsk
KTM-5
9.05 piątek
Z ADHD w Sajany

Musieliśmy wstać bardzo wcześnie, aby o 5 rano stawić się na dworcu. Pociąg Moskwa - Abakan odjeżdżał z Nowosybirska o 5:47 (1037 km, 23h13min, 480 rb / 46 zł). Znów mieliśmy osobne "przedziały" i górne łóżka. Pierwsze co zrobiliśmy, jeszcze zanim pociąg ruszył, to poszliśmy spać. Mimo nieludzko wczesnej pory nie było to łatwe. Na łóżkach pod nami jechała babcia, matka i nadpobudliwy dzieciak, który od świtu ganiał po wagonie, wrzeszczał, tupał, uderzał łyżką w metalowy kubek itp. Oczywiście mamusi to w ogóle nie przeszkadzało. Wyglądała już na zrezygnowaną. Dzieciak uspokajał się jedynie, gdy oglądał czasopisma kryminalne z dużą ilością krwistych obrazków.

Jazda w takich warunkach dłużyła się niemiłosiernie. Wagon-restoran był również nieprzyzwoicie drogi. Ze względu na tę wyjątkową dla Rosjan datę przez wagonowe głośniki sączyła się patriotyczna muza i przemówienia Ważnych Osobistości. 

Kolejny raz przesunęliśmy zegarki. Po drodze mijały nas ciekawe składy towarowe. Dwa pociągi 40..50-wagonowe łączone były w jeden, przy czym lokomotywa drugiego zostawała w środku. W sumie taki pociąg miał nawet po 100 wagonów.

Powoli kończyły nam się środki na simkartach. Czas na pierwsze ładowanie komórek. Nie obyło się bez problemów (aby doładować telefon wysyła się sms z numerem z karty), ale pomógł jakiś Litwin.

Wagon jak zwykle wypełniony prawie w 100%. Wolne było jedynie jedno miejsce bokowe - jak się okazało zepsute. Z pomocą wspomnianego Litwina udało nam się ją naprawić i od tej pory okupowaliśmy to miejsce.

Jedyną atrakcją po drodze był popołudniowy 50-minutowy postój w Aczyńsku, gdzie odbijaliśmy od Transsybu i zmieniano lokomotywę na spalinową. W budkach gastronomicznych można było zakupić pirożki i czebureki. U miejscowych ludków zasięgnęliśmy języka czy w mieście funkcjonuje tramwaj i jak do niego dojechać od stacji. Jeszcze bowiem mieliśmy tu przyjechać z niedalekiego Krasnojarska.

Podczas postoju naszego pociągu na drugi peron przyjechała elektriczka i wysypały się z niej tłumy powracających działkowców. Oczywiście nikt sobie głowy nie zawracał i nie korzystał z kładki, tylko wszyscy skracali drogę na pałę po torowisku. Tę drogę obrał również jeden stary dziadek z laską, ale chyba pod wrażeniem obchodów Dnia Zwycięstwa za bardzo wyobrażał sobie, że szturmuje hitlerowskie pozycje i lekko się przeliczył przewracając się efektownie na torowisko. Pech chciał, że właśnie tym torem nadjeżdżała kolejna elektriczka, która widząc sytuację zaczęła awaryjnie hamować i histerycznie trąbić. Dziadek próbował się podnieść, ale wpadł w panikę i przewracał się jeszcze bardziej. Jedyne co mu zostało to wyczołgać się spomiędzy szyn niczym z frontowego okopu. Ludzie na peronach zamarli z przerażenia. Szczęśliwie elektriczka nie jechała zbyt szybko i zatrzymała się jeszcze w bezpiecznej odległości. Dziadek zebrał od ludzi stosowny opierdziel, a ja miałem już na dziś dość wrażeń.

Zjechaliśmy na lokalną linię. Wieczorem w trakcie postoju na stacji Użur mogliśmy podziwiać świąteczny pokaz sztucznych ogni. Ni stąd ni zowąd w odtwarzaczu mp3 wylosował się utwór Taty Kazika "Diplomata" (My jebli japoncew w żopu, my nasrali na Jewropu ...). Pasował mi znakomicie do dzisiejszego tak przeżywanego w Rosji święta.

10.05 sobota
Klątwa Czeriomuszek i więzień Abakanu

Przyjazd do miasta Abakan, stolicy Chakasji, planowany była na godzinę 6:00. Dlatego już o 5:00 zapaliło się w wagonie światło i wszyscy zaczęli się szykować.

Plan na ten dzień zakładał wizytę w Czeriomuszkach, miejscowości słynącej z ogromnej zapory na Jeniseju, a w światku komunikacyjnym - z krótkiej linii tramwajowej łączącej zaporę z osadą. Ze względu na nietypowość tej linii, osobliwy tabor i ogólnie egzotyczny klimat okolicy, wizyta w Czeriomuszkach była szczególnie dla mnie bardzo ważnym punktem programu całej wyprawy.
Tutaj jest nieco zdjęć.

Dojazd do zapory z Abakanu nie jest prosty. Korzystając z transportu zbiorowego należy na Awtowokzale złapać marszrutkę nr 245 jadącą do oddalonego o 70 km na południe Sajanogorska. Tam należy przesiąść się w lokalny autobus jadący kolejne 20 km w górę Jeniseju do Czeriomuszek. My jednak pokusiliśmy się o bardziej elastyczny środek transportu - taksóweczkę w obie strony. Już na dworcu zaczęliśmy sondować cenę takiego specjalnego zamówienia. Dworcowa mafia taksówkowa chciała za to zlecenie 3000 rubli (286 zł), więc ich spławiliśmy. Na dworcu autobusowym dowiedzieliśmy się że autobus do Sajanogorska kosztuje 90 rubli (8,60 zł), co oznaczało że wycieczka do zapory dla jednej osoby będzie kosztować ponad 200 rubli (19 zł). Zamarzyła nam się zatem taryfa za 1000 rubli (95 zł). Część taksówkarzy pukała się w czoło ("kto Was za tyle zawiezie? hehehe"), ale znalazło się czerwone Żiguli korporacji Udacza (Sukces) z młodym kierowcą, który chyba nie do końca zdając sobie sprawę z odległości zgodził się pojechać tam i z powrotem za 1000 rubli. Postawił tylko warunek, ze musimy wrócić do Abakanu na 12:00, bo musi oddać samochód do bazy. Tego dnia jeden z członków korporacji miał ślub i na popołudnie zarządzono pełną mobilizację. Przez radio porozumiał się z bazą, że robi kurs za miasto do Czeriomuszek. Od dyspozytorki Nadii usłyszał, że chyba rozum postradał, ale przyjął to ze spokojem. Zapamiętaliśmy słowa, które przez kilka dni były dla nas kultowe: "Nadia, Nadia, nie tieriaj mienia" (Nadia, Nadia, nie trać mnie). Po zatankowaniu paliwa i opłaceniu kursu z góry ruszyliśmy w trasę. Z miasta wyjechaliśmy obwodnicą, aby - jak tłumaczył - ominąć posterunek drogówki.

70-kilometrowa droga do Sajanogorska wiodła przez praktycznie niezamieszkały step. Na 10-kilometrowym odcinku była remontowana i objazd poprowadzono wybudowaną równolegle szutrówką. Po wjeździe do Sajanogorska kierowca musiał pytać ludzi o dalszą drogę. Nigdy bowiem w tych okolicach nie był. Za miastem droga schowała się w głęboką dolinę i zrobiło się malowniczo. Nawet nasz szofer był zachwycony pięknem przyrody i pomału zaczynał traktować to zlecenie jak wycieczkę na łono natury.

Za kolejnym zakrętem naszym oczom ukazała się zapora. Wysiedliśmy na parkingu przy punkcie widokowym i udaliśmy się robić sobie zdjęcia. Kierowca znając komunikacyjny cel naszej wyprawy zagadał z przypadkowymi gośćmi i po chwili podszedł do nas z niewesołą informacją: tramwaj dziś nie kursuje.

Co!?!

Nie mogliśmy w to uwierzyć. Tyle poświęcenia na nic. Fakt, była sobota, wczoraj był Dzień Zwycięstwa. Specjalnie tak ustawiałem plan, żeby nie przyjechać tu w największe święto. Ale żeby w sobotę nie wozić energetyków do pracy?

Podjechaliśmy do zajezdni tramwajowej. Zastaliśmy tam tylko cieciówę ze złotym zębem. Wyłożyliśmy jej cel wizyty i kazaliśmy jej dzwonić do szefa, żeby uruchamiał tramwaj. Nie wyjedziemy stąd bez przejażdżki tramwajem. Cieciówa niby gdzieś dzwoniła, ale stwierdziła że jest długi weekend i wszyscy wyjechali na dacze. Jak się potem przyznała dzwoniła tylko do swojego szefa, czyli szefa ochrony. Po półgodzinie targowania opuściliśmy zajezdnię i podjechaliśmy do budki strażników pilnujących dojazdu do korony zapory. Kierowca lekko się przestraszył gdy strażnicy wycelowali w nas lufy swoich kałaszy. Zapora jako wyjątkowo smakowity dla czeczeńskich terrorystów kąsek jest pilnie strzeżona. Cała okolica jest patrolowana i obserwowana przez lornetkę. Wyjaśniwszy cel naszej wizyty żołnierzom pełniącym wartę otrzymaliśmy numer telefonu do osoby, która mogła nam pomóc. Z bezpłatnego aparatu Piotr rozpoczął wydzwanianie do kolejnych osób mogących mieć coś wspólnego z tramwajem. Po kolei rozmawiał z głównym dyspozytorem zapory, naczelnikiem elektrowni, kierownikiem ruchu, naczelnikiem bazy autobusowej (chętnie nas przewiozą na tej trasie autobusem), znowu z głównym dyspozytorem. W końcu dostał numer do... ochrony zajezdni tramwajowej, czyli do cieciówy ze złotym zębem. 

Uznaliśmy w tym momencie, że nasza dalsza obecność w Czeriomuszkach jest bezpodstawna. Rzuciliśmy ostatni raz okiem na Sajano-Szuszeńską GES, na nieużywany tego dnia tor tramwajowy oraz na ośnieżone szczyty Sajanów i zarządziliśmy odwrót.

Kierowca był nieco zafrasowany złym stanem opony, niemniej ruszyliśmy w drogę powrotną. Teraz ja siedziałem na przednim siedzeniu, gdzie nie domykały się drzwi, a pas bezpieczeństwa pełnił wyłącznie funkcje ozdobne. Mogłem dokładnie obserwować jak nasz szofer przysypia w czasie jazdy (jak się okazało miał za sobą nocną zmianę).

W ogóle cała wycieczka do Czeriomuszek zaczynała przypominać odcinek "Zmienników" pt. "Safari" gdzie wiozą aktora Rawicza aka Englerta do Krakowa. W Sajanogorsku bowiem zajechaliśmy do warsztatu w celu dolewki oleju oraz wymiany opony.

Znów wracamy szutrówką, na której Żiguli rozpędza się do 100km/h, gdyż "wtedy mniej trzęsie" (bystrjee jedziesz, miensze oszusiajesz). Wyprzedzając jakiś samochód prawie wpadamy pod jadącego z przeciwka ZIŁ-a. Na rogatkach Abakanu włączyło się radio. Szofer zameldował swój powrót. Nadia już skończyła zmianę, teraz była Marina zeznająca z ulgą "No nareszcie. Wszyscy tu na ciebie czekamy". Ponieważ Żiguli dziwnie ściągało na prawo przy pierwszych zabudowaniach miasta zatrzymaliśmy się by sprawdzić opony. Wymienione godzinę temu koło znów miało kapcia. Wot, szynomontażniki... zaklął kierowca. Miał już serdecznie dość wszystkiego. Ponieważ właśnie nadjeżdżał trolejbus, daliśmy mu jeszcze 200 rubli napiwku "na nowe opony", podziękowaliśmy za poświęcenie i wsiedliśmy do trolejbusu.

Zaliczanie linii trolejbusowych w Abakanie po przedpołudniowej porażce odbywało się w minorowych nastrojach. Dodatkowym utrudnieniem była pora obiadowa i wszystkie trolejbusy po kolei zjeżdżały do zajezdni na posiłek.

W Abakanie można doliczyć się sześciu odnóg sieci trolejbusowej - wszystkie zbiegają się na głównej ulicy. Trochę przypomina to jakieś przeciętne czeskie miasto. Tabor stanowią Ziutki i różnej maści podróbki Ziutków. Udaliśmy się na obiad do baru dworcowego. Ponieważ od rana mój układ pokarmowy nie mógł się zdecydować co właściwie myśli o życiu, postanowiłem mu dopomóc zamawiając do smażonej ryby (zimnej) sałatkę z groszku w majonezie. Na efekty nie trzeba było długo czekać i wizyta w domku z dziurami w podłodze okazała się konieczna. Zeszłoroczny trening w Konstantynówce się przydał. Do mojej kabinki bez drzwi znów zaglądało mnóstwo ciekawskich, w tym między innymi prawosławny duchowny.

Porobiliśmy jeszcze trochę fotek na głównej krzyżówce, gdzie w pobliskim kiosku dostępne były mapy Krasnojarska i okolic (oddalonego o 200 km). Sprzedawczyni wyczuła mój kiepski akcent i od razu rozpoznała, że przyjechaliśmy z Pribałtyki. Nie wyprowadzałem jej z błędu, a wręcz podkręciłem twierdząc że jesteśmy z Wilniusa ;-) Pani zrobiło się bardzo miło, bo pół życia spędziła w Rydze.

Na podmiejskim dworcu autobusowym pełnym PAZ-ów miłym zaskoczeniem było dla nas pojawienie się dwóch Ikarusów 280 kursujących na liniach obsługujących podmiejskie dacze. 

Resztę czasu do odjazdu pociągu spędziliśmy na dworcu, gdzie tak jak reszta osób na peronie machaliśmy odjeżdżającemu przy dźwiękach marsza pociągowi do Moskwy, 20 minut czekaliśmy na obsługę przechowalni bagażu, kupowaliśmy spod lady okolicznościowe kartki na Dzień Zwycięstwa (już był dzień po, więc wycofali z asortymentu) oraz kolejne dodatkowe karty do telefonów MTS. Okazało się bowiem, że cennik rozmów i sms-ów dotyczył tylko rejonu moskiewskiego. Za rozmowy i sms-y z innych obwodów płaciło się już więcej. Ponadto - w przeciwieństwie do Moskwy - płaciło się też za... odbieranie rozmów, czego w żadnym cenniku żadnej taryfy w ogóle nie było. Do tego w oskarowym telefonie po opuszczeniu rejonu moskiewskiego internet się już nie pokazał. Pomimo tego typowego rosyjsko-wczesnokapitalistycznego naciągactwa i tak nadal wychodziło taniej niż roaming polskich sieci.

W pociągu Abakan - Krasnojarsk (585 km, 10h02min, 363 rb / 35 zł) wreszcie mieliśmy własny kąt i mogliśmy zrobić wspólną kolację przy jednym stoliku.

W głowie już zaczęły się kłębić myśli jak włączyć Czeriomuszki do kolejnej wyprawy :-] 


safari

Czeriomuszki
SSzGES

Sajanogorsk
Hyundai AeroCity

Abakan
ZIU-9

Abakan
BTZ-5276

Abakan
ZIU-682

Abakan
ZIU-9

Abakan
Ikarus 280

Abakan
Ikarus 256 do Kyzyła

Abakan
pociąg do Moskwy

safari

Sajanogorsk
1313 zgłoś się!

Abakan
PAZ-3205

Abakan
ZIU-9

Abakan
ZIU-682

Abakan
ZIU-9

Abakan
WZTM-5284

Abakan
Ikarus 280

Abakan
KAwZ-3270

Abakan
eletriczka
11.05 niedziela
A czy byliście w Aczyńsku?

Poranek zaczął się od scysji z prowadnicą. Bardzo zasadnicza gruba baba o mongolskich rysach twarzy od początku krzywo na nas patrzyła. Zrobiła nam awanturę na cały wagon, że nie oddajemy na czas pościeli. Im bardziej zapewnialiśmy, że całe komplety już odnieśliśmy, tym bardziej się pieniła, wypominając nam nawet naszą narodowość. Piotr nawet próbował owej damie zrobić wykład z gramatyki, bo zdawało się nie rozumiała słowa "oddaliśmy". Gdy okazało się, że Oskar jednak zapomniał oddać swoją pościel trochę się uspokoiła.

Po przyjeździe do Krasnojarska o 6 rano od razu pojechaliśmy do hotelu. W dość ciasnym Nefazie konduktorka zapewniała, że do hotelu Siewier jest jeszcze daleko, choć wcześniejszy rzut oka na plan miasta nie zapowiadał podróży dłuższej niż 3 przystanki. Wysiedliśmy więc na piątym i musieliśmy się wracać. Tyle warta była jej informacja.

Hotel Siewier to standardowe sowieckie gmaszysko, bardzo podobne do tego typu obiektów w Czelabińsku, Orsku czy gruzińskim Kutaisi. Dostaliśmy 5-osobowy pokój 226 na drugim piętrze. Drzwi do pokoju ledwo się trzymały ściany, w pokoju różowa tapeta odłaziła ze ścian, zamiast szafy była wielka dziura, a wc było daleko na końcu korytarza. Do tego w toalecie wisiała tabelka kontroli czystości, z której wynikało że jest sprzątana raz na miesiąc (osobonoc 360 rb / 35 zł).

Pierwszy dzień wizyty w Krasnojarsku przeznaczyliśmy na odwiedziny w leżącym 160 km na zachód Aczyńsku, przy okazji zaliczając pociągiem brakujący odcinek Transsibu. Pojechaliśmy tam elektropojezdem podwyszenoj komfortnosti relacji Krasnojarsk - Bogotoł. Bilety wraz z rezerwacją kupuje się w kasie dalekobieżnej (184 km, 2h45min, 91 rb / 8,70 zł).

Elektropojezd podwyszenoj komfortnosti był zwykłą elektriczką zmodernizowaną poprzez wymianę okien na plastikowe (takie jak montuje się w domach) i z zamontowanymi wygodnymi siedzeniami. Przy każdym wejściu prowadnica sprawdzała bilety, a w trakcie jazdy po składzie przechadzali się ochroniarze uzbrojeni niczym do walki z bandą kibiców. W środku ogrzewanie ustawione było na full, co wskazywało że mimo maja zima jeszcze na dobre nie odeszła. Potwierdzały to mijane po drodze liczne płaty śniegu. Zresztą okolice Krasnojarska są całkiem malownicze. Wreszcie można było na czymś zaczepić oko.

W Aczyńsku czekała nas niespodzianka. Na powrotny elektropojezd nie było już biletów. Wracanie pociągiem o 1 w nocy nie wchodziło w grę. Jedno miejsce było też w pociągu odjeżdżającym kwadrans po naszym przyjeździe do miasta. Będzie trzeba znów posiłkować się taryfą. 

Aczyńsk to jedno z najmniejszych rosyjskich miast z tramwajami (120 tys. mieszk.), a przy tym otwierające wszelkie spisy miast tramwajowych (tak jak Abakan trolejbusowych). Sieć tramwajowa w Aczyńsku składa się z jednej rozgałęziającej się linii. Kursują po niej trzy linie: często kursująca jedynka, kursująca raz na godzinę dwójka obsługiwanej jednym wozem oraz - od niedawna - trójka, jadąca krótkim odcinkiem tylko przez centrum. Z centrum do dworca kolejowego trzeba jechać autobusem. Tabor tramwajowy stanowią wyłącznie KTM-5.

Zaliczyliśmy jedynkę do bramy kombinatu aluminiowego. Na każdej portierni wisiał elektroniczny wyświetlacz wskazujący od ilu dni nie było w zakładzie żadnego poważnego wypadku (56). Na dwójkę na szczęście nie musieliśmy długo czekać. Trasa na zaplecze kombinatu jest niezwykle malownicza - wiedzie przez jakieś slumsy, niedokończone blokowiska, księżycowe krajobrazy, obok wielkiej hałdy i elektrociepłowni, po czym kończy w szczerym polu. Oprócz nas jechali tylko jacyś podejrzani azjaci. Za to udało nam się namówić obsługę na fotostop w drodze powrotnej.

Przyszedł czas powrotu i zaczęliśmy rozglądać się za taksówką. Nie chcieliśmy już jechać Żiguli, ale japońskie limuzyny z kierownicą po prawej stronie też nas nie rajcowały. Ich kierowcy chcieli 2500 rb za kurs. Uparliśmy się na wołgę. Zapewne tak jak wczoraj w Abakanie poszła fama przez radio i całe miasto już wiedziało, że czwórka wariatów chce jechać wołgą do Krasnojarska. Po niedługim czasie zatrzymała się koło nas biała wołga. Jej kierowca zgodził się na kurs za 2000 rb (190 zł) przeganiając przy tym jakieś przygodne osoby, które zapewne chciały jechać za róg.

Wołga była dużo wygodniejsza niż Żiguli. Na równej drodze rozpędzała się nawet do 130 km/h i w dwie godziny dowiozła nas do celu. Po drodze na kilku odcinkach szofer musiał nagle zwalniać, bo ni stąd ni zowąd nawierzchnia zamieniała się w ser szwajcarski. Jak sam twierdził - ostatni raz jechał tędy rok temu i tych dziur tu wtedy nie było. 

Wysiedliśmy z wołgi na rogatkach miasta i zaraz złapaliśmy trolejbus 13. Okazało się później, że mieliśmy sporo szczęścia, bo komunikacja trolejbusowa w Krasnojarsku ma wiele wspólnego z yeti - są wszędzie jej ślady, ale trolejbus spotkać jest dość trudno.

Zostało jeszcze trochę czasu do wieczora. Postanowiliśmy pojeździć po Krasnojarsku tramwajami. 

Krasnojarsk to prawie milionowe miasto. Na razie liczy tylko 930 tys. mieszkańców, ale za sprawą wdrożonego programu "Milion" za dwa lata ma dołączyć do szczytnego grona "miast-milionników". Wtedy też planowane jest otwarcie pierwszego, liczącego 3 stacje, odcinka metra, budowanego z marnym skutkiem od 1995 roku. Pierwsza linia metra ma obsługiwać mały fragment lewego brzegu Jeniseju, na którym położone jest centrum miasta i lepsze dzielnice. Prawy brzeg zdominowany jest przez podupadający przemysł i wielkie robotnicze osiedla oraz ponoć największy rosyjsko-chiński bazar Krastec. I właśnie na prawym brzegu tylko jeżdżą tramwaje. Kiedyś przejeżdżały przez dwa mosty do centrum, ale je stamtąd usunięto, by nie blokowały przejazdu. Zresztą i tak w obecnym stanie nie podołałyby potokom pasażerskim na tej trasie, dlatego też wykonują swoją lekką funkcję socjalną wożenia emerytów od bazarku do bazarku. Obecnie zostały tylko dwie trasy - do Krasteca (pętla na środku wielkiego bazaru) i do Energetyków. Tabor składa się głównie z KTM-5, żadnego z 20 KTM-8 nie spotkaliśmy, były za to dwa KTM-19 i jeden przegubowy LVS-97. Jeszcze gorzej sytuacja ma się z trolejbusami. Niby jest jeszcze kilka linii, ale trzeba dużo czasu i samozaparcia, aby doczekać się trolejbusu. W ciągu ostatnich lat kilka linii już wycięto, m.in. obie na prawy brzeg, w tym jedną wybudowaną kilka lat wcześniej. Tabor stanowią w większości Ziutki krótkie i przegubowe.

Do wieczora zaliczyliśmy całą sieć tramwajową. Jadąc autobusem dowiedzieliśmy się że w tutejszej komunikacji ogrzewanie działa cały rok (ponoć jest niewyłączalne). Na koniec dnia wstąpiliśmy do jakiejś jadłodajni z miejscowym żarciem, gdzie zamówiłem kołduny. Co ciekawe zrobione były z ziemniaków niczym placek ziemniaczany. Po tej kolacji wróciliśmy MAZ-em na drugi brzeg do hotelu.

Gdy szykowaliśmy się do spania do pokoju przyszła nieproszona etażna. Była już dość mocno nawalona. Przyniosła ze sobą szachy (ponoć grał nimi sam Kasparow). Coś tam pomarudziła na ciężkie życie, zaproponowała nam zakup szachów, ale po krótkiej wizycie poszła sobie. 

Ostatnim punktem dnia były poszukiwania prysznica. Mając już pewną wiedzę o radzieckich hotelach domyślałem się, że są skrzętnie ukryte. Z pomocą wskazówek recepcjonistki i ochroniarza Miszy udałem się do piwnicy pełnej pancernych drzwi, gdzie za kilkoma narożnikami znajdowało się wejście do prysznica.


Aczyńsk
ŁAZ-52523

Aczyńsk
KTM-5

Aczyńsk
KTM-5

Aczyńsk
KTM-5

Aczyńsk
KTM-5

Aczyńsk
ŁAZ-695N

Wołga-3110

Krasnojarsk
MARZ-42191

Krasnojarsk
KTM-5

Krasnojarsk
KTM-5

Aczyńsk
KTM-5

Aczyńsk
KTM-5

Aczyńsk
KTM-5

Aczyńsk
KTM-5

Aczyńsk
KTM-5

Aczyńsk
LiAZ-677M

SAFARI 2

Krasnojarsk
Krastec

Krasnojarsk
KTM-5

Krasnojarsk
KTM-19
12.05 poniedziałek
Krasnojarsk

Rano za oknem grube chmury. Zostawiliśmy bagaże w hotelowej przechowalni. Znajdowała się ona za jednymi z drzwi w piwnicy. Zaprowadził nas tam Misza i z zażenowaniem próbował otworzyć nie dający się otworzyć zamek.

Do popołudnia mieliśmy czas na Krasnojarsk. Ponieważ wczoraj zaliczyliśmy całe tramwaje, na dziś zostawiliśmy sobie trolejbusy i robienie zdjęć. Ze względu na czysto symboliczne funkcjonowanie trolejbusu ograniczyliśmy się jedynie do pojechania przegubowym Ziutkiem linii 6 do pętli na Wietłużance. Trolejbus przez godzinę wlókł się ulicami zachodnich dzielnic, a przez ten czas minął go tylko jeden z przeciwka. Tymczasem osiedla w tym rejonie generowały bardzo duże potoki (budowane jest tutaj metro), do tego stopnia że co 2-3 minuty jechał stąd do centrum prywatny autobus.

I właśnie autobusy stały się najciekawszym punktem tego dnia. Liczne prywatne firmy, jak i miejski przewoźnik dysponują wielką ilością różnorodnego taboru. Miejskie przedsiębiorstwo zakupiło w ostatnim czasie sporo nowych MAZ-ów, Wołżaninów oraz LiAZ-ów. Prywaciarze za to dysponują całą gamą marek: od europejskich MAN-ów, Mercedesów, Scanii, poprzez miejscowe MARZ-y, PAZ-y, aż po koreańskie Daewoo i chińskie ZhongTongi i Zondy, niespotykane dotąd w Europie. Wystarczyło chwilę postać przy dowolnej ulicy, by sfotografować całą rzeszę ciekawych pojazdów.

Z Wietłużanki chcieliśmy dostać się na drugi brzeg Jeniseju porobić zdjęcia tramwajom. Linia 93 jechała w kierunku Krastecu, więc wsiedliśmy w starego MAN-a SL200. Co prawda nie sądziliśmy że na drugi brzeg pojedziemy najdalszym mostem, zwanym Obiektem 777, niemniej podróż była bardzo interesująca. Pomimo korków, kretyńskiej jazdy innych kierowców i długiej pokręconej trasy, nasz kierowca robił absolutnie wszystko by całą trasę przejechać możliwie najszybciej. Miał nawet ustawiony stoper odmierzający sekundy i minuty. Jazda głównymi ulicami odbywała się na milimetry od lusterek innych pojazdów. Przez cały Krasnojarsk po przekątnej przejechaliśmy w 80 minut.

W rejonie skrzyżowania alei Krasnojarskiego Robotnika z ulicą Miczurina porobiliśmy serię zdjęć. W pobliskiej aptece zakupiłem maść na opryszczkę, której nabawiłem się od ostrego sajańskiego powietrza. Zaszliśmy jeszcze do restauracji z kołdunami żeby się rozgrzać gorącym barszczykiem i wróciliśmy do hotelu po bagaże. W recepcji czekały na nas kwity meldunkowe co nas bardzo ucieszyło. Zawsze jeden problem mniej z głowy.

W sklepie przy dworcu zrobiliśmy zakupy i udaliśmy się do pociągu relacji Moskwa - Czita. Nasz wagon był doczepiany w Krasnojarsku i jechał do Zabajkalska. W odróżnieniu od reszty pociągu spełniał standardy firmiennego pojezda. W toalecie był nawet odświeżacz powietrza. Pewną nutę egzotyki wprowadziły chińskie literki na tabliczkach informacyjnych w wagonie. O 15:35 wyjechaliśmy w kierunku Irkucka (1088 km, 16h31min, 811 rb / 77,50 zł).


Krasnojarsk
BTZ-5276

Krasnojarsk
ZIU-9

Krasnojarsk
MAN SL202

Krasnojarsk
MAN NL202

Krasnojarsk
Zonda YCK6105HC

Krasnojarsk
KTM-5

Krasnojarsk
KTM-5

Krasnojarsk
LWS-97

Krasnojarsk
Mercedes O405

Krasnojarsk
Wołżanin-5270

Krasnojarsk
Mercedes O325

Krasnojarsk
ZIU-10

Krasnojarsk
ZIU-9

Krasnojarsk
MAN SL200

Krasnojarsk
MAZ-103

Krasnojarsk
ul. Miczurina

Krasnojarsk
KTM-5

Krasnojarsk
KTM-5

Krasnojarsk
Ikarus 260

Krasnojarsk
Scania OmniLink

Krasnojarsk
Daewoo BS106

Krasnojarsk
MARZ-42191
ciąg dalszy (Irkuck)...





 


© PRZEGUBOWIEC 1998-2008